Dr Quinn, Dr House, Michael Scofield, Tony Soprano, Rene Artois, Hank Moody, Dexter Morgan, JD, Homer Simpson, Nancy Botwin - kolejne serialowe postacie mógłbym wymieniać właściwie bez końca. Tyle się tego naoglądało, że mógłbym tygodniami mówić o perypetiach każdej z osobna. Jako, że ostatnio byłem trochę chory, ćpałem co nieco Gripexu. Kto mnie zna, ten wie, że właśnie wtedy wpadam na najbardziej odjechane, przepraszam, debilne pomysły. Nic więc dziwnego, iż zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby najpopularniejsi, podkreślam to jeszcze raz - najpopularniejsi, serialowi bohaterowie byliby piosenkami disco polo. Trzeźwo myśląc, nic by nie byłoby, bo seriale tak trącałyby kiczem, gównem i taniochą, że nikt by ich nie oglądał, więc nikt by ich nie produkował. Pozwólcie, że powtórzę - trzeźwo myśląc. A na lekach, jak po alkoholu, nie myśli się trzeźwo.
Barney Stinson jako "Jesteś Szalona"
"This is LEGEN - wait for it - DARY!!!!!"
Barney Stinson jako "Czarne oczy"
Barney Stinson wyrywał już na płetwonurka, to czemu nie na delfina imieniem Iwan? Nie od dziś wiadomo, że tam gdzie niektórzy mają gruczoł wstydu, Barney ma gruczoł doskonałości, także nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Nawet jeśli podrywowi na delfina imieniem Iwan musiałyby towarzyszyć melodia i słowa z "Czarnych oczu".
Barney Stinson jako "Wolność"
Barney jest wolnym człowiekiem. Czy coś go ogranicza? W pracy jest królem, zarabia dużo, a co noc nowa przygoda (albo przygody). Niech żyje wolność, wolność i swoboda! Szczególnie swoboda.
Barney Stinson jako "Mydełko Fa"
Podrywanie na "Będę cię mydlić mydełkiem Fa SZABADABADA" tak bardzo pasuje do Barneya Stinsona, że aż dziw, że jeszcze ani razu tego nie wykorzystał. Sukces murowany. Marek Kondrat może sobie dalej mówić, że to był tylko taki żart, który wymknął się spod kontroli. Barney nie uwierzy w to, że tak wyśmienita piosenka, będąca istną kopalnią tekstów na podryw, może być żartem. Jak może być żartem coś tak pięknego, potrzebnego, wzruszającego i mistycznego?
Barney Stinson jako "Biały Miś"
- Jeszcze nikt nie poderwał dziewczyny na niedźwiedzia polarnego na smyczy.
- Challenge accepted!
Barney Stinson jako "Majteczki w kropeczki"
Utwór "Majteczki w kropeczki" tak naprawdę nazywa się "Pierwszy raz". O ile nie mam wątpliwości co do tego, że Barney wręcz kocha majteczki w kropeczki (choć bardziej zwyczajny brak majteczek, nieistotne czy w kropeczki, w paski, okręgi, czy w skaczące z okna Magiki), o tyle wręcz nie wolno mówić, że Stinson dopiero co miał za sobą swój pierwszy raz. Z drugiej strony, dobra ściema nie jest zła - Barney wciąż do niej ucieka, wielokrotnie wspominając swoim łatwowiernym zdobyczom, że są jego "pierwszymi".
Barney Stinson jako "Daj mi tę noc"
Nie muszę chyba mówić, dlaczego akurat ten utwór pasuje do Barneya. Jest jednak mały szczególik: Barney nie prosi o jedną noc, Barney po prostu ją dostaje. Gdyby chciał, dostawałby tych nocy więcej. Barney jednak nigdy nie chce więcej. W swoim życiu kieruje się jedną jedyną zasadą: nie śpi 2x z tą samą kobietą. Chyba, że jest ona niewyobrażalnie seksowna. Taki mały wyjątek. Nie ma zasad bez wyjątków. Bez dobrych wyjątkowych. Zbitka słów "niewyobrażalnie" i "seksowna" daje nam do zrozumienia, że jest to wręcz zajebisty wyjątek.
Barney Stinson jako "Blondyneczka"
Na pierwszy rzut oka Barney nie mógłby być tą piosenką. Dlaczego? To chyba jasne - Barney nikomu nie poświęciłby całej piosenki. Z drugiej jednak strony, Barney mógłby napisać taki utwór do - że tak to ujmę - wielokrotnego użytku. Znając czar i urok Barneya, na "Blondyneczkę" najprawdopodobniej wyrwałby wszystkie laski w barze, łącznie z tymi, które z "małą blondyneczką" mają tyle wspólnego co anorektyczka z Hurleyem z Lostów (czyt. są grube i mają głupią fryzurę).
Barney Stinson jako "Żono moja"?
Hola, hola! Barney Stinson nie jest typem mężczyzny, poszukującym żony. Taki jest jego głupi i nudny przyjaciel Ted. "Żona" przeraża Barneya. Bardziej niż "Święto Trzepnięczynienia". Zbitka "żono moja" z ust Stinsona prawdopodobnie nigdy nie padnie. Jeśli jednak kiedykolwiek by padła, może to oznaczać, że Barney Stinson przestał być Barneyem Stinsonem, co byłoby równoznaczne z końcem świata, zdobyciem mistrzostwa Polski w piłce nożnej przez Polonię Bytom oraz zwycięstwem Luntka w "Mam Talent". Aha, Neil Patrick Harris - aktor grający Barneya - również nigdy do nikogo nie powie "żono moja". Potwierdzone info.
* Gdyby piosenki disco polo były Barneyem Stinsonem
Luxtorpeda - Luxtorpeda (2011)
Luxtorpeda
Luxtorpeda
Stage Diving Club, 2011
4.0
Arka Noego, Acid Drinkers, śpiewanie psalmów, Kazik Na Żywo, neokatechumenat - Robert Friedrich jest postacią na tyle barwną i charyzmatyczną, że spokojnie udźwignąłby ciężar solowego projektu. Tym w istocie miała być Luxtorpeda. Okazała się jednak tworem na tyle fajnym i całościowym, że nie mógł do niej przypisać wyłącznie swojej facjaty. Jak powiedział Litza w jednym z wywiadów, Luxtorpeda to zespół, nie projekt - każdy z pięciu muzyków go tworzących jest jego integralną całością. I to słychać.
Tak jak i to, że cały materiał został nagrany na tzw. setkę. Weszli do studia razem, nastroili swoje instrumenty zusammen i nagrali together 10 utworów. Założenie proste - Luxtorpeda ma brzmieć tak samo i na płycie, i na koncercie. Album ma być wizytówką tego, jak kapela prezentuje się podczas występów na żywo, a nie zbiorem numerów, których następnie nie da się powtórzyć przed szerszą publicznością, bo są za trudne i zbyt wymuskane.
Jeśli Luxtorpeda rzeczywiście brzmi na koncertach tak jak na krążku - jadę z nią w trasę po całej Polsce. To jest czad!!! Okej, Litza zwykł mówić, że Arka Noego to jest czad, co większości ciężko zrozumieć. Ale ten zespół to prawdziwy punkowo-hardrockowo-metalowy czad, trochę zalatujący Armią (pewnie przez wywodzącego się z grupy Budzyńskiego perkusistę). Żywe, ostre i proste kompozycje, które każdy, kto liznął trochę gitarowego grania, mógłby powtórzyć samemu w swoim przydomowym garażu. Oczywiście nie przyrównuję tu muzyków Luxtorpedy do chłystków poginających na wieśle od miesiąca. To stuprocentowi profesjonaliści, którzy z niejednego pieca chleb już jedli. Wiedzą jak się gra, lecz po prostu nie pozują na wirtuozów, bo i nie o to w tym projekcie chodzi. Moc, energia, chwytliwość - to jest tu najważniejsze.
W przedpremierowych wywiadach Litza, który przy całej tej integralności i całościowości zespołu jest jego naturalnym liderem, ogromną uwagę kładł na liryczną stronę Luxtorpedy, równoważąc ją właściwie z muzyką. I coś w tym jest. Pierwsze parę odsłuchów minęło mi wprawdzie pod znakiem punkowego czadu, ale już przy kolejnych zacząłem analizować słowa, linijki i zwrotki. Tu, muszę się przyznać, przyszło potężne zdziwienie - Litza nie jest jedynym wokalistą w Luxtorpedzie. Mało tego, wspomaga go jakiś poznański raper. Najpierw myślałem, że nawija Peja, dopiero później dotarło do mnie, że w kraju bez pracy, to my Polacy, a mikrofon dzierży Hans z Pięć Dwa Dębiec. Czyli z punkowo-hardrockowo-metalowego czadu zrobił się czad punkowo-hardrockowo-metalowo-rapowy? Niezupełnie. Hans może nie zaczął śpiewać growlem, dalej nawija po swojemu, a że robi to do gitarowych riffów, nie musi od razu oznaczać, że chce być jak Zach de la Rocha.
Teksty pisali wspólnie. Uściślając, w przeważającej większości przypadków Hans dopisywał swoje zwrotki do gotowych znacznie wcześniej zwrotek Litzy. Raper z Pięć Dwa Dębiec dokonał kolosalnej roboty, kończąc dzieło widocznie niekompletne. Do Luxtorpedy trafił właściwie przypadkiem, a wyraźnie czuć, że Friedrich nie poradziłby sobie bez niego - Hans pogłębił i uzupełnił jego teksty, przy czym sam zyskał niezbędne do dalszego rozwoju doświadczenia. Coś jakby mutualizm ze świata przyrody przenieść na niwo biznesu zwanego muzyką.
Wracając do wcześniej zasianej myśli - liryczna strona "Luxtorpedy" jest faktycznie równie istotna co brzmienie. Trochę się bałem, że album będzie emanować religijnością członków zespołu, że Litza jest nawiedzonym chrześcijaninem, który na swojej płycie będzie prawił morały o wierze i o Bogu. Błąd. Na całe szczęście. Nikt tu nie bierze się za tanie moralizatorstwo, nikt tu nie nawraca zbłąkanych, ateistycznych owieczek. Próbuje za to zwrócić uwagę na to, w jak wielkim stopniu zniewala Internet ("Niezalogowany"). Albo ostro krytykuje konsumpcyjny styl życia i samych konsumentów ("3000 świń"). Albo wspomina i gloryfikuje wielkopolskich powstańców ("Za wolność", my favorite). Litza i Hans nie plamią doskonałych riffów na treści łatwe, lekkie i przyjemnie, to pewne. Tak jak zaangażowanie w poważniejsze sprawy nie pasuje do disco polo i g-funku, tak wraz z muzyką Luxtorpedy tworzy doskonale skrojone puzzle, złożone przez piątkę muzyków poznańskiej kapeli w idealną całość.
Jak nagrać dobrą płytę? Opracowuje się ostry, punkowy materiał, znajduje się rapera (najlepiej z okolicy) i pisze się z nim kilka tekstów. Następnie jedzie się do studia w Wiśle, bierze ze sobą stary, analogowy sprzęt z lat 60. i 70. i nagrywa się wszystko na setkę. Później sieje się trochę wątpliwości i wzbudza zainteresowanie dodaniem na kompakt instrumentali wszystkich utworów prócz intra (która punkrockowa grupa tak robi?), a na koniec - już po wybraniu przepotężnej okładki - wydaje się powstałą płytę w niskim nakładzie. Robert Friedrich posłużył się dokładnie tą instrukcją i osiągnął sukces. Przynajmniej artystyczny. Jeśli Owsiak nie zaprosi go ostatecznie na Przystanek Woodstock, będę mega zawiedziony. Luxtorpeda nadaje się tam jak mało który polski debiut.
Gustoprześwietlacz: Effien
Echinacea - Echinacea (2011)
Echinacea
Echinacea
Aloha Entertainment, 2011
2.5
Parker, Pudel i Siódmy to totalne no-skille z flow tak topornym, jakby żywcem wyjętym sprzed 15 lat. Mimo tego wspólnie nagranym albumem potrafili wzbudzić zainteresowanie słuchaczy i branżowych mediów. Jakim cudem?
Może dlatego, że album niemal w całości wyprodukował Kixnare, przy małej pomocy (3 bity) Roux Spany? Może właśnie dlatego. Przecież i Kixnare, i Roux Spana to kozaccy producenci, a tutaj spisali się na medal. Bity chilloutowe, trochę oldschoolowe, z uwypukloną sekcją rytmiczną - bębny i - w szczególności - handclapy są tu na pierwszym planie. Brzmi to momentami nieco surowo, to prawda, ale nie mniej surowo niż rapujący gospodarze. Wyobrażacie sobie kogokolwiek z tej trójki, jak płynie po wymagających bitach Menta? Nie bardzo. Dla prostych raperów przeznaczone są proste produkcje. Należy jednak zapamiętać, że "proste" nie zawsze musi mieć negatywny wydźwięk. Tak jest w tym przypadku.
A może ten - a, użyję tego słowa - sukces Echinacei leży w tekstach, wedle niektórych ocierających się o poetyckość? Może. Nie ukrywajmy, płyta pod względem treści jest całkiem ambitnym tworem. Mało tego, całkiem kulturalnym - nie pada tu ani jedno przekleństwo (jedyny wulgaryzm, który wymsknął się goszczącemu w "Czekając na falę" Numerowi, został zagłuszony przez jakiegoś przejeżdżającego skejta). Ze wspomnianą wcześniej poetyckością bym jednak nie przesadzał. Więcej niż poezji jest tu grafomaństwa. Oscara w tej kategorii zgarnia utwór "Z tobą". Szczególne podziękowania należą się Siódmemu, którego zwrotka razi przewidywalnością i do końca obnaża jego brak umiejętności do składania rymów. Goście? Podnoszą poziom wydawnictwa. Zresztą w większości to spore tuzy - najpopularniejsi MCs w kraju, starzy wyjadacze + Temzki (chyba najlepszy featuring).
Ani jedno, ani drugie - to nie o to chodzi. A o co? To wszystko chyba przez swego rodzaju *wehikuł czasu*. Echinacea przenosi słuchaczy w czasie - może niekoniecznie do '96 roku, może "tylko" do początków nowego wieku, ale przenosi. To jest powód sukcesu. Oldschoolowe brzmienie oraz prości i kwadratowi hip-hopowcy bez flow. Ludzie lubią wspominać, taka ich natura. Tym lepiej, jeśli coś im w tym wspominaniu pomaga. "Echinacea" jest taką płytą-wspomagaczem.
Tyle że mnie przenosi do czasów mi nieznanych - pamiętanych, ale przez tak gęstą mgłę, że mógłbym ją ciąć nożem. To nie jest krążek dla mnie. Wprawdzie doceniam, ale w tej konwencji - czyli ambitny rap na prostych bitach - wolałbym usłyszeć innych raperów. Najlepiej takich, którzy potrafią rapować.
Gustoprześwietlacz: Tancerzyk
Małpa w Gorzowie, czyli kajam się 2.0
Najbardziej spektakularny raper z podziemia (sami sobie skumajcie, co mam na myśli) 25 czerwca zagra w Gorzowie. Fajnie. Wprawdzie dzień wcześniej bawię się na Arcade Fire w Warszawie, ale jakoś zdążę wrócić i pójść na koncert, podczas którego więcej rapują sajkofani niż występujący artysta. Takie czasy.
To może - tak przy okazji - przypomnę, że w parę miesięcy po premierze "Kilku numerów o czymś" 2sty wypuścił mixtape "Kilka numerów o hajsie, jointach i dupach". Prawdę powiedziawszy, numerów o hajsie, jointach i dupach za wiele tu nie ma. Czyli o co chodzi? Dokładnie o to, z czego 2sty jest najbardziej znany, co jest jego marką, znakiem rozpoznawczym. O blendy. O kozackie, najbardziej chore połączenia artystów. Małpa i Britney Spears. Małpa i Beyonce. Małpa i Madonna. Małpa i Tatu. I tak dalej, i tak dalej. O dziwo, wszystko do siebie doskonale pasuje - podkłady pierwotnie wyprodukowane dla Nelly Furtado bądź Duffy zdają się być wręcz stworzone dla toruńskiego rapera. Myślę, że już kminicie o co chodzi, także może przejdę do sedna.
Otóż zaraz po premierze mixtape'u, trochę go skrytykowałem. Za co? Nie pamiętam. Trochę wstyd. Wstyd również dlatego, że przy - ekhem - *recenzji* "Kilku numerów o hajsie, jointach i dupach" dopuściłem się sporawych błędów merytorycznych, za co dziś się mogę kajać, ale co z tego, skoro i tak niczego to nie zmieni. Pokajam się jednak za to, że robotę 2stego skrytykowałem. Wspomnę trochę moich ulubionych *oczywistych oczywistości*, nie bijcie.
Wczoraj trochę przyimprezowałem. Nie jakoś przesadnie, ale jednak. I jakoś nie mam ochoty na rozprawianie o geopolitycznej sytuacji Polski w utworach muzycznych. Chcę się wyluzować, ale ile można słuchać WFD i "Lavoramy". Chcę się pośmiać, ale nowe Dwa Sławy mnie nie śmieszą. No i tak przypadkiem, od rozmowy o koncercie Małpy, do włączenia mixtape'u 2stego, dostałem, co chciałem.
Bo to dobra beka. "Beka" to w tym przypadku naprawdę dobre słowo. To nie jest humor wysokich lotów. To mnóstwo suchych żartów z "pozdrowieniami dla Snoop Dogga i Jezusa Chrystusa, bo to dobre ziomki" na czele. To głupie gadki (tak głupie, że aż śmieszne) jakiegoś Maćka. Takie to miało być - głupawe. Jaki inny mógłby być mixtape, na którym zestawia się skrajnie różnych artystów?
Zresztą to właśnie blendy są tu najlepsze. Moment, w którym po słowach "Wiem, że cały czas czekasz na dobrą muzykę" wchodzą panny z Tatu z refrenem "All The Things She Said" - mega. I takich smaczków jest więcej - choćby Mes rapujący "My" na podkładzie do "Sacrum" Meza i Kasi Wilk chwilę po tym, jak Peja twierdzi, że nie oprze swej kariery o beef przez jakąś ksywę. Jacyś idioci doszukiwaliby się tu ostrej krytyki Tego Typa, jakiegoś dissu, zaczątku wojny między Małpą i 2stym a Piotrkiem Szmitdem. A to zwykły żart, beka.
I za to lecą spóźnione propsy. Mixtape od ludzi z dystansem do otaczającej ich rzeczywistości dla ludzi z dystansem do tego samego.
Gustoprześwietlacz: Sochar
Sochar, tudzież Kozik, to bardzo sympatyczny, żyjący swoimi zajawkami koleś. Czy jego gust także można nazwać sympatycznym? Przekonajcie się:
Kilka dni temu [No, na dobrą sprawę kilka tygodni temu - przyp. Lite] Lite napisał do mnie z zapytaniem czy bym i ja nie dał prześwietlić swojego gustu. Jako, że od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać jego bloga, o cyklu wiedziałem i przeglądałem go kilka razy. Od razu się zgodziłem. Poniżej będziecie mogli zobaczyć mój gust muzyczny. Pewnie część z utworów/artystów będzie Wam znana. Jedni bardziej, drudzy mniej i tak dalej. Na dobrą sprawę najpierw zastanawiałem się, czy nie zrobić tego w oparciu o mojego lastfma. Stwierdziłem jednak, że to chyba nie będzie aż tak trafne odwzorowanie mojego gustu. Kolejność jest całkowicie przypadkowa.
The Damrockers - Wróc na Kaszëbë
Kapela pochodzi z Gdańska, wykonują fajnego pankroka 77, śpiewając po Kaszubsku. Wydali dwie płyty i niestety już nie działają, a szkoda. Dlaczego słucham kaszubskiego pankroka? Chyba dlatego, że uwielbiam pankrok i Kaszuby.
Dropkick Murphys - The State of Massachusetts
Wgniatający mnie w fotel, i powodującą przyspieszenie bicia serca, potupywanie nogą i ogólne zadowolenie, euforie, pobudzenie i masę innych rzeczy kawałek. Z resztą jak większość kawałków kapeli z Bostonu. Folk pank to zdecydowanie to co najbardziej w pankroku lubię (no, poza chlaniem ogromnych ilości alkoholu). Dropkick Murphys jest zdecydowanie moją ulubioną kapelą, a gdybym miał okazje być na ich koncercie jestem przekonany, ze skończyło by się to dla mnie orgazmem.
The Prodigy - Voodoo People (Pendulum Remix)
Nigdy nie byłem fanem muzyki elektronicznej, a wszystko co z nią związane, zawsze wrzucałem do worka pod nazwą "techno". Dziś jest już trochę inaczej. Muzyka elektroniczna, jak jest dobra, to nawet posłucham. Zdarza mi się nawet jakiś techno remiksów słuchać. Z racji tego, że Prodigy lubię bardzo, bo to co robią, jest naprawdę czymś wyjątkowym, a Pendulum przypadło mi do gustu, dlatego ten kawałek. Przy okazji Prodigy, to codziennie rano budzi mnie kawałek "Omen".
Guano Apes - Big in Japan
Właściwie to zastanawiałem się długo, który ich kawałek tutaj wrzucić. Czy coś co znają wszyscy? Czy może coś z nowej płyty? Może Woodstock? Sandry i jej kumpli słuchałem jakoś pod koniec podstawówki, początku gimnazjum. Później zaprzestałem do momentu gdy dowiedziałem się, że grają na Wood 2009. Zdecydowanie najlepszy koncert na jakim byłem. Przechodzą mnie ciary jak tego słucham.
Trzeci Wymiar - Łapy w górę!
Kawałek z niezłym pierdolnięciem. Trzeci Wymiar zawsze uważałem za jakiś pseudo rap, nie sprawdzając ich nigdy. Byłem bardzo silnie uprzedzony. Gdy sprawdziłem "Złodziei Czasu", zrozumiałem, jak wielki błąd popełniałem do tej pory.
Ramzes & The Hooligans - Pogrzeb
Pankrok! Zapraszam wszystkich na mój pogrzeb. Będzie pankrok, będzie piwo i każdy będzie mógł się najebać! Marzy mi się, aby mój pogrzeb był taki, jak opisał tutaj Ramzes. Będzie zabawa, będzie śmiech, Kozik zdechł.
Zeus - Spójrz na mnie
Dobry ziom, który niesie ze sobą mega potężną dawkę pozytywnej energii. Uważam, że na polskiej scenie brakuje takich raperów jak on.
Podwórkowi Chuligani - Nasza Epoka
Jedna z pierwszych pankowych kapel, od których zaczynałem słuchać panka. Nie licząc wczesnych czasów podstawówki, gdzie byłem szatanem i słuchałem amerykańskich panków. Co nie było mądre. Na szczęście zmądrzałem. Podwórkowych Chuliganów poznałem od kawałka "Extra Mocne", później poznałem całą ich twórczość. Początki gimnazjum jakoś. Kawałek ten pochodzi z najnowszej płyty wydanej w 2010 roku, po 8 latach od ostatniej płyty.
Uliczny Opryszek - Na zawsze punk
Myślę, że nie ma tutaj o czym pisać, tytuł mówi sam za siebie. Ewentualnie mogę stwierdzić, że jestem zaskoczony, że nakręcono do tego teledysk.
The Bill - Pop Kultura
Kolejny polski pank. The Bill to kapela, którą każdy, kto słucha pankroka, powinien znać. Mają piosenki o żołnierzu, o sraniu i kiblu, jest też taka, która przedstawia realia, jakie były ładnych kilka lat temu.
Nareszcie doszedłem do końca. Teraz tak patrzę i stwierdzam, że trochę znowu bym tutaj pozmieniał, bo 10 kawałków to zdecydowanie za mało. Myślę jednak, że nie wyszło mi to najgorzej. Chciałbym jeszcze dodać, że tam gdzie jest Trzeci Wymiar, wcześniej był Ostry, ale Ostrego wyjebałem, bo już prawie go nie słucham i jego psychofanem już od jakiś 3 płyt nie jestem. Pozdrawiam, Kozik.
PS Panka grać, kurwa mać!
The Damrockers - nic nie rozumiem, ale całkiem spoko. Dropkick Murphys - zajebista rzecz, chcę więcej tego! Prodigy - no fajne, fajne. Póki co, nie jaram się. Zobaczymy, co będę mówił po Woodstocku. Guano Apes - takie se. Trzeci Wymiar - ooo taaaak, ten numer to istna koncertowa bomba. Jeśli kiedykolwiek gdzieś w pobliżu będzie grać 3W, to na pewno przyjdę. Choćby po to, aby posłuchać tego utworu na żywo. Ramzes - ale ma koleś głos, beka. Wokal wszystko psuje, bo tekst spoko. Zeus - co mam powiedzieć? Lubię gościa. To nie jest mój ulubiony numer Zeusa, ale... Co z tego? Propsy. Podwórkowi Chuligani - jak punk to punk. Nie wstrząsnęła mnie ta piosenka. Uliczny Opryszek - jak wyżej. The Bill - jak wyżej.
