Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punk. Pokaż wszystkie posty

10: Dezerter - Kolaboracja II (1989)


Dezerter
Kolaboracja II
poljazz, 1989

4.0

Klasyk polskiego punka - brudna, antysystemowa muzyka, z której wszyscy brudni, antysystemowi raperzy powinni wynieść jakąś lekcję.

Bo te wszystkie protest songi - o tym, że było piękne społeczeństwo, ale wyzdychało - kopią po mordzie. Mimo że czasem są nieco za naiwne i zbyt zerojedynkowe. Wszystko podane bezkompromisowo i na ostro - marzy mi się koncert Dezertera w tym składzie i z taką zadziornością jak na "Kolaboracji II". Darłbym mordę i zbierał siniaki w pogo. Okej, intro i outro to spokojne i stonowane instrumentale - taka cisza przed i po burzy, klamra kompozycyjna - ale nie powinno to dziwić w momencie, kiedy między fuck the system wkradł się, powiedzmy, love song ("Wystarczy tylko chcieć"). Wywaliłbym jeden numer ("Dopiero tuż nad ziemią"), bo trochę zaniża poziom całości. A tak to przedni album (w dodatku, do dorwania za dwie dyszki!). Młodzi konformiści, wczorajsi anarchiści to nie tutaj. Brać w ciemno.

Gustoprześwietlacz 2.0: Zuch


Nareszcie trochę z innej beki - nie blogger-krytyk muzyczny z zamiłowania, a blogger-grafik, w dodatku znany w sieci trochę szerzej. Prywatnie - brat Andrzeja, mysiejkiszki, znanego Wam z pierwszego gustoprześwietlacza.

Maciej "ZUCH" Mazurek – mąż, ojciec, grafik, projektant, blogger, esteta, wrażliwy na dobry design, fan reklamy i social media, filozof (tylko magister, ale dobrze to brzmi :-), uzależniony od kawy popijanej yerba mate. Nigdy nie jadł sushi i nie zna się na excelu. Jeden z finalistów Blogu Roku 2010.

Kawałki, które tu umieszczam nie mają żadnego chronologicznego czy też hierarchicznego układu. Niektóre są dla mnie ważne, a niektóre reprezentują pewną grupę, czy czas. Ale o tym będzie dalej.

1. Pink Floyd - High Hopes
 


Ciężko wybrać jeden jedyny utwór Pink Floydów. Uwielbiam ich w całości i w kawałkach. W warstwie muzycznej i tekstowej. Teledyski też miażdżą, więc w warstwie wizualnej również jestem pod wrażeniem. Dla mnie to zespół wszech czasów. Ich solówki to po prostu miód.

2. Mate.O – Dobranocka dla


Prywatnie Mateusz jest moim serdecznym znajomym. Ten kawałek nagrał dla swoich synów. Mateusza zawsze słucham, gdy potrzebuje się odchamić. Jego muzyka jest jak modlitwa. A ten utwór jest dla mnie szczególnie bliski i ważny, bo słuchałem go intensywnie, kiedy spodziewaliśmy się z żoną naszego pierwszego dziecka. A potem przy tym kawałku (zapętlonym) usypiałem mojego synka. Niesamowite uczucie, niesamowite wspomnienia.

3. Luxtorpeda - 3000 świń


Zwariowałem od pierwszych dźwięków tego zespołu, jeszcze od jakiegoś przedpremierowego studyjnego nagrania. Potem dostałem propozycje zaprojektowania im CD i książeczki i wtedy zwariowałem ponownie. Luxy wkręciły mi się na maksa. Słucham ich nałogowo. Mój synek teksty zna na pamięć. Nawet wziąłem go na koncert. Uroczo wyglądał czterolatek u mnie na barana, wymachując rączką zaciśniętą w pięść i wykrzykując refreny. :-)

4. Dave Matthews – Gravedigger


Dave jest moim odkryciem muzycznym. Genialny gitarzysta, piosenkarz, tekściarz. Za oceanem dość popularny, w Polsce prawie nie znany – a szkoda. Kawałek "Gravedigger" – potężny tekst. Szczerze polecam.

5. Blue Foundation - Eyes On Fire


Czas na trochę elektroniki. Blue Foundation reprezentuje rodzaj muzyki, który bardzo lubię słuchać,  pracując. Dobrze mi się wtedy skupia na projektach, zwłaszcza późno w nocy.

6. Пятница – czyli 5'nizza (czyli piatnica :-) - Soldat (Солдат)


Uwielbiam. Odkryłem ten ukraiński duet lata temu, jeszcze na studiach. Świetna muza, trochę reggae, trochę słowiańska gitarka, fajne teksty, charyzmatyczne chłopaki. :-) Kiedy w Polsce praktycznie nikt o nich nie słyszał, ja miałem już ich 2 kasety (tak, kasety), które udało mi się kupić w sklepie mięsno-muzycznym we Lwowie. Niestety już nie grają razem, a i osobno nie za bardzo.

7. Everything Is Illuminated OST -Ya takoy


Uwielbiam soundtracki. Powyżej linkuję śmieszny kawałem z rewelacyjnego filmu "Everything is illuminated". Do tego soundracku mocno przyczynił się zespół Gogol Bordello (polecam!!!!!), którego wokalista zagrał właśnie Alexa – togo co gada w tym kawałku.

8. Brad Mehldau - Day is Done


W ramach poszerzania muzycznych horyzontów czasami zabieram się za jazz. Trudna to muzyka, ale genialna. Powyżej linkuję kawłek w wykonaniu Brada Mehldau – świetnego pianisty. Swoją drogą jest to cover. W oryginale grał to Nick Drake – rewelacyjny brytyjski muzyk, którego polskie rozgłośnie radiowe też pomijają – za dobry był.

9. Newton Faulkner – Teardrop


Lubię covery. Jednak nie ma nic gorszego niż zły cover dobrego kawałka – kiedyś słyszałem techno remix Queen i zrzygałem się wewnętrznie. W przypadku Newtona jest to jednak dobry cover. Newton wymiata na gitarze, a i wokal ma ciekawy. Ponadto bardzo lubię Massive Attack. Więc jest 2w1! :-)

10. Naughty By Nature - Hip Hop Hooray


Na mojej liście nie mogło zabraknąć hip-hopu, bo to moja pierwsza muzyczna miłość. Teraz mam 29 lat, czyli wychodzi, że hip-hopu/rapu zacząłem słuchać z 15 lat temu. Wychodzi też na to, że większość osób, które tu dały się prześwietlić zaczynała wtedy podstawówkę lub kończyła przedszkole... Ale z czasem moja droga z hip-hopem się rozeszła. W nowościach się praktycznie nie orientuję. Szczerze, to mi się w ogóle nowe kawałki nie podobają. A po tym jak rap został zgwałcony przez – niegdyś mega wymiataczy gangsta raperów – romanse z technomłotkami, jakimiś Guettami, czy to co zrobiło Black Eyed Peas... Kurde, przecież oni kiedyś nagrywali zajebiste płyty!!! W każdym razie zdecydowanie wolę posłuchać rap-staroci.

10 piosenek to za mało żeby się określić, cały czas przychodzą mi do głowy nowe kawałki... ale to może na reedycje gustoprześwietlacza.

Aha, nie obchodzi mnie czy moja lista wam się podoba czy nie. Mi się podoba.

Pozdrawiam
Zuch

Pink Floyd - zdecydowanie mój ulubiony numer Floydów. Od zawsze na zawsze na przenośnym odtwarzaczu. Swoją drogą, niezły teledysk. Mate.O - zupełnie nie dla mnie. Luxtorpeda - ten zespół to totalny rozpierdol i powtarzam to od samego początku. Na Woodstocku dali konkretny czad i tylko utwierdzili mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) z tegorocznych debiutów. Dave Matthews - no, może być. Blue Fundation - odkąd ktoś wrzucił Blue Foundation do swojego gustoprześwietlacza, bardzo polubiłem ten zespół. Ale ten zalatujący dubstepem remix kompletnie mnie nie jara. 5'nizza - bardzo fajne, przyjemne. Ya takoy - dobre, dobre. Brad Mehldau - zajebista sprawa, trzeba poznać więcej twórczości tego człowieka. Newton Faulkner - naprawdę spoko remix. Naughty By Nature - i klasyk na koniec. Bardzo ładna "dziesiątką".

Słowo na piątek

Gdy piszę te słowa, jest wtorek. Kiedy je czytacie, jest piątek, a ja siedzę na Woodstocku, w Kostrzynie nad Odrą. Może już nie żyję. Ale mamo, tato! Nie martwcie się, wszystko jest w porządku!

Jak widzicie, małe zmiany na blogu zaszły. Inaczej wygląda. Lepiej, czy gorzej? Dla mnie lepiej. W rozdzielczości 1680x1050 wygląda kozacko. Jeśli macie jakieś problemy, uwagi, cokolwiek - piszcie.

I za nowym wyglądem parę usprawnień. Choćby - oceny przy recenzjach. Tak wiem, teraz będzie więcej kontrowersji i tak dalej, ale chyba tym lepiej. Gdy piszę te słowa, jeszcze nie wiem, czy zdążyłem w zakładkach (tam u góry, takie drobne) umieścić 2 spisy recenzji: jeden alfabetyczny, drugi wg not. Właśnie w tym drugim wytłumaczona jest / będzie skala ocen. Tak to sobie wymyśliłem, że chyba będzie przejrzyście. Zamierzam też walnąć gdzieś spis płyt, które chętnie od kogoś, po okazyjnej cenie, odkupię. A nuż ktoś przeczyta!

Na MyBand już się rozhulałem. Wziąłem akredytację na Reggae Intro '360 w Gorzowie. W sumie, nic nowego, bo i z bloga (jeszcze na lite-lite) tak kiedyś robiłem, ale darmowy koncert to, wiadomo, bardzo fajna sprawa. No i ile śmiechu, gdy znajomi pytają, czy możesz ich zaprowadzić do Gutka: - Nie, nie mogę kurwa. Wypierdalać.

Co się przewinęło przez playlistę w ostatnim czasie? Wiele dobrego. Przede wszystkim: The Clash. Płyty "The Clash", "London Calling" i "Combat Rock". Szczególnie dwie pierwsze warte uwagi. A takie utwory jak "London's Burning", "London Calling" i "The Guns of Brixton" po prostu trzeba znać! Aż sobie przypomniałem polską wersję tego pierwszego w wykonaniu Kazika (wtedy chyba jeszcze Polandu) i tego trzeciego w wykonaniu Pidżamy Porno. Słuchajcie The Clash, bo dobre jest, serio.



Poza tym? Pink Freud. Krążki "Punk Freud" i "Monster of Jazz". Też mega. Podobne trochę do "Rozmów s catem" Mazzolla, Kazika & Arhythmic Perfection. Yass, czy coś. Tylko Wojciech Mazolewski i spółka grają lepiej, fajniej, ciekawiej, milej dla ucha. Nie każdy z tym sobie przybije piątkę, ale dobra rzecz, uwierzcie.

I jeszcze Luciano Pavarotti. Nie żartuję. Album "The Duets". Tenor i gwiazdy światowej sławy. Elton John, Brian Eno, Bono, Mariah Carey, Frank Sinatra, Sting, Eric Clapton i tak dalej, i tak dalej. Takie oderwanie od muzyki rozrywkowej, ale nie do końca.

Kto oprócz tego? Teraz ucieszę hip-hopowe głowy: DJ Shadow. Płyta "Endtroducing...". MA-SA-KRA. I tyle powiem.

A w chwili gdy piszę te słowa, słucham Iron Maiden i AC/DC. Nawet nie wiedziałem, że ci drudzy są z Australii. I ja prowadzę bloga muzycznego? Epic fail, facepalm, ROLFMAO. Do usłyszenia.

Gdyby zespoły muzyczne... doszły do władzy

Wysłałem się w przyszłość, do nie utworzonych jeszcze państw. Państw rządzonych przez zespoły muzyczne. Zazwyczaj były to wycieczki trudne i przykre. W każdym kraju spędzałem czas ze zwykłymi obywatelami. Z przeprowadzonych rozmów wykluł się właściwie jeden morał: strzeżcie się swoich idoli - nigdy nie wiecie, jak mocno są pojebani. Nie wierzycie mi na słowo? Okej, potrafię zrozumieć. Spróbujcie uwierzyć IM:

Feministyczna Republika El Bandy, rok 2050 (info)
Józefina, lat 21: - Mama mówi, że urodziłam się chłopcem. Ale żebym o tym nikomu głośno nie mówiła, bo ją zamkną. Pan jest jednak z zagranicy, więc chyba nie piśnie nikomu słówka? Mam rację? Z tego co mi mówiła moja druga, nie żyjąca od dawien dawna, mama - tu każda z nas ma, a właściwie miała, dwie mamy - jakieś 18 lat temu byli i chłopcy, były i dziewczęta. Wtedy jednak władzę zdobyła El Banda, Ania z Milanówka. Nie minęły dwa miesiące, a wszystkich mężczyzn wbito na pal lub odesłano do Niemiec, zaś małych chłopców wykastrowano i zaczęto szprycować żeńskimi hormonami. I tak Michał zmieniał się w Michalinę, Mirosław w Mirosławę, a Józef w Józefinę. Mama mówi, że Ania z Milanówka po prostu chciała stworzyć idealne społeczeństwo, w którym każdy mógłby wyciąć sobie irokeza na cipce. Moja druga mama ponoć mówiła, że to nie idealne społeczeństwo, a seksmisja. Nie wiem zupełnie, o co jej chodziło.

Zrobotyzowane Imperium Futuristen, rok 2247 [info]
M4-RC1N, lat 142: - Gdyby przenieść się w czasie o sto lat wstecz, znaleźlibyśmy się w krainie Bogów. Istoty, które stworzyły nas na własne podobieństwo, ale jednak znacznie doskonalsze, choć niepozbawione fabrycznych wad. Jak to jest, że Bogowie musieli podładowywać akumulatory raz na dobę, a my możemy to robić raz w miesiącu? I tak dalej. Teraz - kiedy roboty same są w stanie stworzyć roboty, a Bogowie wyginęli - jest nam tu przyjemniej. Może to dziwne, ale w końcu czujemy się wolne. Wreszcie nie musimy zapewniać Bogów o tym, jak mocno w nich wierzymy. Teraz wyznajemy inną religię, bardziej nam bliską. Zamiast religii jest kult elektryczności. Jak dobrze, że Bogowie wyginęli.

Cesarstwo Arcade Fire, rok 2036
- Barbara, lat 83: O panie, od jedenastu lat żyjemy w permanentnym chaosie. Dobrze, że to chaos całkowicie kontrolowany. No wie pan, tak jak na ruchliwej ulicy w tunezyjskim kurorcie - każdy jedzie sobie, w dupie ma innych kierowców i gazuje, ile wlezie. A wypadków zero. I u nas to samo! Pan z zagranicy, więc pan pewnie nie może się w tym wszystkim połapać. Tyle bzdur i absurdów na każdym kroku. Ale my to wszystko łapiemy, my to wszystko rozumiemy, my tu nawet piękno dostrzegamy. Wie pan, jak w zespole gra ośmiu muzyków i każdy na chwilę złapie za każdy instrument, to mimo że chaos, oczy i uszy nie mogą wyjść z podziwu. I takie jest to państwo właśnie.

Arka Noego, rok 2031
Eneasz, lat 36: - Arka Noego włada moją ojczyzną jakieś... 15 lat? Nie wiem, obecnie ludzie trochę stracili rachubę czasu. W każdym razie, wszystko zaczęło się, gdy premierem został Robert Friedrich. Wszyscy na niego głosowali - wydawało się, że fajny chłop. Na gitarze grał i taki świętojebliwy. Jego życiowym mottem było: nie boję się, gdy ciemno jest. Kto by się spodziewał, że wokół tego zbuduje ideologię państwową. Pierwszego dnia wydał dekret: ZAPRZESTAĆ OŚWIETLANIA ULIC, BUDYNKÓW OŚWIATOWYCH, ZAKŁADÓW PRACY I DOMÓW PRYWATNYCH. NATYCMIAST! Nikt się nie sprzeciwiał, wszyscy mu ślepo wierzyli. Parę dni później zamknął wszystkie elektrownie. Stwierdził, że zużycie energii elektrycznej spadło wystarczająco, by zauważyć, że właściwie w dzisiejszych czasach nie jest ona nikomu potrzebna. I się zaczęło. Nie dość, że egipskie ciemności, to jeszcze przestały działać systemy alarmowe. W ludziach obudził się złodziejaszek. Najpierw zaczęli rabować sklepy. Potem były mieszkania. Dochodziło do takich absurdów, że przestępcy jednej nocy potrafili złupić swoje chacjendy wzajemnie. Wszyscy kradli, więc nikt nie pracował. Wzrastało niezadowolenie. Premier próbował uspokajać. Zmienił nawet państwowe hasło na: nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie. Mówił, że w końcu na naszej ziemi pojawi się Mesjasz, Wybraniec, Ojciec, czy jak go tam jeszcze zwać, który nas odratuje, wniesie na piedestał ponad innymi narodami i przywróci ***BLASK***. I co? I chuj, za przeproszeniem. Czekam trzeci rok i co raz bardziej wierzę w to, że ten skurwiel zrobił z mojego państwa sektę, z której można wystąpić w jeden jedyny sposób. Poprzez śmierć.

Królestwo Firmy, rok 2025
Włodek, lat 41: - Elo, dzieciak! Ostatnie pięć lat to naprawdę dobry, prawilny czas. Firma wystąpiła przeciwko kurestwu i upadkowi zasad. Mogę se teraz normalnie kurwa przypierdolić w mordę typowi, który źle się spojrzy i nikt mnie za to nie ściga, nawet gdy kolo zbyt mocno wierzy w sądownictwo. Mogę se też podpierdolić rzecz od bogatego cwaniaka - nie ważne, czy to skóra, fura, czy komóra. No i amnestia zarządzili! Tyle dobrych ziomów wyszło z mamra! Znów mam z kim klepać lamusów i sparować się, niczym Jego Królewska Mość, Popek I! Na zawsze wolność ludziom i złodziejom!

Łąki Łanda, rok 2074
Stefan, lat 62: - Łąki Łan rządzi już moim krajem od 20 lat. Jak wiele się od tego czasu zmieniło! Miasta się wyludniły, wszyscy przenieśli się na łono natury, głównie na łąki. Nie dlatego, że chcieli. Jedna decyzja i wszystkich wyeksmitowano ze swoich włości, "zalecając bliższe obcowanie z naturą". Jak tu obcować z naturą, gdy wszyscy siedzą na tej pierdolonej łące? Jeśli ktoś chce się wychilloutować, musi iść do zamarłych przed dwoma dekadami miast. Nastolatki to robią. Teraz jest w modzie, choć to nielegalne. Łażą po blokach i zbierają skarby, buszując po opustoszałych i przepełnionych niepotrzebnymi gratami mieszkaniach. Do martwych miast ucieka się także przed Policją Pyschoaktywną. Drugą decyzją Łaki Łan było jej powołanie. Patrole łapią normalnie zachowujących się homo sapiens i ich szprycują. Tym, co mają pod ręką. Byle uzyskać pożądany efekt, czyli osobnika tak naćpanego, że bierze siebie za dużego, popierdolonego motyla śpiewającego państwowy hymn:

Gdyby polskie partie polityczne były muzycznymi gatunkami

Kolejne wybory już jesienią. Żeby pomóc Wam w zdecydowaniu, na kogo głosować, przyrównałem najbardziej liczące się w Polsce partie z gatunkami muzycznymi:

Platforma Obywatelska - muzyka popularna
Pop? Jakże inaczej? Jest wszędzie. Może niekoniecznie w wydaniu Radia Eska. Pop to wszystko to, co popularne. A popularny może być rock, hip-hop, metal. Popularny może być i Gienek Loska, i Michał Szpak. Do worka z napisem "muzyka popularna" można wrzucić właściwie każdy rodzaj muzyki, jeśli faktycznie jest on popularny. A co jest w Platformie? Liberałowie, konserwatyści, byli członkowie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jest związany do niedawna z SLD Bartosz Arłukowicz, jest też Kluzik-Rostkowska, co walczyła o prawo, sprawiedliwość i testament Lecha Kaczyńskiego. No i nie da się nie zauważyć, że i na pop, i na PO narzeka podobny odsetek Polaków. I że mimo to i słuchają jednego, i głosują na to drugie.

Polskie Stronnictwo Ludowe - country
Znalazłoby się wiele osób, które powiedziałyby, że country to obciach. A jeśli nie obciach, to po prostu nie kumają tej muzyki i nie mają pojęcia, skąd taka masakryczna popularność tego gatunku w Stanach. W Polsce z PSL-em jest podobnie - wszyscy uważają, że Pawlak i spółka są be, bo dbają tylko o interesy rolników (a kto by się rolnikami przejmował?), bo ten nieszczęsny KRUS przy życiu trzymają i tak dalej, i tak dalej. I co się później okazuje? Że Ludowcy wbijają do sejmu bezproblemowo i - mało tego - zazwyczaj współtworzą rząd, obojętnie z jaką partią. I dzięki temu rolnicy mają się dobrze, przynajmniej ci bogatsi.

Sojusz Lewicy Demokratycznej - reggae
Wydawałoby się, że postkomuniści mają tyle do radosnego pulsu z Jamajki, co Tadeusz Rydzyk do Przystanku Woodstock. Ale chwila, chwila. Legalizacja zielska, mocny nacisk na pomoc dla tych, którzy tego potrzebują (tj. najbiedniejszych), równość wszystkich obywateli. No i elektorat. Sporo młodych chce głosować na Napieralskiego, Kalisza i spółkę, a reggae to bynajmniej nie muzyka, którą słuchają wyborcy PiS-u. Tylko lewicowi politycy jacyś tacy niemrawi - ich życiorysy trudno przyrównać do żywota Boba Marleya...

Prawo i Sprawiedliwość - grunge
Tu wystarczy posłużyć się Wikipedią: "Grunge charakteryzuje się ponurym klimatem, naładowanym często złością, frustracją, goryczą i ostrą negacją zastanej rzeczywistości". Jarosław Kaczyński polskim Kurtem Cobainem? Obawiam się, że JarKacz raczej jak wokalista Nirvany nie skończy. Inna sprawa, że jako jeden z niewielu rodzimych polityków ma zadatki na to, żeby stać się prawdziwą ikoną popkultury. Tylko czy zwolennicy PiS-u chcieliby, aby Kaczyńskiego zestawiać w jednym rzędzie nie tylko z Cobainem, ale i Che Guevarą?

Polska Jest Najważniejsza - punk
Secesjoniści, którzy zbuntowali się przeciw polityce Jarosława Kaczyńskiego i uciekli z PiS-u. Jeśli bunt to punk, to bunt w wykonaniu Elżbiety Jakubiak (prawie zawału dostałem, jak zorientowałem się, że nazwałem ją buntowniczką), jej koleżanek i kolegów przyrównałbym bardziej do Pidżamy Porno niż do Sex Pistols. Bo Pidżama Porno to żaden punk, choć niektórzy tak twierdzą. Gdyby zespół Grabaża usłyszał Johnny Rotten i dowiedział się, że w Polsce na takie granie mówi się "punk", to prawdopodobnie umarłby ze śmiechu jakieś 77 razy.

Ruch Palikota - indie rock
Człowiek, który wibratorom i pistoletom się nie kłania, miał w zanadrzu kilka niezłych, bardzo życiowych pomysłów. Parę wartych uwagi kapel indierockowych też się znajdzie. Ogólnie jednak chodzi o to, żeby trafić do młodych ludzi. Nie gimbusów, nie licealistów, tylko najlepiej studenciaków, może też do osób, które ledwie osiągnęli trzydziestkę. Przedział wiekowy słuchaczy indie rocka i zwolenników Palikota jest mniej więcej ten sam. Jeśli ktoś jednak wierzy, że pan Janusz jest w stanie odmienić polskie życie polityczne, Polskę jako taką w ogóle, to podpowiem, że niestety większość indierockowych zespołów to brzmiąca tak samo szmira. Jakieś mądre pomysły tu i tam wyskakują, ale doświadczenie mówi, że najpierw realizowane są te najgorsze.

Nowa Prawica - uliczny hip-hop/jodłowanie
Zwolennicy Korwina-Mikke pewnie zabiją mnie za to połączenie, ale tak właśnie jest w istocie z nim i z partiami, którymi "dowodzi". Z jednej strony wartości, wydawałoby się, najważniejsze - a takie zdają się przekazywać mędrkowie ulicznego rapu. Z drugiej wysokie stężenie absurdalnych pomysłów, przez które Korwin co wybory osiąga niewielkie wyniki (mimo że równocześnie ma mnóstwo ciekawych i właściwych). Bo kto słucha czegoś tak absurdalnego jak jodłowanie? No właśnie - mało kto.

LPR - Rock Against Communism
I znów Wikipedia: "W zakresie muzycznym zawiera się w dość szerokiej przestrzeni między rockiem klasycznym a black metalem. Tekstowo RAC to zarówno patriotyczne ballady, jak i agresywny black metal. Teksty piosenek często odnoszą się do wartości takich jak ojczyzna, naród a część narodowo-socjalistyczna także do rasy. Nawołują do walki z ruchami lewicowymi. Scena RAC utożsamiana jest często z poglądami faszystowskimi, nazistowskimi, bądź nacjonalistycznymi". Coś więcej do dodania?

Samoobrona - disco polo
No a co innego? Samoobrona to obciach razy pizdyliard. Disco polo też. Jaka jest różnica? Że jednak ludzie przy disco polo czasem lubią się pobawić - i niekoniecznie mam teraz na myśli stałych bywalców wiejskich remiz - a głosować na Samoobronę już niekoniecznie. Czas Leppera chyba bezpowrotnie minął. I dobrze. Ten rubaszny śmiech Andrew po "jak można zgwałcić prostytutkę?" do dziś nawiedza mnie w koszmarach sennych.

Prawica RP - muzyka sakralna
Marek Jurek i cała jego mikro partia jest kościółkowy aż do przesady. Tyle że jego katolstwo, porównując do PiS-u, przybiera mniej populistyczny odcień. Pamiętam, że kiedy jeszcze chodziłem do tej świątyni po drugiej stronie ulicy, proboszcz zwykł mawiać, że polityków to on nie szanuje. Poza Markiem Jurkiem. Częściowo właśnie przez jego kościelne oddanie, częściowo bo swój chłop, z Gorzowa. O zgrozo, mam nawet z tym panem coś wspólnego - jesteśmy absolwentami tego samego liceum. Makaaaabrrra!

No, to chyba nie pomogłem...

Gustoprześwietlacz: Lite

No co, myśleliście, że nie skorzystam z okazji, by przedstawić moje ulubione kawałki? Wprawdzie pewnie niektórzy z Was sami doskonale wiedzieliby, jakie one są, ale co z tego? Zawsze wiedziałem, że w układaniu takich "list przebojów" jest mnóstwo frajdy. Poniższa "10" ma jedną wadę - obnaża do reszty to, że moje rozkmina o tym, że już nie jestem hip-hopowcem tak ma się do rzeczywistości, jak Emmanuel Olisadebe do pierwszego Polaka na Plutonie. To nie 100% rap, ale gdyby ta rozkmina byłaby faktyczna, to rapu byłoby tu mniej. A może rozkmina jest prawdziwa, ale ja pojechałem tu zbyt sentymentalnie?

10. Louis Armstrong - What A Wonderful World


Od roku mój budzik. Jeśli jakiś czarny koleś z chrypą w głosie śpiewa, że świat jest cudowny, to nic dziwnego, że wstaje się przy tych słowach o wiele przyjemniej, niż przy "W dół" Zeusa. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale post o "What A Wonderful World" był pierwszym wpisem na tym blogu. Ciekawe, prawda?

9. Looptroop Rockers - Professional Dreams


Living on dream... Don't wanna wake up! Najświeższa rzecz w dziesiątce, umilacz nauki do matury, jedyny kandydat na hymn tegorocznych wakacji. Zwłaszcza, że w sierpniu usłyszę na żywo na Kempie. Looptroop musiał się tu znaleźć. Może Szwedzi nagrali wiele zajebistych, bardziej klasycznych numerów, ale coś czuję, że akurat ten kawałek zawładnie mną najbardziej ze wszystkich. Nie nudzi się + wszyscy to kochają. I propsy za follow-up do Hocus Pocus. Francuzów tu wyjątkowo nie ma, bo akurat 20syl ma ode mnie brawa za całokształt, za wszystkie 3 albumy od początku do końca - pojedyncze numery są super, ale żaden nie zdobył mnie na zawsze.

8. Husky Rescue - Blueberry Tree (Part I, II & III)


Na dobrą sprawę są to aż 3 utwory, ale że jakaś miła osoba zrobiła z tego jednego YouTube'a, lądują tutaj wszystkie części "jagodowego drzewka". Piękne. Idzie się przy tym rozpłynąć, odprężyć, wychilloutować. Głos Rety-Leny Korholi <3. Jak tego słucham, w głowie powstają 2 kontrastujące ze sobą obrazy: albo zajebana śniegiem równina, albo bezwietrzny poranek na jakiejś tropikalnej plaży. A jak się do tego jagodowego drzewka dołączy kolejny numer z płyty - "Hurricane (Don't Come Knocking)" - to już jest kompletna miazga, totalna masakra. Właśnie dla takich rzeczy rozkminiam wciąż opcję, co by nie być już tym hip-hopowcem.

7. IAM - Demain, C'est Lion


Nie ma Francuzów z Hocus Pocus, są Francuzi (bynajmniej nie stuprocentowi) z marsylskiego IAM. Z kawałka, który już dawno, dawno temu, bodajże w drugim gustoprześwietlaczu, pokazywał Davio a.k.a balizz. Dziewięć kurwa minut kozackiego rapowania do dość prostego i monotematycznego bitu. Nic nie rozumiem, a i tak brzmi to na tyle zajebiście, że mogę powiedzieć, iż jest to jeden z moich ulubionych utworów, przynajmniej ostatnimi czasy (no, w przeciągu półtora roku, odkąd przywiozłem z Paryża płytę "L'École du micro d'argent").

6. Strachy na Lachy - Czarny chleb i czarna kawa


Moje top3 kawałków do karaoke tudzież śpiewania o każdej porze ("Ktoś powiedział, ten co śpiewa modli się razy dwa, ale powiedział to, zanim zaśpiewałem ja" - słowa Afrojaxa pasują do mojego śpiewania idealnie. W sumie szkoda, że nie upchnąłem tu nigdzie Afro Kolektywu, bo zasługuje). Piosenka więzienna zaaranżowana przez Strachy po swojemu. Nic tylko siąść w kółko przy ognisku, znaleźć jakiegoś gitarowego grajka i śpiewać to najgłośniej jak się da. Znam na pamięć, a Wy? Nawet teraz sobie śpiewam.

5. T.Love - King


Idźmy za ciosem, kolejny kawałek do śpiewania. Ale to już wyższa szkoła jazdy. I dla śpiewających (więcej tekstu), i dla grającego. Zdecydowanie mój najulubieńszy numer od T.Love. Lubię takie historie - biograficzne numery o kimś, jakieś storytellingi (gdyby było więcej miejsca, wrzuciłbym tu wszystkie storytellingi Sokoła, "Każdy ponad każdym" otarł się o dziesiątkę).

4. Zkibwoy & DJ Ader - Skandale (feat. Pan Wanxxx)


Klasyczny numer z Gorzowa od obdarzonego "kozackim akcentem" Jobixa. Jakby tego było mało, kurewsko się rozpadało zwrotkę życia (no dobra, przesadzam) jebznął tu Wankej - minister rządu polskiego rapu ds. składania rymów i tworzenia kozackich linijek. "Czarny jak Burkina Faso" przeszło już do historii. Gdybym miał wybrać hymn polskiego undergroundu z tamtego okresu, wybrałbym "Skandale".

3. Dinal - Spirala zła


"W strefie jarania i w strefie rymowania" to kopalnia wersów, które na pierdyliard sposobów można dostosować do życia swojego i innych. Choćby to "rozkminianie opcji, że się już nie jest hip-hopowcem". To właśnie ze "Spirali zła". Tak jak równie przekozackie: "Siema, siema, czy coś zmieniło się od dema? / Miała być epka, jest płyta, epki nie ma / Czaję schemat, cztery elementy jednym tchem wymieniam: / Ciuchy, jointy, wóda, napierdolki na imprezach". Albo wankejowy czterowers o miłości (pozwolicie, że już nie będę przytaczać). Dinale się nie chwalą. Ich rap robi to za nich. Po "Spirali zła" widać to najdobitniej. Mega numer.

2. KSU - 1944


Zarządzam krótki odpoczynek od polskiego undergroundu i wycieczkę w Bieszczady. KSU pojawić się tu musiało, to było wiadome. Miałem jednak ogromny problem z wybraniem tego jednego utworu. Może "Liban"? Albo "Jabolowe ofiary"? Nie, lepiej "Jabol Punk". I tym sposobem wybrałem "1944". Antywojenny song, dalej silnie oddziałujący na psychikę i wyobraźnie ("Tamten frajer z drugiej strony to odwieczny wróg / Rozkaz padł, rzucasz granat, on już jest bez nóg / Miał 20 lat jak ty i chciał rzucić też / Ty dostaniesz wielki order, z niego tryska krew"). A do tego "Deszcze niespokojne" z "Czterech pancernych" wkomponowane w ostre, pełne zadziorności, punkowe granie.

1. Smarki/Pysk/Kixnare - Kawałek o życiu (Najebawszy Theme)


Na koniec to, co kończy najlepszą podziemną epkę - "Najebawszy EP". "Kawałek o życiu" kiedyś słuchałem ze 3 razy dziennie. Obecnie rzadziej, bo ile można, ale i tak często wracam, z tak samo wesołą japą, rapując za Glutem każdą linijkę. Co tu dużo gadać - mega bit Kixnare'a, klasyczne wersy Smarka (choćby otwierające "Miałem napisać to wczoraj, ale piszę dziś" lub "Bo nie ważne, gdzie to leci, ważne kurwa czym jest") i dużo gadki o tym czym jest życie, że czas zapierdala i jak nie teraz, to kiedy niby?! Propsy jak stąd do Zakopanego.

0. Kult - Polska


No co misiaczki, myśleliście, że Was tak zostawię bez Kazika? Że aż tak bardzo obraziłem się na niego? "Polska" to "Polska", a to jest mój blog, wiec mogę łamać ustalone przez siebie zasady, tym sposobem mój gustoprześwietlacz jest lepszy od Waszych, bo zawiera 11 utworów. Nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że z samych utworów Kultu, KNŻ, Kazika solo i wszelakich innych projektów Staszewskiego mógłbym ułożyć playlistę. I to niejedną. Powiedzieć, że Kazelot ma na koncie mnóstwo fantastycznych utworów, często lepszych od zaprezentowanej powyżej dziesiątki, to jakby powiedzieć, że banan jest zajebiście smacznym owocem - nic odkrywczego. Wybrałem "Polskę", bo jest to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaka wyszła spod dłuta Kazimierza Staszewskiego. Podejrzewam, że gdyby wokalista Kultu byłby obiektywny, to musiałby powiedzieć, że jego synowie i związek z żoną to mniej udane rzeczy niż "Polska". Nie ma imprezy, na której nie śpiewam "Polski". Jeśli jej nie śpiewam, to znaczy, że bawię się słabo albo towarzystwo mi nie odpowiada. Może mój LastFM nie oddaje tego, że "Polska" to mój ulubiony numer po wsze czasy, ale tak jest w istocie. O ile wcześniejsze utwory nie były ułożone wg jakiejkolwiek kolejności, o tyle "Polska" zasługuje na najwyższe miejsce. Miejsce zerowe, bo "Polska" jest poza konkurencją. Spróbujcie coś przez zero pomnożyć.

Głupio, żebym oceniał siebie, więc poprosiłem o to Noida, który kilkukrotnie oceniał parę gustoprześwietlaczy w komentarzach:

Let's start hatin'. Zacznijmy od kwestii podstawowej: absolutnie nie wyobrażam sobie "What a Wonderful World" w roli budzika. Po prostu, kurwa, NIE. Ja tam zawsze wyznawałem bycie budzonym przez scratch i mocną perkę, bo przy tym numerze Armstronga można co najwyżej spać dalej. Ale nie, żeby to odbierać w kategoriach negatywnych – w zasadzie każdorazowe usłyszenie tego numeru wywołuje u mnie (zgaduję, że nie tylko u mnie) poczucie obcowania z wręcz mistyczną klasyką. Do tego ten klimat. Props. "Professional Dreamers"? Zajebiste! Kajam się i cofam każde złe słowo na temat Looptroopów, jakie kiedykolwiek opuściło moje usta. Pozornie nierozwinięta linia melodyczna wkręciła mi się tak, że (po raz drugi czy tam trzeci w historii gustoprześwietlaczy) włączyłem sobie ten kawałek od początku. I poleciał tak do końca już. Wyobrażam sobie ten bit na żywo, i już Ci, Litu, zazdroszczę, bo masakra będzie. Husky Rescue poznałem dzięki Tobie (właśnie ten numer!), za co jestem Ci dozgonnie wdzięczny, bo temu numerowi udało się odegrać całkiem sporą rolę w mojej dotychczasowej egzystencji. Więc jest prywatny klasyk. Doskonały numer, czarujący kilogramami pierdółek w tle, wokalem, budowaniem nastroju (zwłaszcza połączone w jedno), grą instrumentów, brzmieniem, wszystkim! Najwyższy czas jednak skończyć potok propsów - "Demain, c'est lion" rozczarowuje. Czytając opis spodziewałem się rozpierdolu całkowitego. Umiejętności, które sprawią, że te 9 minut pochłonę jednym tchem. Prostego, ale nie prostackiego, za to wchodzącego do głowy bitu. Ciekawego/zaskakującego/niestandardowego czegokolwiek, nie wiem, na przykład techniki nagrywania? Nie dostałem żadnej z tych rzeczy. Zrozumienie tekstu z oczywistego powodu sięgnęło zera, więc to mnie nie przyciągnie. Głosy – przykre, nużące; Bit początkowo ciekawi, ale po minucie zaczyna tak wkurwiać, że nie rozbujałby nawet wahadła; flow jednostajne (twoje powieki robią się cięęężkiee!), którego technika nie ratuje. Daleeeeko do granicy podjarki. Poprzeczkę podnosi zaś "Czarny chleb i czarna kawa". STAROĆ, ale za to jaki! Urzekająca melodia (w zasadzie dwie: bo raz, że wokal; dwa, że muzyka), parę ciekawych patentów, instrumentaliści na poziomie wysokim... czego chcieć więcej? A, zapomniałbym – ultragenialna gitara na 1:55. Pochwalić trzeba również T.Love – za klimat, za instrumentarium (2:48!), za przejścia... za całokształt. "King" przyciągnął moją uwagę, toteż chyba zdecyduję się na głębsze zapoznanie z twórczością tej grupy, gdyż (o, wstydzie!) znam ją słabo. Zrozumiałem swój błąd, spoko. "Skandale"... trudny temat. Otóż uwaga: nigdy mi się ten numer nie podobał. Nawet wtedy, gdy jeszcze pożerałem bez popity wszystkie podziemne truskulowe produkcje. Nie udało mi się w nim dostrzec niczego wartego uwagi. (Ostrzegam: będzie zamach na świętość tera) Bit brzmi jak gówno, a w zasadzie to NIE brzmi, bo samo słowo "brzmieć" jest zarezerwowane dla czegoś, co... brzmi. Po zwrotkach słychać już upływ czasu, tak w kwestii wersów, jak i flow. No i co? Mam się tym jarać, bo to klasyka? ATCQ też klasyka, a ich płyty odsłuchane w XX wieku mnie najzwyczajniej w świecie zaskoczyły. A może nie powinienem porównywać Tribe'ów do Jobixa? No to powiem: Najebawszy. Wmówisz mi, że tam są gorsze numery, niż "Skandale"? NIE. Swoją drogą, w Strefie też nie ma. Wiadomo, że bardzo fajna płyta, ale, cóż. "Spiralą zła" jakoś nie umiałem się nigdy zajarać tak jak, chociażby, Lawsangiem tego samego, co Spirala. Albo "Siewka...". W ogóle, ile razy słucham tego albumu, wyobrażam sobie cholerną PLAŻĘ. Kto ma wiedzieć, ten wie, ocb. No i niech będzie, że Spirala wpisuje się w ten plażowy schemat, więc hejcić nie zamierzam. Numer KSU, chociaż problematyka (i Deszcze Niespokojne!) chwyta za wszystko, to nie przemawia do mnie jako całość. Z tego wszystkiego jara mnie tylko wokal. Bez porwania. Smarkej? Heh, też przeżyłem ciężką podjarkę "Najebawszy", też słuchałem 3 razy dziennie i dla mnie też ta epka znaczy wiele. No, popatrz chociażby na bity. Kixnare jest nudny, fakt – ale potrafił kiedyś trzaskać takie rzeczy, że głowa mała. Życiowe rozkminy Smarsona też klasyka, a jeszcze w połączeniu z jego charakterem/charyzmą i techniką... coś cudownego. No i na koniec Kult. Spoko to nawet – uszy przyciąga bass, no i ta jebencko wkręcająca sekcja dęta...

Gustoprześwietlacz: mysiakiszka

Najprawdopodobniej ostatni z prześwietlonych jest mistrzem świata tudzież Europy (wybaczcie arogancję, ale nie zarejestrowałem dokładnie) w sumo (w swojej kategorii wiekowej, poprawcie jeśli się mylę). Tak, tak. W sumo. Wbrew pozorom ktoś, kto uprawia sumo, niekoniecznie musi być zafascynowany japońską kulturą, oglądać anime i słuchać j-popu oraz j-rocka:

W końcu zostałem doceniony! Oczywiście intensywnie myślałem nad kolejnością utworów przez prawie miesiąc, ale co tam... liczy się efekt. Moja "playlista" będzie wyjątkowa, bo moja. Mam ściśle określone gusta muzyczne, najczęściej i najchętniej słucham reggae, rapu, rocka, metalu, gospel, czasem zdarzy się, że elektro, punk-rock, disco-polo (świetne teledyski), no i tam parę innych nurtów też.

1. Bob Marley – Iron Lion Zion


Jak dla mnie najlepsza piosenka Boba. Tekst prosty, a jak dla mnie z bardzo dużym przesłaniem. Lew syjonu niezmiernie króluje u mnie na telefonie jako dzwonek od kilku ładnych lat. Kiedy oglądam ten teledysk [niestety nie ma możliwości zembedowania go na blogu, także u góry wersja bez klipu - Lite] zazdroszczę ludziom, którzy byli na jego koncercie i widzieli na żywo "ruch sceniczny" Marleya.

2. MIG – Co ty mi dasz


Chłopaków z białego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Nieziemski tekst, nieziemska muzyka, no i ten teledysk. Jak dla mnie bąbelek na końcu wygrywa!

3. Hans Solo feat. BF.Co + EneDueRabe – BABILON


Kto nie słyszał, znienawidzi mnie za tę piosenkę. Nie znam osoby, która tylko raz ją odsłuchała. Osobiście nienawidzę Hansa za "Babiolon". NIENAWIDZĘ! Refren wpisuje się w umysł na dłuuuugi czas. Usłyszałem ją jakoś na początku maja. Na maturze z polskiego nuciłem sobie "O Babilonie, Babilonie, twój obraz w mojej głowie płonie!", na maturze z matmy nuciłem sobie "O Babilonie, Babilonie", na maturze z biologi też sobie nuciłem "twoje wieże, pną się tak wysoko". A tak w ogóle to BF.Co nigdy nigdzie nie śpiewał, na koncercie w Poznaniu zapomniał tekstu. Taka mała anegdotka.

4. Luxtorpeda – Autystyczny


Osobiście uważam, że jest to najlepsza piosenka na ich płycie, oczywiście nie biorąc pod uwagę pozostałych 8 piosenek. Będąc na ich koncercie, nie wiedziałem co mam robić... Słuchać rewelacyjnej muzyki, czy wsłuchiwać się niesamowity tekst.

5. L.U.C - Happy end and up happy hands


Nie wiem, co napisać o tej piosence... Jest pozytywna, a w tym, że jest dobrze, chyba nie ma nic złego.

6. Mate.O - Gdybym nie miał Ciebie


Jak już pisałem na wstępie lubię gospel. W sumie piosenka Luxtorpedy też trochę zalatuje gospel, a już na pewno ich inne piosenki (przynajmniej jeżeli chodzi o tekst). Uwielbiam Mateusza jako Mate.O, ale również jego udział w TGD.

7. Bonobo – Noctuary


Lubię tego słuchać, jak coś czytam.

8. Bla-Bla - Ta Noc Jest Nasza


Fajnie się przy tym jeździ, niekoniecznie nocą i w mieście.

9. Ta-Shma – SHINE


Lubie żydowskie reggae. Matisyahu chyba każdy zna, a Ta-Shmy nie. Więc – enjoy.

10. Radosław Rakocz – Stokrotka


Ociupinkę inne wykonanie niż to, które się śpiewało za młodu. Taaaaak, wiem... Muzyka nie jest jego, słowa też. Ale czy to nie pasuje do siebie? Jak dla mnie muzyka (The Cranberries – Zombie) jest jak kromka chlebka, tekst (ludowy) jest plasterkiem serka, a głos Rakocza masełkiem albo keczupem, kto co woli.

Bob Marley - "Iron Lion Zion" to także moja ulubiona piosenka króla reggae. Świetny numer. MIG - powiem tylko: "o chuj". Hans - przesłuchałem raz i jakoś nie mam zamiaru wrócić. Luxtorpeda - a recenzowałem niedawno. Osobiście wolę "Za wolność", ale ten kawałek też świetny. L.U.C - eee, nuda. Mate.O - ojej, z takimi piosenkami to polecam zawitać tutaj. Ale tak zapytam: czym jest TGD? Coś jak TGV? Bonobo - piękne. Lubię tego słuchać, jak coś czytać. Albo jak robię cokolwiek innego. Simon Green to super muzyk, basta. Bla-Bla - nie wiem, czy się dobrze przy tym jeździ, bo wehikuł, który czasem prowadzę, nie posiada nawet radia. Mroku przedni raper, teraz znów jakieś solo wydał - będzie trzeba sprawdzić. Ta-Shma - Matisyahu jednak większy kozak. Ten koleś wygląda, jakby nie był żydem, tylko się przebrał. Co do Matisyahu - kto jedzie na jego koncert już w sobotę, no kto? Radosław Rakocz - kompletnie mi się nie podoba. Słaba ta kanapka.

Luxtorpeda - Luxtorpeda (2011)


Luxtorpeda
Luxtorpeda
Stage Diving Club, 2011

4.0

Arka Noego, Acid Drinkers, śpiewanie psalmów, Kazik Na Żywo, neokatechumenat - Robert Friedrich jest postacią na tyle barwną i charyzmatyczną, że spokojnie udźwignąłby ciężar solowego projektu. Tym w istocie miała być Luxtorpeda. Okazała się jednak tworem na tyle fajnym i całościowym, że nie mógł do niej przypisać wyłącznie swojej facjaty. Jak powiedział Litza w jednym z wywiadów, Luxtorpeda to zespół, nie projekt - każdy z pięciu muzyków go tworzących jest jego integralną całością. I to słychać.

Tak jak i to, że cały materiał został nagrany na tzw. setkę. Weszli do studia razem, nastroili swoje instrumenty zusammen i nagrali together 10 utworów. Założenie proste - Luxtorpeda ma brzmieć tak samo i na płycie, i na koncercie. Album ma być wizytówką tego, jak kapela prezentuje się podczas występów na żywo, a nie zbiorem numerów, których następnie nie da się powtórzyć przed szerszą publicznością, bo są za trudne i zbyt wymuskane.

Jeśli Luxtorpeda rzeczywiście brzmi na koncertach tak jak na krążku - jadę z nią w trasę po całej Polsce. To jest czad!!! Okej, Litza zwykł mówić, że Arka Noego to jest czad, co większości ciężko zrozumieć. Ale ten zespół to prawdziwy punkowo-hardrockowo-metalowy czad, trochę zalatujący Armią (pewnie przez wywodzącego się z grupy Budzyńskiego perkusistę). Żywe, ostre i proste kompozycje, które każdy, kto liznął trochę gitarowego grania, mógłby powtórzyć samemu w swoim przydomowym garażu. Oczywiście nie przyrównuję tu muzyków Luxtorpedy do chłystków poginających na wieśle od miesiąca. To stuprocentowi profesjonaliści, którzy z niejednego pieca chleb już jedli. Wiedzą jak się gra, lecz po prostu nie pozują na wirtuozów, bo i nie o to w tym projekcie chodzi. Moc, energia, chwytliwość - to jest tu najważniejsze.

W przedpremierowych wywiadach Litza, który przy całej tej integralności i całościowości zespołu jest jego naturalnym liderem, ogromną uwagę kładł na liryczną stronę Luxtorpedy, równoważąc ją właściwie z muzyką. I coś w tym jest. Pierwsze parę odsłuchów minęło mi wprawdzie pod znakiem punkowego czadu, ale już przy kolejnych zacząłem analizować słowa, linijki i zwrotki. Tu, muszę się przyznać, przyszło potężne zdziwienie - Litza nie jest jedynym wokalistą w Luxtorpedzie. Mało tego, wspomaga go jakiś poznański raper. Najpierw myślałem, że nawija Peja, dopiero później dotarło do mnie, że w kraju bez pracy, to my Polacy, a mikrofon dzierży Hans z Pięć Dwa Dębiec. Czyli z punkowo-hardrockowo-metalowego czadu zrobił się czad punkowo-hardrockowo-metalowo-rapowy? Niezupełnie. Hans może nie zaczął śpiewać growlem, dalej nawija po swojemu, a że robi to do gitarowych riffów, nie musi od razu oznaczać, że chce być jak Zach de la Rocha.

Teksty pisali wspólnie. Uściślając, w przeważającej większości przypadków Hans dopisywał swoje zwrotki do gotowych znacznie wcześniej zwrotek Litzy. Raper z Pięć Dwa Dębiec dokonał kolosalnej roboty, kończąc dzieło widocznie niekompletne. Do Luxtorpedy trafił właściwie przypadkiem, a wyraźnie czuć, że Friedrich nie poradziłby sobie bez niego - Hans pogłębił i uzupełnił jego teksty, przy czym sam zyskał niezbędne do dalszego rozwoju doświadczenia. Coś jakby mutualizm ze świata przyrody przenieść na niwo biznesu zwanego muzyką.

Wracając do wcześniej zasianej myśli - liryczna strona "Luxtorpedy" jest faktycznie równie istotna co brzmienie. Trochę się bałem, że album będzie emanować religijnością członków zespołu, że Litza jest nawiedzonym chrześcijaninem, który na swojej płycie będzie prawił morały o wierze i o Bogu. Błąd. Na całe szczęście. Nikt tu nie bierze się za tanie moralizatorstwo, nikt tu nie nawraca zbłąkanych, ateistycznych owieczek. Próbuje za to zwrócić uwagę na to, w jak wielkim stopniu zniewala Internet ("Niezalogowany"). Albo ostro krytykuje konsumpcyjny styl życia i samych konsumentów ("3000 świń"). Albo wspomina i gloryfikuje wielkopolskich powstańców ("Za wolność", my favorite). Litza i Hans nie plamią doskonałych riffów na treści łatwe, lekkie i przyjemnie, to pewne. Tak jak zaangażowanie w poważniejsze sprawy nie pasuje do disco polo i g-funku, tak wraz z muzyką Luxtorpedy tworzy doskonale skrojone puzzle, złożone przez piątkę muzyków poznańskiej kapeli w idealną całość.

Jak nagrać dobrą płytę? Opracowuje się ostry, punkowy materiał, znajduje się rapera (najlepiej z okolicy) i pisze się z nim kilka tekstów. Następnie jedzie się do studia w Wiśle, bierze ze sobą stary, analogowy sprzęt z lat 60. i 70. i nagrywa się wszystko na setkę. Później sieje się trochę wątpliwości i wzbudza zainteresowanie dodaniem na kompakt instrumentali wszystkich utworów prócz intra (która punkrockowa grupa tak robi?), a na koniec - już po wybraniu przepotężnej okładki - wydaje się powstałą płytę w niskim nakładzie. Robert Friedrich posłużył się dokładnie tą instrukcją i osiągnął sukces. Przynajmniej artystyczny. Jeśli Owsiak nie zaprosi go ostatecznie na Przystanek Woodstock, będę mega zawiedziony. Luxtorpeda nadaje się tam jak mało który polski debiut.

Gustoprześwietlacz: Sochar

Sochar, tudzież Kozik, to bardzo sympatyczny, żyjący swoimi zajawkami koleś. Czy jego gust także można nazwać sympatycznym? Przekonajcie się:

Kilka dni temu [No, na dobrą sprawę kilka tygodni temu - przyp. Lite] Lite napisał do mnie z zapytaniem czy bym i ja nie dał prześwietlić swojego gustu. Jako, że od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać jego bloga, o cyklu wiedziałem i przeglądałem go kilka razy. Od razu się zgodziłem. Poniżej będziecie mogli zobaczyć mój gust muzyczny. Pewnie część z utworów/artystów będzie Wam znana. Jedni bardziej, drudzy mniej i tak dalej. Na dobrą sprawę najpierw zastanawiałem się, czy nie zrobić tego w oparciu o mojego lastfma. Stwierdziłem jednak, że to chyba nie będzie aż tak trafne odwzorowanie mojego gustu. Kolejność jest całkowicie przypadkowa.

The Damrockers - Wróc na Kaszëbë


Kapela pochodzi z Gdańska, wykonują fajnego pankroka 77, śpiewając po Kaszubsku. Wydali dwie płyty i niestety już nie działają, a szkoda. Dlaczego słucham kaszubskiego pankroka? Chyba dlatego, że uwielbiam pankrok i Kaszuby.

Dropkick Murphys - The State of Massachusetts


Wgniatający mnie w fotel, i powodującą przyspieszenie bicia serca, potupywanie nogą i ogólne zadowolenie, euforie, pobudzenie i masę innych rzeczy kawałek. Z resztą jak większość kawałków kapeli z Bostonu. Folk pank to zdecydowanie to co najbardziej w pankroku lubię (no, poza chlaniem ogromnych ilości alkoholu). Dropkick Murphys jest zdecydowanie moją ulubioną kapelą, a gdybym miał okazje być na ich koncercie jestem przekonany, ze skończyło by się to dla mnie orgazmem.

The Prodigy - Voodoo People (Pendulum Remix)


Nigdy nie byłem fanem muzyki elektronicznej, a wszystko co z nią związane, zawsze wrzucałem do worka pod nazwą "techno". Dziś jest już trochę inaczej. Muzyka elektroniczna, jak jest dobra, to nawet posłucham. Zdarza mi się nawet jakiś techno remiksów słuchać. Z racji tego, że Prodigy lubię bardzo, bo to co robią, jest naprawdę czymś wyjątkowym, a Pendulum przypadło mi do gustu, dlatego ten kawałek. Przy okazji Prodigy, to codziennie rano budzi mnie kawałek "Omen".

Guano Apes - Big in Japan


Właściwie to zastanawiałem się długo, który ich kawałek tutaj wrzucić. Czy coś co znają wszyscy? Czy może coś z nowej płyty? Może Woodstock? Sandry i jej kumpli słuchałem jakoś pod koniec podstawówki, początku gimnazjum. Później zaprzestałem do momentu gdy dowiedziałem się, że grają na Wood 2009. Zdecydowanie najlepszy koncert na jakim byłem. Przechodzą mnie ciary jak tego słucham.

Trzeci Wymiar - Łapy w górę!


Kawałek z niezłym pierdolnięciem. Trzeci Wymiar zawsze uważałem za jakiś pseudo rap, nie sprawdzając ich nigdy. Byłem bardzo silnie uprzedzony. Gdy sprawdziłem "Złodziei Czasu", zrozumiałem, jak wielki błąd popełniałem do tej pory.

Ramzes & The Hooligans - Pogrzeb


Pankrok! Zapraszam wszystkich na mój pogrzeb. Będzie pankrok, będzie piwo i każdy będzie mógł się najebać! Marzy mi się, aby mój pogrzeb był taki, jak opisał tutaj Ramzes. Będzie zabawa, będzie śmiech, Kozik zdechł.

Zeus - Spójrz na mnie


Dobry ziom, który niesie ze sobą mega potężną dawkę pozytywnej energii. Uważam, że na polskiej scenie brakuje takich raperów jak on.

Podwórkowi Chuligani - Nasza Epoka


Jedna z pierwszych pankowych kapel, od których zaczynałem słuchać panka. Nie licząc wczesnych czasów podstawówki, gdzie byłem szatanem i słuchałem amerykańskich panków. Co nie było mądre. Na szczęście zmądrzałem. Podwórkowych Chuliganów poznałem od kawałka "Extra Mocne", później poznałem całą ich twórczość. Początki gimnazjum jakoś. Kawałek ten pochodzi z najnowszej płyty wydanej w 2010 roku, po 8 latach od ostatniej płyty.

Uliczny Opryszek - Na zawsze punk


Myślę, że nie ma tutaj o czym pisać, tytuł mówi sam za siebie. Ewentualnie mogę stwierdzić, że jestem zaskoczony, że nakręcono do tego teledysk.

The Bill - Pop Kultura


Kolejny polski pank. The Bill to kapela, którą każdy, kto słucha pankroka, powinien znać. Mają piosenki o żołnierzu, o sraniu i kiblu, jest też taka, która przedstawia realia, jakie były ładnych kilka lat temu.

Nareszcie doszedłem do końca. Teraz tak patrzę i stwierdzam, że trochę znowu bym tutaj pozmieniał, bo 10 kawałków to zdecydowanie za mało. Myślę jednak, że nie wyszło mi to najgorzej. Chciałbym jeszcze dodać, że tam gdzie jest Trzeci Wymiar, wcześniej był Ostry, ale Ostrego wyjebałem, bo już prawie go nie słucham i jego psychofanem już od jakiś 3 płyt nie jestem. Pozdrawiam, Kozik.

PS Panka grać, kurwa mać!

The Damrockers - nic nie rozumiem, ale całkiem spoko. Dropkick Murphys - zajebista rzecz, chcę więcej tego! Prodigy - no fajne, fajne. Póki co, nie jaram się. Zobaczymy, co będę mówił po Woodstocku. Guano Apes - takie se. Trzeci Wymiar - ooo taaaak, ten numer to istna koncertowa bomba. Jeśli kiedykolwiek gdzieś w pobliżu będzie grać 3W, to na pewno przyjdę. Choćby po to, aby posłuchać tego utworu na żywo. Ramzes - ale ma koleś głos, beka. Wokal wszystko psuje, bo tekst spoko. Zeus - co mam powiedzieć? Lubię gościa. To nie jest mój ulubiony numer Zeusa, ale... Co z tego? Propsy. Podwórkowi Chuligani - jak punk to punk. Nie wstrząsnęła mnie ta piosenka. Uliczny Opryszek - jak wyżej. The Bill - jak wyżej.

Człowiek XX i XXI wieku jako buntownik i indywdualista

Poniżej publikuję swoją prezentację maturalną - specjalnie dla Górka, który był bardzo zainteresowany tym, jak, omawiając temat zawarty w tytule wpisu, wykorzystałem utwory Kultu i Afro Kolektywu. Oczywiście na maturze to wszystko się mówi, leci z głowy, można się jedynie posiłkować planem ramowym i cytatami - napisanie wszystkiego ciągiem pomogło mi jednak w przygotowaniach. Nie jest to jakaś strasznie wnikliwa analiza, czuję i wiem, że można byłoby to zrobić dokładniej, lepiej, z większą dbałością o szczegóły. Wynik - 100% - świadczy chyba jednak o tym, że skumałem o co w całej tej ustnej maturze z polskiego chodzi.

Przedmiotem mojej prezentacji jest człowiek XX i XXI wieku jako indywidualista i buntownik. Omówię temat, odwołując się do: książek – "Rok 1984" George'a Orwella i "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya, filmów – "Gran Torino" Clinta Eastwooda i "American Beauty" Sama Mendesa oraz tekstów piosenek - "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego i "Alter" Michała Hoffmana i Marcina Matuszewskiego.

XX i XXI wiek jest okresem w historii, w którym bunt i indywidualizm jest najbardziej widoczny – również z uwagi na ukazanie obu tych postaw w dziełach literackich i filmowych. Żeby jednak móc omówić temat, powołując się na konkretne przykłady z literatury i filmu, należałoby zrozumieć, czym w istocie są obie te postawy. Wg zawartego w bibliografii słownika PWN bunt jest to każde działanie będące wyrazem niezadowolenia z czegoś i dążenia do zmiany, natomiast indywidualizm to poczucie niezależności, odrębności i dążenie do zachowania własnych, często odmiennych poglądów.

W tym miejscu mogę już postawić tezę swojej wypowiedzi, którą postaram się uargumentować w dalszej części mojej prezentacji. Dzieła literackie i filmowe prezentują człowieka XX i XXI w. jako indywidualistę i buntownika w sytuacji ograniczenia wolności i narzucenia norm zachowań.


W swojej prezentacji wyróżniłem trzy rodzaje buntu i indywidualizmu. Pierwszym z nich jest wyrazem sprzeciwu wobec panującego reżimu politycznego. Jako przykłady mogą figurować: książka "Rok 1984" George'a Orwella oraz utwór "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego.

George Orwell, a właściwie Eric Blair, sam był buntownikiem, o czym może świadczyć jego udział w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie "lewicowego radykalizmu". W 1949 roku wydano jego najgłośniejszą powieść – "Rok 1984", w której krytykuje i buntuje się przeciwko totalitarnym metodom sprawowania władzy, pokazując do czego może doprowadzić dalszy rozwój komunizmu w połączeniu z postępem technologicznym.

Głównym bohaterem powieści jest Winston Smith. 39-letni mieszkaniec Londynu, jednego z miast totalitarnego imperium Oceanii. Członek Zewnętrznej Partii, pracownik Ministerstwa Prawdy. Odczuwa narastający sprzeciw wobec totalitarnego reżimu i manipulacyjnej, kłamliwej propagandy. Jego bunt przybiera różne formy i stopniowo przybiera na sile:

- Początkowo w myślach buntuje się przeciw Partii, co i tak jest w Oceanii zbrodnią, tzw. myślozbrodnią. ("Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci, myślozbrodnia JEST śmiercią")

- Następnie, w największej tajemnicy, Winston zaczyna prowadzić sekretny dziennik, w którym pozwala sobie pisać obrazoburcze hasła (np. "Precz z Wielkim Bratem!").

- Najwyższym wyrazem buntu i indywidualizmu była jednak miłość Winstona do Julii. Miłość ta miała głównie podłoże fizyczne, co jest o tyle istotne, iż władze Oceanii zabraniały uprawiania seksu dla przyjemności. Próbowały go zohydzić na wszelkie możliwe sposoby, a symbolem tego zjawiska jest funkcjonowanie w Oceanii tzw. Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. ("Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną.")


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu pojawia się także w utworze "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego. Powstał on w latach 80. XX wieku jako "Wolność". Przez długi czas nie był dopuszczany do obiegu przez PRL-owską cenzurę.

Utwór, co istotne, ma formę przemówienia. Parodiując charakterystyczny styl PRL-owskich przemówień, autor buntuje się przeciw społecznemu przyzwoleniu na ograniczanie wolności w zamian za umiejętnie dozowane przez władze przyjemności, dobra i przywileje. ("Wolność, po co wam wolność? / Macie przecież do pracy autobusy / Wolność, po co wam wolność? / I bezpłatny przydział spirytusu")

Co ważne, utwór nie jest jedynie wyrazem antykomunistycznego buntu, ale także buntu przeciw systemowi i rządom wszystkich państw świata, w których mniej lub bardziej ograniczana jest wolność obywateli. ("Z ludźmi, których kochasz / Rozmawiasz tylko listami / Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju / Tylko, dlatego że mieszkają w innym kraju / Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny / Na tym świecie każdy chce pieniądze i koncerny / Kilku frajerów rządzi świata tego polityką / Najpotężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką").


Bunt i indywidualizm może być także wyrazem sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku. Jako przykłady posłużą mi: książka "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya oraz filmy: "Gran Torino" Clinta Eastwooda i "American Beauty" Sama Mendesa.

Ken Kesey, podobnie jak George Orwell, sam był buntownikiem i indywidualistą. W 1959 roku wziął udział w programie CIA, podczas którego zażywał różnej maści środki psychodeliczne, z LSD na czele. Pobyt w szpitalu inspiruje go do napisania "Lotu nad kukułczym gniazdem" (książka została później zekranizowana przez Milosa Formana; film otrzymał 5 Oscarów).

Akcja powieści toczy się w szpitalu psychiatrycznym na oddziale, zarządzanym przez despotyczną Wielką Oddziałową. Pozornie spokojne życie na oddziale zmienia się nie do poznania, gdy trafia do niego Randle Patrick McMuprhy (w filmie wcielił się w niego Jack Nicholson) – rudowłosy 35-letni mężczyzna, wcześniej wielokrotnie karany za bójki, pijaństwo i szulerstwo.

McMurphy buntuje się przeciw traktowaniu chorych jako ludzi drugiej kategorii, stosowaniu wobec nich przemocy fizycznej i psychicznej oraz wykorzystywaniu ich przez Wielką Oddziałową. ("Bardzo dziwne to miejsce, w którym mężczyźni nie umieją się odprężyć, wybuchnąć śmiechem, bardzo dziwne jest też, że tak ulegają tej uśmiechniętej, umęczonej jędzy o zbyt czerwonych ustach i zbyt wielkich cyckach.).

McMurphy na wszystkie znane sobie sposoby stara się walczyć z ograniczeniami wolności w szpitalu. Przełomowym momentem okazuje się zorganizowana przez bohatera wyprawa na ryby, która pacjentom szpitala dała poczucie, że nie muszą się we wszystkim zgadzać i ciągle ulegać Wielkiej Oddziałowej.


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku pojawia się również w filmie "Gran Torino", w którym Clint Eastwood jest zarówno reżyserem, jak i odtwórcą głównej roli.

Aktor wciela się w postać Walta Kowalskiego – weterana wojennego, któremu właśnie zmarła żona. Walt nie pozwala, żeby jego syn wraz ze swoją małżonką "uśmiercili go za życia", wysłali do domu starców i zabrali jego majątek.

Buntuje się nie tylko przeciwko planom wyparcia starszego pokolenia przez młodsze. Buntuje się także przeciwko strukturze narodowościowej dzielnicy, w której żyje. On sam jest jedynym białym Amerykaninem w okolicy zdominowanej przez Hmongów (grupę etniczną wywodzącą się z Azji Południowo-Wschodniej), w których widzi odbicie Koreańczyków i Chińczyków, z którymi walczył podczas wojny w Korei.

Po poznaniu kultury i zwyczajów Hmongów Kowalski buntuje się przeciwko wykorzystywaniu tej azjatyckiej społeczności jako "kadry" do miejscowego gangu.


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku pojawia się także w filmie "American Beauty" Sama Medensa. Brytyjski reżyser znany jest z krytyki amerykańskiego stylu życia. "American Beuty" było jego debiutem filmowym, który uhonorowano aż 5 Oscarami.

W filmie buntują się aż 4 postacie:

- Grany przez Kevina Spaceya Lester Burnham w wieku 42 lat postanawia odmienić swoje życie, stając się, na tle społeczności z amerykańskich przedmieść, prawdziwym indywidualistą i buntownikiem. Zwalnia się z pracy, której nienawidzi. Kupuje samochód, który zawsze chciał mieć. Pali marihuanę, którą zawsze lubił, ale której palenia zabraniała mu żona, której już nie kocha. Zaczyna też ćwiczyć, żeby przypodobać się ponętnej przyjaciółce swojej córki. Bunt Lestera Burnhama jest nie tylko wyrazem sprzeciwu wobec panujących stosunków społecznych, ale także wobec utraconej, już na zawsze, młodości.

- Carolyn Burnham buntuje się przeciw buntowi męża. Jej bunt przebiega jednak bardziej konwencjonalnie, mniej indywidualistycznie – wdaje się w romans z rywalem na rynku branży nieruchomości oraz myśli o zabójstwie nielojalnego męża (ostatecznie robi to kto inny).

- Jane Burnham przechodzi przez swój młodzieńczy bunt. Sprzeciwia się sztucznie kreowanemu życiu domowemu oraz aspiracjom seksualnym ojca względem jej przyjaciółki Angeli. Bunt Jane został rozbudzony przez Ricky'ego Fittsa, sympatię bohaterki.

- Buntuje się także Frank Fitts, ojciec Ricky'ego, Pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Wyraża swoje dezaprobatę na zastaną rzeczywistość, niezgodną z jego twardymi, konserwatywnymi poglądami. Bunt ten wyraża się poprzez surowe traktowanie żony i syna, a także poprzez zabicie sąsiada, głównego bohatera filmu.


Bunt i indywidualizm może być także bezrefleksyjną modą. Posłużę się tutaj utworem "Alter" Michała Hoffmana i Marcina Matuszewskiego.

Utwór jest tekstem piosenki grupy Afro Kolektyw, napisany i wykonywany przez Michała "Afrojaxa" Hoffmana oraz Marcina "Duże Pe" Matuszewskiego. Jest on krytyką współczesnych buntowników i indywidualistów, jakim mianem nazywa się alter- i antyglobalistów – grupę ludzi buntujących się przeciw jednemu ze współczesnych zjawisk, jakim jest globalizacja. W utworze podkreślana jest ich hipokryzja, anty- i alterglobaliści ukazani są jako ludzie, którzy pracują od 8 do 16 w tych samych ponadnarodowych korporacjach, przeciwko którym buntują się wieczorami i w weekendy, chodząc na pochody i manifestacje. W utworze obśmiewane są też postulaty alterglobalistów, które doprowadzono do absolutnego absurdu, tym samym podkreślając ich całkowitą nonsensowność. ("Wszyscy powinniśmy jeździć tylko rowerami, a autobusy powinny być na olej słonecznikowy")

Utwór jest więc szeroką krytyką tych, którzy na siłę starają się być indywidualistami poprzez bezrefleksyjny bunt. Dlatego też, punkt ten w żadnym stopniu nie zaprzecza postawionej przeze mnie na początku tezie, gdyż zaprezentowani w nim buntownicy i indywidualiści tak naprawdę nimi nie są.


Analizując postawy współczesnych buntowników i indywidualistów, doszedłem do dwóch wniosków:

Pierwszym z nich są prawidłowości związane z postawą indywidualizmu i buntu:
A) Bunt i indywidualizm są reakcją na nadmierny ucisk, ograniczenie wolności jednostki. ("Rok 1984")
B) Bunt i indywidualizm występują wtedy, gdy jednostka chce zmienić swoje życie bądź chce mieć wpływ na zmiany w życiu innych ludzi. ("American Beauty", "Lot nad kukułczym gniazdem")
C) Bunt i indywidualizm są lekarstwem na nudne, szare życie współczesnego człowieka. ("American Beauty")
D) Bunt i indywidualizm bywają zaraźliwe. ("Lot nad kukułczym gniazdem")
E) Bunt i indywidualizm nie zawsze są akceptowane przez otoczenie. Brak akceptacji na bunt i indywidualizm może wywołać reakcję buntu na bunt. ("American Beauty")

Drugim z wyciągniętych przeze mnie wniosków jest tragizm postaci indywidualistów i buntowników. Życie współczesnych buntowników i indywidualistów kończy się często tragicznie. Jednostki same poświęcają swoje życie dla konkretnych wartości lub w wyniku buntu i indywidualistycznej postawy to życie jest im odbierane.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie pracy bez zgody autora zabronione.

Bibliografia:

1. American Beauty [film], reż. Mendes Sam, [DVD], Imperial CinePix, 1999.
2. Gran Torino [film], reż. Eastwood Clint, [DVD], Galapagos, 2008.
3. Hoffman Michał, Matuszewski Marcin, Alter [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://litoslav.blogspot.com/2010/04/afro-kolektyw-alter-f-duze-pe-sowa.html
4. Kesey Ken, Lot nad kukułczym gniazdem, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1981, ISBN 83-06-00569-4.
5. Orwell George, Rok 1984, Mediasat Polad, ISBN 83-89651-68-8.
6. Staszewski Kazimierz, Po co wolność [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://staszewski.art.pl/teksty/index.php?id=wolnosc

1. Słownik języka polskiego, pod red. Bańko Mirosława, Tom 1, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007, s. 172, ISBN 978-83-01-15090-7.
2. Słownik języka polskiego, pod red. Bańko Mirosława, Tom 2, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007, s. 125, ISBN 978-83-01-15091-4.
3. Beb Conradino, Ken Kesey [online], [dostęp 26 lutego 2011[, dostępny w Internecie: http://www.magivanga.com.pl/page.php?75
4. Drabarek Barbara, Falkowski Jacek, Rowińska Izabella, Słownik motywów literackich, Warszawa, Wydawnictwo KRAM, 1998, s. 72-73, ISBN 83-86075-72-4.
5. Eliot Marc, Amerykański buntownik – Życie Clinta Eastwooda, Wrocław, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009, s. 315-319, ISBN 978-83-245-8931-9.
6. Gnoiński Leszek, Kult Kazika, Wyd. 1, In Rock Music Press, 2000, s. 64, ISBN 978-83-86365-39-5.
7. Kurpiewski Lech, Rebelianci z przedmieść, "Newsweek" 2011 nr 7, s. 80-81.
8. http://encyklopedia.pwn.pl/haslo.php?id=3870096 [online], [dostęp 24 października 2010], [antyglobalizm].
9. Makowiecki Andrzej, Słownik postaci literackich, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006, s. 485-486, 706-707, ISBN 83-06-02757-4.
10. Mroczkowski Przemysław, Historia literatury angielskiej – Zarys, Wyd. 3 uzup., Wrocław, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, 1993, s. 563-564, ISBN 83-04-04134-0.
11. Weiss Wiesław, Kult. Biała Księga, Wyd. 1, Warszawa, Kosmos Kosmos, 2009, s. 204-206, ISBN 978-83-926991-2-5.
12. Zarębski Konrad, Bunt żywych trupów [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://film.onet.pl/recenzje/bunt-zywych-trupow,1,3838200,wiadomosc.html