Przegląd ulubionych, najczęściej słuchanych tegorocznych singli (lub po prostu utworów). Dużo rapu. Dużo polskiego rapu. Okazyjnie coś innego, ale jednak hip-hop. Kolejność ma znaczenie, acz zdaję sobie sprawę, że lista układana w inny dzień mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
20. Kubson - Nie ma. Zabawa słowem kończącą się teorią nadczłowieka i Fryderykiem Nietzsche. Świat jest pełen filozofów.
19. Lody - Hi From Miami. Przełom października i listopada w moim wykonaniu (choć nie z własnej woli) został zdominowany przez Lody. Lepsze niż Algida.
18. Luxtorpeda - Autystyczny. Takie tam o miłości. Bardzo mądre.
17. Nosowska - O lesie. Kasia blisko natury, Kasia pozytywna, Kasia zniewalająca.
16. Tetris - Prawo 2021. Kontynuacja klasycznego "Prawa do bragga". Trochę gorsza. Tyle że na arcymocnym beacie Bob Aira.
15. Ortega Cartel, Proceente, Spinache, Reno, Mielzky, Frank Nino - Nie ma emocji, nie ma rapu. Klimat "Lavoramy" raz jeszcze.
14. Medium - Nieznane. Jeśli nigdy myślami nie wychodziliście poza ziemską materię, to po tym singlu zaczniecie.
13. HuczuHucz - Gdyby nie to. Kawałek o miłości. I o zabijaniu. No, emocji pełno. W dodatku bardzo skrajnych.
12. Pablopavo & Ludziki - Oddajcie kino Moskwa. Skoczny, choć mocno nostalgiczny numer. Oddajcie kino Moskwa, skurwysyny!
11. B.O.K - Wszystko do nas wraca. Osiem krótkich, umoralniających i zwracających uwagę na karmę historii. Bisz w wysokiej formie.
10. W.E.N.A. feat. Włodi - Do dnia, w którym. Memento mori, acz non omnis moriar.
9. Pezet - Co mam powiedzieć. Kapliński jak Mike Skinner z The Streets. Lekko, bez nadęcia. Tak do radia. Czekam na płytę z Sidneyem.
8. VA - A pamiętasz jak? Siedemnastu weteranów sceny w najlepszym posse-cucie w historii polskiego rapu wspomina początki hip-hopu w naszym kraju. Piękna sprawa.
7. Afro Kolektyw - Wiążę sobie krawat. Refren, z którym budziłem się i zasypiałem przez większość dni tego roku. Nie da się od niego uwolnić.
6. Zeus - 99942. Łódzki raper wciela się w pędzącą w stronę Ziemi asteroidę. I samo to jest już ciekawe. Ale ta asteroida jeszcze nas moralizuje.
5. Sokół i Marysia Starosta - Ludzie to dziwni są. Sokół cedzi prawdy objawione. Bardzo sprawnie, czytelnie i trafnie. Wtręt o zabijaniu krów i świń mógł sobie jednak darować.
4. Projekt Parias - Drzazgi. Pelson i Włodi o drzazgach w duszy. Słuchacz z ciarami na plecach.
3. Kazik na Żywo - Plamy na słońcu. Kogel-mogel z podzielonej na pół Polski, podlany sportowym sosem i rymami częstochowskimi.
2. Łona i Webber - To nic nie znaczy. Kilka socjologicznych obserwacji podanych z kąśliwą ironią i nutką nadziei na koniec.
1. Looptroop Rockers - Professional Dreamers. Hicior na każde okazje z pozytywnym przesłaniem. Numer jeden tego roku.
Wywiad z Kubsonem - część druga
Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W drugiej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – mówi m.in. o zdrobnieniach, kupie (dosłownie!), polskim i zagranicznym rapie oraz o winylach.
Litoslav: Lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"?
Kubson: A co, pewnie tak powiedziałem?
Nie, nie. Po prostu, czy lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"? Niektórzy tego nie lubią.
Nie wiem, jakoś nie zwracam na to uwagi.
A widzisz, bo tu chodzi o zdrobnienia. Studio, w którym nagrywasz, nazywa się "Pierwsze Pięterko". To "pięterko", to zdrobnienie, brzmi trochę dziwnie, kiedy się pomyśli, że jest to studio, w którym nagrywa Kubson, raper.
Pomysł na studio Pierwsze Pięterko narodził się na Tarchominie, tam nagrywaliśmy właśnie na pierwszym piętrze. Nigdy nie robiliśmy hip-hopu poważnego i mega prawilnego, mówiącego, jak masz żyć, co masz robić, jak postępować. To jest hip-hop trochę z przymrużeniem oka. Do tej nazwy mam duży sentyment, zawsze mi się ona bardzo podobała. Młody często do mnie dzwonił: - Przyjeżdżasz na Pierwsze Pięterko? Nagramy jakiś hit!
Jako, że ja też mieszkam na pierwszym piętrze i też zacząłem sobie inwestować w sprzęt i w końcu stworzyłem swoje studio, to automatycznie przeniosłem tę nazwę do siebie do pokoju. Nawet mam tu wrzut na ścianie – "Pierwsze Pięterko Studio".
Aha, czyli to nie jest to samo studio, w którym zaczynałeś? Jak pisałem o Tobie artykuł, to przez takie samo nazewnictwo stwierdziłem, że chodzi o dokładnie to samo studio, w tej samej lokalizacji.
Początkowo działaliśmy na Tarchominie. W końcu przestaliśmy ze sobą nagrywać, mimo że kontakt cały czas utrzymujemy. Uściślając, nie tyle przestaliśmy ze sobą nagrywać, ile Młody odbił od hip-hopu. Słucha go, ale nie ma czasu na nagrywki, bo każdemu życie się tam jakoś układa i jednak praca, rodzinne obowiązki zaczynają brać górę. Nie masz na to czasu albo zajawki. Czujesz, że robisz coś na siłę, że to ci nie wychodzi tak, jak kiedyś wychodziło, dlatego od tego odstępujesz.
Ja cały czas tę zajawę w sobie mam. Właśnie po debiucie miałem najwięcej: wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem, ładowałem w winyle, w kompresory, w kable, żeby to miało brzmienie i żeby to było profesjonalne.
A nazwa została nazwą, bo tak było u zarania. Ta nazwa była po prostu naturalna.
Co do nazewnictwa. Na debiucie był utwór "hehe". Będąc złośliwym, można się zastanawiać, czy kiedyś nie nazwiesz jakiegoś kawałka skrótem internetowym typu "zw"?
"Hehe" nie kojarzyło mi się kompletnie z Gadu Gadu, chociaż – prawda – jest to wyrażenie swojego stanu ducha, jedno z najprostszych. Ten kawałek nazywa się "hehe", bo po prostu było dużo śmiechu w tej całej historii. To określenie, co się tego wieczoru rzeczywiście działo. A może to był taki pijacki patent? Nic nie przychodziło do głowy, a to nie mógł być kawałek typu "Trzydziesty pierwszy dzień grudniowy", "Impreza u Agaty" albo "Osiemnastka Tadka"? Nie wiem, dlaczego tak zostało. Zresztą, mam bardzo dużo kawałków, których tytuły są od czapy. Generalnie ważne jest to, co jest w środku w tym kawałku. A tytuł? Podchodzę do tego tak, że nawet nie myślę, czy ktoś będzie się zastanawiał nad tytułem. Często mam coś takiego, że gdy ktoś pyta mnie, czy słyszałeś kawałek Ostrego pt. "Bach, bach", to wiem, że go na pewno słyszałem, ale nie kojarzę kawałka z tytułem.
Kazika Staszewskiego znasz?
Osobiście nie.
Ale twórczość, samą osobę?
Tak, kojarzę osobę.
A znasz może taki jego utwór "Anarchia w WC"?
Nie.
To jest utwór, w którym Kazik pozuje na anarchistę, którego anarchizm objawia się w niespuszczaniu wody w toalecie.
Aha...
Skojarzyło mi się to z początkiem jednego z Twoich utworów. Konkretnie z "Kilo artystów proszę". "Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody" z akcentem na "KUPĘ". Nie myślałeś o tym, że ktoś może w ten sposób się do Twojej twórczości zniechęcić? Dajmy na to, ktoś mówi sobie "sprawdzę tego Kubsona", wybiera losowo jeden numer i pada na "Kilo artystów proszę". Słyszy pierwszy wers i wymięka.
Wystarczy, że posłucha pięć sekund dalej i tam jest rozwinięcie tej myśli: Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody / Na ulicach od smrodu stanęłyby samochody / Wszystkich raperów, co robią dobre gówno / Na jeden dzień do takiego miasta wysłałbym jutro. Ta "kupa" nawiązywała do tego szitu, który jest obecny wszędzie w hip-hopie i niestety Polska go teraz łapie. Zaraz, nie teraz, już od dawna. W stanach "shit" ma zupełnie inny wydźwięk niż u nas. Jak tutaj widzę przebranego gościa, bo on tak na pewno nie ubiera się naturalnie – bandana, czapka i "sprawdź to gówno ziooom!!!" – to w ogóle to do mnie nie trafia. "Kupa" była łagodniejszym słowem, zresztą nie chciałem powtarzać 2 razy słowa "gówno". Wiem, że wstęp do tego kawałka jest mało smaczny, ale z reguły mam tak, że kawałków nie poprawiam – kreślę do tego momentu, aż mi się nie spodoba. Jeśli to weszło, to znaczy, że tak miało być.
To jeśli już przy tym jesteśmy. Słuchasz w ogóle polskiego rapu?
Mam parę wybranych person, które śledzę. Poza tym, nie ogarniam tego wszystkiego, co wychodzi. Kiedy swoją premierę miała "Igła...", to sprawdzałem, co wychodzi równolegle. Ostatnio słuchałem płyty Weny, bardzo fajnej zresztą. Śledzę też wydawnictwa Asfaltu, jakoś mi do nich najbliżej.
O właśnie. Jaki masz stosunek do Ostrego. To jego wydawanie rok w rok. Nie nudzi Cię to? Jego płyty zdają się być ciągle o tym samym.
Już kiedyś o tym z kimś rozmawiałem, chyba po siódmej płycie Ostrego. Gadałem z takim gościem, który bardzo dużo muzyki słucha i powiedział: - Wiesz co, te płyty Adama brzmią tak samo.
Trochę inaczej na to patrzę, bo sam robię muzykę. Sam ją produkuję i dzięki temu wiem, że Ostry jest niezłym kozakiem, skoro nie dość, że jego płyta jest zawalona od pierwszej do ostatniej sekundy (ile miejsca jest na płycie, tyle on po prostu ładuje muzyki), nie dość, że popisuje się lirycznie i pod względem flow, to jeszcze te bity. Doceniam to jakby z dwóch stron – producenta i słuchacza. Wiadomo, jakiś tam temat się powtórzył. Ale zaznaczmy, że jest nawinięty inaczej: nie ma użytych tych samych wersów, tej samej gry słów, tych samych określeń. Jest to może o podobnych rzeczach, ale nawinięte w inny sposób. No i produkcja. Produkcja przede wszystkim.
A zagraniczny rap? Słuchasz, śledzisz?
Praktycznie nie. To znaczy, jak chodzę do zaprzyjaźnionego sklepu na Chmielnej, do Side One, to tam pracuje taki diabeł o imieniu Wojtek. I Wojtek, jak widzi, że ja jestem, to zawsze coś proponuje. I zawsze trafia po prostu w sedno. Proponuje mi coś, ja sobie to przesłuchuje i zazwyczaj z tą płytą wychodzę. Ostatnio kupiłem płytę dwóch niemieckich producentów J.R. i PH 7, którzy skupili na tym krążku - to jest podwójny winyl - po prostu śmietankę światowego rapu. Płyta ma takie brzmienie, jakie ja lubię: czuć, że powstała z winyli, jest zrobiona na winylu i jeszcze ma mega gwiazdy. Nie śledzę nowych tytułów, które wychodzą. Czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham.
Coś oprócz rapu? Jakieś inne gatunki?
Zdecydowanie. Jaram się muzyką głównie z lat 70. Mam generalnie zboczenie, jeśli chodzi o czarne krążki – te płyty opowiadają jakąś tam historie. Nie ściągam w ogóle płyt z Internetu. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Ale jeśli już się tym zainteresuje i wiem, że jest to jakiś starszy rocznik, to szukam, czy nie mogę tego gdzieś znaleźć na placku. Tak było m.in. z płytą 24 Carat Black – Ghetto Misfortune's Wealth. Mistrz po prostu nad mistrzami, a przesłuchałem ją po raz pierwszy z czyjegoś polecenia. Szukałem dobre dwa, może nawet trzy, miesiące miejsca w sieci, w którym mógłbym ją zamówić – napisałem maila do sklepów winylowych w Warszawie, czy mogą mi je ściągnąć.
I z tą płytą jest śmieszna historia, bo jednego dnia dostałem potwierdzenie możliwości odbioru, jednocześnie właśnie z tych trzech miejsc. W jednym miejscu kupiłem, z dwóch pozostałych próbowałem się wymiksować, ale dosadnie mi to wyperswadowano. Tym samym mam w domu 3 placki zajebistej płyty. Jeśli kiedyś ktoś do niej dotrze, to też może poszuka, akurat może ja będę wystawiał jedną gdzieś na Allegro i zarobię na tym fortunę.
Wracając do pytania, słucham. Dużo słucham funku, jazzu. Jak tylko są jakieś kiermasze winylowe, czy stoi jakiś dziad na ulicy i sprzedaje, to zawsze jakiś smaczek złapie. W zeszły weekend byłem na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. Tam jest taki Park Kultury Powsin. Stał tam właśnie ktoś i sprzedawał płyty winylowe. Między Marylą Rodowicz, Czerwonymi Gitarami i innymi rzeczami była płyta zespołu Ptaki, którego w ogóle nie kojarzyłem. Bardzo lubię oryginalne okładki i właśnie tak było z tymi Ptakami – widziałem, że okładka jest inna niż wszystkie. Zresztą też rok wydania, jakieś lata 70. chyba. Tak mi się wydaje, bo stare polskie płyty mają to do siebie, że rzadko kiedy jest na nich wypisana data produkcji. Ale tak reasumując, Ptaki kosztowały mnie 5 złotych, a myślę, że z 3 zajebiste bity z tego powstaną. Jak wróciłem do domu, to po prostu szczęka mi opadła, jak usłyszałem niektóre breaki na tej płycie. Tak jak mówiłem, czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham. Ogólnie dużo słucham, dużo kupuję i generalnie często nastawiam się na kradzież z tych płyt, pod tym kątem często je przesłuchuję.
To ile masz tych winyli?
Trudno powiedzieć, ja ich nie liczę. Zajmują znaczną część pokoju. W piwnicy też jest trochę – takich, których nie słucham albo takich, które kiedyś od kogoś dostałem, przesłuchałem raz i stwierdziłem, że jednak nic z nich nie będzie. Nie będę strzelał. Nie liczy się to na pewno w tysiącach, ale myślę, że koło pięciuset jest ich na bank.
Ciąg dalszy nastąpi...
Wywiad z Kubsonem - część pierwsza
Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W pierwszej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – opowiada mi.n. o terminach, poligrafii, Internecie, telewizji i popkulturze.
Litoslav: Debiutancki album wydałeś w 2007 roku, a przygodę z rapem zaczynałeś około '98. To oznacza, że przez te 9 lat zbierałeś materiał na płytę?
Kubson: Nie. "Materiał numer jeden" powstał w 2007 roku, ponieważ musiałem dojrzeć do tej płyty. To nie oznacza, że nagrywałem ją 9 lat. Po prostu pierwsze numery nagrywaliśmy w '98, zajarani Molestą, Trzyha. Brat Włodka, Chochlik, przynosił do szkoły na kasetach pierwsze nagrywki Molesty i kiedyś stwierdziliśmy: - Kurde, my też byśmy chcieli tak robić. Siadaliśmy, włączaliśmy jakieś tam instrumentale z kaset zachodnich i pod to rapowaliśmy.
Pamiętam, że pierwsze nagrywki powstawały na dwukasetowym magnetofonie – z jednej kieszeni leciał podkład, czasem nawet trochę przegadany, a na drugą kieszeń na kasetę nagrywał się już kawałek, przy użyciu mikrofonu Panasonica za 30 zł. Nie było mowy o żadnym montażu i tak dalej, wszystko szło na żywo. Puszczaliśmy to znajomym i pytaliśmy, czy się podoba. Ich też wypełniała zajawka, bo hip-hopu wtedy nie było tak dużo. Nie było Internetu i nikt nie mógł przesyłać sobie kawałków, tylko dzieliłeś się nimi na żywo ze znajomymi. Tak to wyglądało.
A "Materiał numer jeden"? Z biegiem czasu rozwijała się technika, może trochę więcej sprzętu każdy z nas zaczął zdobywać. Młody na Tarchominie kupił przedwzmacniacz Behringera, wspólnie złożyliśmy się na jakiś porządniejszy mikrofon. Myśleliśmy wtedy, że mamy super profesjonalny sprzęt. Zresztą Młody całe studio wybudował. To właśnie on pchnął mnie do przodu. Kiedyś poszedł na bazar i od jakiejś baby wziął opakowania od jajek – wyłożył tym pół pokoju i mieliśmy profesjonalną, wygłuszoną kabinę. Właśnie tam rejestrowaliśmy numery, ale już na komputerze, a nie na kasecie. Potem wypaliliśmy je na płyty i była zajawa: - Ło fajnie, jeszcze można by ten wokal trochę podbić, ale już ma to brzmienie.
W 2005, może w 2006 roku, sam zająłem się produkcją. Początkowo wyglądało to tak, że brałem od ojca mały keyboard, który miał wgrane podstawowe dźwięki perkusyjne - stamtąd robiłem stopy i werble. Bez żadnej konkretnej linii melodycznej, tylko same bębny, które loopowałem. Później człowiek zaczął słuchać więcej muzyki – jazzu, trochę funku, Michała Urbaniaka na darmowych płytach dołączanych do gazet - stamtąd były super sample. Pamiętam, że właśnie przy jakiejś gazecie był soundtrack "Długu" bodajże.
Czyli kiedy zacząłeś zbierać materiał na debiut?
Gdzieś w 2006 roku. "Materiał numer jeden" został oficjalnie przyklepany po zaliczeniu mojego kolegi Mruwy, który musiał do szkoły zrobić materiał łączący dźwięk z obrazem. Zaprosił jednego koleżkę, który rejestrował obraz i wziął też mnie, bo wiedział, że sobie nagrywam swoje rapy. Zebrał trzyosobową bandę, ruszyliśmy gdzieś w miasto – ja rapowałem, Payo kręcił. Kiedy zobaczyłem, jak pierwsza zwrotka do kawałka "o Warszawie" prezentowała się w kadrze, byłem tak zajarany, że dopisałem szybko dwie kolejne zwrotki, zgadałem się znowu z Pajem i nakręciliśmy – powiedzmy – profesjonalny teledysk. Reszta kawałków już poszła z górki.
A jak to było z "Igłą w stogu PCV"? Premiera 2,5 roku później, niż początkowo zakładałeś.
To była zajawka po debiucie. Jak go nagrałem, zapomniałem, że powstawał on rok, a nie w dwa tygodnie. Myślałem, że następna płyta pójdzie mi po prostu z górki. Tym bardziej, że cały czas robiłem bity. Nie komponowałem ich już na komputerze, tak jak to było w przypadku "Materiału numer jeden", tylko kupiłem sampler i zacząłem produkcję tak, jak się to robi w Ameryce, jak czarni na teledyskach. Tych bitów kleiłem bardzo dużo. Tak mi się one podobały, mimo że ich dzisiaj słuchać nie mogę, że myślałem, że "Igła..." wyjdzie rok później i będę jak O.S.T.R. – co roku kolejna płyta.
Niestety rzeczywistość była inna. I bardzo dobrze. Bo ta płyta brzmiała inaczej, niż teraz brzmi. Przez ten czas dojrzałem, jeśli chodzi o szukanie dźwięków. Bardzo duży wpływ na wszystkie rzeczy mają rozmowy z ludźmi, dzielenie się swoimi doświadczeniami. Poznałem takiego producenta, Galusa a.k.a. Pokój Czarnych Płyt – gość, który teraz robi bity m.in. dla HiFi Bandy. Koleś z Mazur, z Olecka, pracujący na AKAI 2000XL. On mnie nauczył samplowania z winyli. Tylko i wyłącznie z winyli. Nawet nie z kompaktów, nie brania żadnych gotowych próbek perkusyjnych. Powiedział mi, żebym wszystko brał z winyli i wtedy zobaczę to pierdolnięcie i docenię ten charakterystyczny dźwięk. I rzeczywiście miał rację. To brzmienie jest oryginalne. Jestem zadowolony z tego, jak brzmi "Igła..." – nie dość, że cała wyprodukowana w ten sposób, to jeszcze czuć, że wszystko jest spójne.
Na "Igle..." mamy utwór "Japgaleria", atakujący "życie w Internecie". Tak się zastanawiałem, czy Kubson ma Facebooka?
Kubson nie ma Facebooka, ale firma Kubsona ma Facebooka. Kubson jest bezrobotny, skończył studia 2 lata temu i od tego czasu tuła się po różnych firmach. Żaden pracodawca mu nie pasuje, więc Kubson stwierdził, że założy swoją firmę, która zajmie się nadrukami na ciuchach i także produkcją slipmat.
Wracając do Facebooka, to jest kozackie źródło reklamy. Ludzie mogą wiedzieć, że coś konkretnego robisz. Nie wrzucam tam swoich zdjęć z wesel, nie dzielę się z ludźmi, że jestem "w związku", tylko istnieje tam po prostu moja firma – Muzografia.
To już wiadomo, skąd są te kozackie wydania "Igły w stogu PCV" – i wersja na CD, i na winylu to naprawdę pierwszorzędna robota.
To ogólnie ciekawe, bo w domu jestem uważany za największego brudasa i bałaganiarza, ale jeżeli chodzi o grafikę i prace, które później mają trafić do ludzkich rąk, to się do tego przykładam. Zresztą na studiach miałem taki przedmiot – "grafika i estetyka druku" - na którym co prawda nie miałem piątki, ale sporo się nauczyłem. I od tamtej pory to wykorzystuję.
Wracając do tego Internetu. Jesteś artystą undergroundowym i dla takich jak Ty Internet jest dobrą "platformą" promocyjną. Jeśli już krytykujesz te wszystkie Internety i Facebooki, bo oczywiście jest co krytykować, to może nagrasz też hymn pochwalny dla globalnej sieci, bo jednak jest też za co go wychwalać?
To nie chodzi o to, że tylko krytykuję Internet. Internet ma ludziom pomagać. Nie podoba mi się, jeśli zamiast wyjść na dwór, spędzasz czas przed monitorem. Albo zamiast iść do sklepu i po prostu szukać płyty, "kupujesz" ją na rapidszopie. To jest jego główny minus. Może inaczej: nie samego Internetu, ale podejścia do niego.
Skupiam się na tym, żeby moje płyty miały formę materialną. Żebyś mógł ją sobie otworzyć, włożyć do odtwarzacza, słuchać, jednocześnie przeglądać sobie dołączoną książeczkę i jeszcze zobaczyć na jakim patencie jest zrobiona okładka lub co jest w środku. Może jest wyjaśnienie jakiegoś kawałka?
Wiem, że teraz wychodzi pięć płyt dziennie. Ktoś, kto naprawdę śledzi polski hip-hop, chyba nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. Nie jest oczywiście powiedziane, że te wszystkie produkcje są jakieś górnolotne. Jednak wiele z nich może uchodzić mojej uwadze, a na pewno część z nich by mnie bardzo zainteresowała.
A co z telewizją? Tutaj też można przywołać utwór z Twojej ostatniej płyty - "Kilo artystów proszę", czyli ostrą krytykę wylewającej się z telewizorów popkulturalnej szmiry. Czy wg Ciebie jest coś w telewizji godnego zainteresowania?
Na przykład "Jeden z dziesięciu" – kozacki teleturniej, który oglądam codziennie do obiadu. Akurat mój tata przychodzi wtedy z pracy, razem jemy i odpowiadamy na wcześniej zadane pytania. Prześcigamy się w tym, kto jest większym kozakiem. Ale to jest "do kotleta". Nie krytykuję "Jeden z dziesięciu", bo to fajny program. Generalnie w telewizji lubię programy, podczas których możesz pomyśleć.
Bardzo fajny jest kanał TVP Kultura. Kiedy byś go nie włączył - zawsze leci coś naprawdę ciekawego. Oczywiście jeżeli się w to wkręcisz, kiedy nie oglądasz tego 3 minuty, tylko np. pół godziny. Jest masa interesujących rzeczy, na pewno. Ale np. jak jadę za granicę z Martą, moją dziewczyną, to z polskich kanałów dostępna jest m.in. Viva, której po 30 minutach nie da rady po prostu oglądać. Reklam jest pełno. I te gierki typu: "Wyślij sms-a, czy Piotrek ma być z Bartkiem"... Tragedia.
CIĄG DALSZY NASTĄPI...

