Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kubson. Pokaż wszystkie posty

2011: Single

Przegląd ulubionych, najczęściej słuchanych tegorocznych singli (lub po prostu utworów). Dużo rapu. Dużo polskiego rapu. Okazyjnie coś innego, ale jednak hip-hop. Kolejność ma znaczenie, acz zdaję sobie sprawę, że lista układana w inny dzień mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

20. Kubson - Nie ma. Zabawa słowem kończącą się teorią nadczłowieka i Fryderykiem Nietzsche. Świat jest pełen filozofów.


19. Lody - Hi From Miami. Przełom października i listopada w moim wykonaniu (choć nie z własnej woli) został zdominowany przez Lody. Lepsze niż Algida.


18. Luxtorpeda - Autystyczny. Takie tam o miłości. Bardzo mądre.


17. Nosowska - O lesie. Kasia blisko natury, Kasia pozytywna, Kasia zniewalająca.


16. Tetris - Prawo 2021. Kontynuacja klasycznego "Prawa do bragga". Trochę gorsza. Tyle że na arcymocnym beacie Bob Aira.


15. Ortega Cartel, Proceente, Spinache, Reno, Mielzky, Frank Nino - Nie ma emocji, nie ma rapu. Klimat "Lavoramy" raz jeszcze.


14. Medium - Nieznane. Jeśli nigdy myślami nie wychodziliście poza ziemską materię, to po tym singlu zaczniecie.


13. HuczuHucz - Gdyby nie to. Kawałek o miłości. I o zabijaniu. No, emocji pełno. W dodatku bardzo skrajnych.


12. Pablopavo & Ludziki - Oddajcie kino Moskwa. Skoczny, choć mocno nostalgiczny numer. Oddajcie kino Moskwa, skurwysyny!


11. B.O.K - Wszystko do nas wraca. Osiem krótkich, umoralniających i zwracających uwagę na karmę historii. Bisz w wysokiej formie.


10. W.E.N.A. feat. Włodi - Do dnia, w którym. Memento mori, acz non omnis moriar.


9. Pezet - Co mam powiedzieć. Kapliński jak Mike Skinner z The Streets. Lekko, bez nadęcia. Tak do radia. Czekam na płytę z Sidneyem.


8. VA - A pamiętasz jak? Siedemnastu weteranów sceny w najlepszym posse-cucie w historii polskiego rapu wspomina początki hip-hopu w naszym kraju. Piękna sprawa.


7. Afro Kolektyw - Wiążę sobie krawat. Refren, z którym budziłem się i zasypiałem przez większość dni tego roku. Nie da się od niego uwolnić.


6. Zeus - 99942. Łódzki raper wciela się w pędzącą w stronę Ziemi asteroidę. I samo to jest już ciekawe. Ale ta asteroida jeszcze nas moralizuje.


5. Sokół i Marysia Starosta - Ludzie to dziwni są. Sokół cedzi prawdy objawione. Bardzo sprawnie, czytelnie i trafnie. Wtręt o zabijaniu krów i świń mógł sobie jednak darować.


4. Projekt Parias - Drzazgi. Pelson i Włodi o drzazgach w duszy. Słuchacz z ciarami na plecach.


3. Kazik na Żywo - Plamy na słońcu. Kogel-mogel z podzielonej na pół Polski, podlany sportowym sosem i rymami częstochowskimi.


2. Łona i Webber - To nic nie znaczy. Kilka socjologicznych obserwacji podanych z kąśliwą ironią i nutką nadziei na koniec.


1. Looptroop Rockers - Professional Dreamers. Hicior na każde okazje z pozytywnym przesłaniem. Numer jeden tego roku.

Nie ma teorii nadczłowieka, bo nie ma Nietzschego / niczego



Jest teledysk. A o tym, czego nie ma, usłyszycie już od Kubsona. Polecam.

Coraz bardziej znany



Wybaczcie, nie mam czasu na dłuższe wpisy.

Kubson, z którym latem przeprowadzałem bardzo dłuuuugi wywiad (I, II, III, IV), zyskuje na popularności, co mnie osobiście niezmiernie cieszy. Przede wszystkim, jego "Igła w stogu PCV" trafiła do Empików. Dystrybucją krążka zajęła się Fonografika. Jasne, pewnie sprzedaż wydawnictwa nie jest jakaś kolosalna, ale i tak dobrze, że tak zdolny i niedoceniany raper i producent trafił na legal. Nawet jeśli bez większego rozgłosu.

Poza tym, w najbliższych dniach pojawi się teledysk do jednego z lepszych numerów z ostatniej płyty Kubsona, do utworu "Nie ma". Powyżej macie zapowiedź.

Oprócz tego, Kuba znalazł się w telewizji. W żadnym TVN-ie lub innym Polsacie, ale tak czy siak... iTV dwa razy w tygodniu nadaje hip-hopowy program "Mixtape" i właśnie w nim warszawiak wystąpił. Całość obejrzycie tutaj.

Do następnego.

Samplimagia #2

Czyli kto, gdzie i czego użył. Dwie ciekawostki. Na początek Kubson:



A teraz Cantoma. Taki chilloucik, downtempo, które całkiem przypadkowo znalazłem na składance "Nastaw się na chillout vol. 3":



Prawda, że brzmi podobnie? A właściwie: tak samo? Dobrze, że Kubson nie tworzy mainstreamowego rapu w Stanach, bo by się do końca życia nie wypłacił. ;-)

Kolej na Sade. "Mr. Wrong" z albumu "Promise" z '85 roku:



Ładne, co nie? Zestawcie go z kazikowym szlagierem, "Spalam się":



Musieliście to wyłapać, MUSIELIŚCIE. Jeśli nie, polecam wizytę u laryngologa.

Gdyby 2011 rok kończył się 30 czerwca, czyli podsumowanie pierwszego półrocza

Wyobraźcie to sobie. Jest 30 czerwca 2011 roku. Jutro 1 stycznia 2012. Co to dla nas oznacza?

- Noc sylwestrowa jest zarazem jedną z najkrótszych nocy w roku. A powinno być odwrotnie. Pomijam tych, którym w noc sylwestrową rwie się film.

- Do Euro 2012 niecałe pół roku. Co by znaczyło, że będzie ciężko. Proponuję porzucić resztki profesjonalizmu i postawić va banque na prowizorkę.

- Polskiej prezydencji w Unii Europejskiej po prostu nie było. Tak samo jak Przystanku Woodstock i Hip Hop Kempu. Damn it.

- Nie było także wyborów parlamentarnych. Politycy wciąż prześcigają się, kto jest prawowitym premierem Polski i Polaków - Jarosław Kaczyński na billboardach, Donald Tusk w telewizji, puszczając oczko, co jakby jest sygnałem do tego, że to on nam skrócił rok o połowę... Wszystko winą Tuska, wiadomo.

Zaraz, zaraz. A co by to oznaczało dla muzyki? Co nazwałbym płytą roku?

Wybór mam dość niewielki, bo z tegorocznych płyt kupiłem 17, co - licząc kilka nielegali - daje jakieś max 25 odsłuchanych albumów. Także to bardziej taka subiektywna lista, niż rzeczowe podsumowanie tysiąclecia, przez co brakuje może wielu Waszych faworytów. Ranking podzieliłem na dwie kategorie - polski rap i "poza tym". Pierwszych z nich bardziej rozbudowany. Nie siliłem się na szersze opisywanie albumów, bo z większością już to zrobiłem. Wszystko powinno być jasne i proste nawet dla najmniej kumatych.

POLSKI RAP

NUMBER ONE
Sokół i Marysia Starosta - Czysta Brudna Prawda. Sokół w szczytowej formie. W wyższej był tylko raz, gdy nagrywał "Każdego Ponad Każdym". Do tego Marysia Starosta wokalnie nie budzi żadnych zastrzeżeń. Czysta brudna prawda wyłożona wprost na kozackie, czasem nieco eksperymentalne bity od wybijających się, europejskich producentów. (więcej)

NIECO GORSI
Ten Typ Mes - Kandydaci na szaleńców. Piotrek Szmidt wciąż szuka nowych dróg rozwoju. Jedne rozwiązania są udane, inne mniej, ale to dalej najlepszy technik i najlepsze flow w kraju, które w dodatku potrafi śpiewać. A jak zrobi czysto hip-hopowego sztosa, to głowa mała! (więcej)

Zeus - Zeus, jak mogłeś? Podobnie jak Mes nie chce stać w miejscu. Porzuca funkowe jointy i przywdziewa maski, często mroczne. Nigdy nie jest sobą, tylko kreuje postacie. I robi to z dużą gracją: podszywając się pod innych, potrafi między wierszami przemycić swój punkt widzenia. (więcej)

MOCNE ŚREDNIAKI
Człowień & Shot - Do zobaczenia później... Garść nieszablonowych pomysłów na klasycznych bitach od dwójki utalentowanych graczy z Dolnego Śląska. To nic, że najlepszy numer na płycie to solowe dokonanie Shota, a najlepszą zwrotką była ta gościnna, Jota. (więcej)

Projekt Parias - Parias. Nierówne i surowe dziecko trójki weteranów, które prawdopodobnie przerośnie przeciętnego słuchacza. Kilka mocnych bitów, parę dobrych utworów i koncept, który powoduje, że to mimo wszystko jedna z ważniejszych tegorocznych płyt. (więcej)

W.E.N.A - Dalekie Zbliżenia. Legalny debiut marymonckiego kota, który traci swoją moc mniej więcej w 2/3 albumu. Treść trochę odtwórcza, mało oryginalna, ale pewnie zarapowana na dobrych bitach w towarzystwie gościnnych zwrotek śmietanki polskiego hip-hopu. (więcej)

PODZIEMNE KOTY
Kubson - Igła w stogu PCV. Chillout, świetne luzujące bity i parę mało prawilnych historii. Świetnie wydana płyta z klimatem, również na winylu.

Okoliczny Element - Schody Donikąd. W Gorzowie Wielkopolskim jest nawet taka budowla - Schody Donikąd, czyli schody rzeczywiście prowadzące donikąd. Charakterystyczne dla niej są kawałki porozbijanego szkła i bawiąca się na nich młodzież. I to łączy je z Okolicznym Elementem. Druga płyta składu z Opola to także towar do zabawy. Nie na sentymentalne wieczory, na pijackie - lub po prostu imprezowe - już tak.

Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy. Hate it or love it. Ment robi taki bity, że bujasz głową, a jest przy tym nieszablonowy jak Kanye West, zaś Ras to taka średnia krajowa po wyrzuceniu z niego całej zgrai wack MCs. Nie zaskakuje tak jak debiut, ale robi dobre wrażenie, choć największych sajko fanów może rozczarować.

NAJLEPSZY NUMER (2 NUMERY EX AEQUO)
Projekt Parias - Drzazgi. Dwie autobiograficzne historie - od Pelsona i Włodiego (Eldo w tym czasie wyszedł na siku). Mocne wersy, od których jeżą się włosy, a po plecach przechodzą ciary. (youtube)

Sokół i Marysia Starosta - Zły sen (Polowanie na zło). Storytelling w horrorcore'owej konwencji. Tu też ciary, ale ze strachu. Nie słuchać przed snem. (youtube)

NAJLEPSZA ZWROTKA
Włodi w "Do dnia, w którym" (W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia). Doskonałe zamknięcie rozpoczętego przez Wudoe tematu. Można powiedzieć: takie podniosłe bragga. Okej, to dość kontrowersyjne stwierdzenie. (youtube)

POZA TYM

Daniel Drumz - 10''. 10-calowy, biały winyl od Daniela Drumza. Poza tym kompletnie nie wiem, co o nim błyskotliwego mógłbym napisać. Po prostu bardzo mi się podoba. ;-)

Looptroop Rockers - Professional Dreamers. Szwedzi, znowu w pełnym składzie, serwują kolaż złożony z potencjalnych hitów. Promoe, Cosmic i Supreme pod każdym względem nie schodzą poniżej wysokiego, ustanowionego na poprzednich płytach, poziomu, a Embee - jak to Embee - smaży takie bity, że trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż ma się do czynienia z królem wśród europejskich beatmakerów. (więcej)

Luxtorpeda - Luxtorpeda. Najciekawszy tegoroczny debiut rockowy. Choć z Luxtorpedy żadni debiutanci, bo lideruje Robert Friedrich, na scenie obecny od półwiecza, a pomaga mu choćby Hans z Pięć Dwa Dębiec, też przecież z niemałym stażem. Kontynuacja kaenżetowskiego porozumienia ponad podziałami - punk, hard rock i hip-hop w jednym miejscu. (więcej)

Pablopavo i Ludziki - 10 piosenek. Krócej i smutniej. I mniej błędów, nudy i wtop niż na pierwszej płycie. Świetne teksty. Dużo bardziej worek "folk miejski" niż reggae-szufladka. (więcej)

Wywiad z Kubsonem - część czwarta

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W czwartej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – odpowiada na pytania odnośnie szeroko pojętych planów na przyszłość oraz spędzania wakacji.

Litoslav: Jakie plany na przyszłość? Trzeci krążek, featuringi, produkcja bitów dla innych raperów, jakieś koncerty?

Kubson: Produkcja jak najbardziej. Bardzo się cieszę, jeśli ktoś rapuje pod to, co zrobiłem. Chyba, że mi się tak podoba bit, że chcę go sam wykorzystać, robiąc na nim sławę i pieniądze. (śmiech)

Featy? Jeżeli ktoś mnie zaprasza na płytę, to pewnie. Ale tego jest bardzo mało. Nie jestem popularną osobą w hip-hopie. Ani Internet się jakoś do mnie nie przekonał, ani legalna dystrybucja – ani z jednej strony, ani z drugiej to nie chwyta. Zaprosił mnie na swoją płytę Siódmy, to była płyta "Fundament", która też jakiegoś super-szału nie zrobiła, mimo że jest bardzo fajną produkcją. Teraz nagrywam z Kfiatem z Siły Dźwięq. Bardzo fajny, funkowy kawałek, bit wyprodukował DJ Spike, mistrzostwo świata. Nie nagrywam ze śmietanką polskiego hip-hopu, ale też na swoje płyty nie mam potrzeby zapraszać wielu osób. Wychodzę z takiego założenia, że musiałbym z kimś usiąść, pogadać na jakiś temat, przyjść do domu, pomyśleć nad tym i stwierdzić: – Kurde, mógłbym nagrać z nim ten kawałek. On miał fajny pogląd na ten temat.

Nie szukam gości na płytę tylko po to, żeby podbijać jej sprzedaż.

A co z koncertami?

Koncerty gram, jeżeli ktoś akurat organizuje i mówi mi, że fajnie by było, jakbym zagrał. Nie mam managera, sam ogarniam wszystko. Muzykę robię z zajawki, tylko i wyłącznie. Jeżeli mam jakieś swoje zajęcia, które przynoszą mi wymierne korzyści materialne, to właśnie im się poświęcam, a zajawkę traktuję jak zajawkę. Jeżeli płyty się sprzedają, to się bardzo cieszę. I jeżeli ktoś zadzwoni i powie: - Kurde, fajnie byłoby mieć cię tu na żywo. Przyjeżdżaj, zagrasz coś - to też fajnie. Ale bynajmniej telefon mi się nie urywa. Głównie koncerty gram w Warszawie, bo tutaj znam parę osób, które organizują imprezy tematyczne i na nie mnie często zapraszają. Ale wiesz, ciężkie jest życie rapera. (śmiech)

Bejdełej - dostałem się na X edycję Mazury Hip-Hop Festiwal! Po tym jak wydałem płytę, ktoś napomknął mi o organizowanym konkursie. Wysłałem zgłoszenie, zebrała się komisja i mnie chcą. Fajnie.

A trzecia płyta?

Być może nawet nie hip-hopowa. Nie mówię, że będzie "luzik, arbuzik", ale zawsze się jarałem takimi chilloutowymi, spokojnymi kawałkami. Jeżeli wydam trzecią płytę, to wydaję mi się, że wyjdzie ona tylko na winylu, bo te winyle ["Igła w stogu PCV" na placku – przyp. Lite] mają o wiele lepsze branie, a o pudła z cedekami się w domu potykam. Spełniłem swoje życiowe marzenie – wydałem projekt na wosku.

Być może, wydając kolejną płytę, skupię się tylko na instrumentalach. Nie będzie to płyta hip-hopowa, choć może będzie miała trochę taki charakter. Najbardziej nastawiam się na chilloutowe jazdy, bez rapowania (ew. jakiś jeden kawałek będzie do niej przewinięty).

Nie widzę większej szansy, jeśli chodzi o hip-hop. Jest przesyt rapu i ludzie boją się otwierać na rzeczy, które nawet brzmią fajnie i ciekawie, ale trudno jest inwestować pieniądze w takiego kota w worku. Kupię sobie płytę jakiegoś tam Kubsona, ale nie wiem, czego się po nim spodziewać. Lepiej kupić płytę gościa, który wydał już empikowe płyty i ma teledyski, bo ja już wiem, jak on rapuje. Wielki jest problem, żeby dotrzeć do ludzi – nie do masowego odbiorcy, tylko do zajawkowiczów.

Teraz napisał do mnie gość spod Krakowa – Witek – z pytaniem, jakiego sampla użyłem w którymś tam kawałku. Sprawdziłem sobie Witka w historii maili i się okazało, że Witek kupił u mnie płytę na Allegro. Napisałem mu, że wszystkie płyty, z których brałem sample, opisane są w książeczce do wydania CD i może sobie spokojnie przeczytać. Następnie Witek odpisał, że on generalnie okładek nie ogląda, bo jest niewidomy. Od razu dostałem strzał na plecy. Zresztą napisał mi o samplu, który był tylko we fragmencie kawałka. Jest taki numer "Wkręt" – tekst: "...przytłumione dźwięki..." i wchodzi inny bit. I on mi napisał właśnie o tym numerze, o tym fragmencie, którego nie brałem pod uwagę, projektując okładkę. Znalazł coś, do czego nie ma informacji.

Zacząłem z nim pisać. Cieszę się, jak trafiam na takich zajawkowiczów. Okazało się, że Witek produkuje, przesłał mi paczkę bitów. Nie biorę tu absolutnie poprawki na to, że nie widzi, ale te bity nie różnią się absolutnie od tego, co może zrobić osoba w pełni sprawna. Czysta zajawa. Taki słuchacz jest warty stu słuchaczy, którzy siedzą na hip-hop.pl i codziennie na rapidszopie "kupują" płyty.

Powoli kończymy. Niektórzy już mają wakacje. Ja już od miesiąca. Natrafiłem na taki Twój kawałek w sieci, którego nie ma na żadnej płycie. "Wyjazdy". O zagranicznych podróżach. Jakie wspominasz najmilej? Co masz w najbliższych planach? Jakie jest Twoje największe marzenie?



Najmilej wspominam oczywiście wypady z moją Lejdi, z którą śmigam sobie już od 2 lat w różne miejsca, czy to na świecie, czy w Polsce. Byliśmy m.in. w Egipcie, w którym jej się bardzo podobało, bo było ciepło. Ale tak jak było w tym kawałku - trzecia zwrotka o Budapeszcie – pojechałem też na taki męski wyjazd i go również wspominam przecudownie.

Jak pozwolą finanse, to być może sobie w tym roku gdzieś pojadę. Na pewno na Mazury, zresztą już w ten weekend do Olecka, do swoich ziomów, m.in. właśnie do Galusa. A marzenie wyjazdowe? Chciałbym pojechać do Kanady na dechę. Ogólnie wolę wyjazdy takie zimowe niż letnie. Może tak niezbyt wakacyjnie to zabrzmiało, ale tak właśnie jest. Chciałbym tam pojechać, pojeździć na snowboardzie.

To się żegnamy. Chcesz dodać jakieś 3 słowa na koniec? Do słuchaczy, czytelników, zajawkowiczów, kogokolwiek?

Pozdrawiam serdecznie. Osoby, które nie zetknęły się jeszcze z moją płytą zachęcam do tego, żeby przesłuchały chociaż jeden kawałek – koniecznie z "Igły..." - być może nawet nie ten, który zaczyna się od słowa "kupa". (śmiech) Miłego!

Dzięki za wywiad.

Dzięki.

korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Wywiad z Kubsonem - część trzecia

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W trzeciej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – pytam go m.in. o sprzedawanie rękopisów, o to, co go łączy z Eldoką, słuchanie własnych utworów i grę na flecie.

Litoslav: Na pierwszej płycie mówiłeś – "rękopisy nie płoną". Co myślisz o ich sprzedawaniu? Z pół roku temu swoje rękopisy próbował sprzedać Eldo.

Kubson: Jeżeli jest taka sytuacja w życiu, że brakuje Ci pieniędzy i już nie wiesz, co masz robić, to możesz się do takiego kroku posunąć. Wg mnie rękopisy mogą sprzedać nasze wnuki, kiedy już nas nie będzie. Co do rękopisów Eldo – być może ktoś je kupił, bo wie, że kiedyś w przyszłości je po prostu dobrze opchnie. W kominku sobie nie rozpali, bo nie płoną. (śmiech)

I właśnie na tych rękopisach, na niektórych tekstach widniała ksywka Kubson. "Bit: Kubson".

O proszę, tego nie wiedziałem…

Eldo kiedyś był u mnie w domu i słuchał rzeczywiście bitów. Tylko że wybrał akurat nie moje. Miałem u siebie bity mojego koleżki, Mr. White'a. Moje mu się w ogóle nie podobały. No, może jeden – ten do numeru "Mądry człowiek", który mam na nowej płycie. Ale powiedziałem mu, że bit jest na pewno zajęty, bo ja pod niego będę pisał, mimo że jeszcze kawałka nie miałem gotowego, ale wiedziałem, że z niego powstanie po prostu dobry sztos i nie chciałem go oddawać. Natomiast Eldo, jak mówiłem, wybrał podkłady Mr. White'a. I zresztą na płycie, tej z pięścią ["Nie pytaj o nią" – przyp. Lite], jest rzeczywiście jeden jego bit. Być może napisał sobie skrót myślowy – miał bity przesłane przeze mnie, ale nie moje.

I jeszcze co do Eldo – podobnie jak on jesteś zafascynowany miejskim klimatem, Warszawą. Skąd to się bierze?

Teraz są takie reklamy na przystankach – "Zakochaj się w Warszawie". Ale jeśli ktoś przyjeżdża do Warszawy, wysiada na Dworcu Centralnym, a potem idzie kilometr, żeby dotrzeć do jakiejś zieleni, bo zewsząd otaczają go rusztowania, budowy, przekopki i tak dalej, to raczej trudno mu się zakochać w Warszawie. Ja kocham Warszawę np. za miejsce, w którym siedzimy [Park Saski – przyp. Lite], za aurę, która nam tu akurat towarzyszy. I takich miejsc w Warszawie trochę jest, tylko trzeba pochodzić i poszukać. Myślę, że ktoś, kto mieszka tutaj około roku, znajdzie sobie już takie swoje ulubione miejsce – czy to będzie knajpa, czy park, czy kościół, czy cokolwiek innego. Wtedy idei "Zakochaj się w Warszawie" jest w stanie przybić piątkę.

Na nowej płycie przepraszasz muzyków, że na niczym nie grasz. Nie ma żadnego instrumentu, na którym chciałbyś zacząć grać?

Jest taki instrument. Nawet w kawałku "Burdel Czill" gram na nim. Na flecie basowym. Kiedyś oglądałem taki program, gdzie gość robił beatbox i grał na flecie. Zacząłem szukać dźwięku tego instrumentu. Okazało się, że to jest flet basowy, tzn. tak mi się wydawało. Później wyszło, że to jest flet poprzeczny, a ja kupiłem prosty. Zacząłem szperać na Allegro. Znalazłem flet basowy prosty. Kupiłem to cholerstwo, kosztowało mnie to straszne pieniądze. Opłacało się pod tym względem, że teraz mogę puścić sobie w domu "Burdel Czill" z winyla i słyszę brzmienie tego fletu basowego i wiem, że 3-4 miesiące temu rejestrowałem go w tym samym pokoju. I to jest super sprawa.



Nie opanowałem gry na tym instrumencie, zagrałem tam bardzo prostą melodię, niemniej jestem zadowolony, że to wyszło. A muzyków przepraszam, że nie opanowałem geniuszu. Chociaż jakbym poświęcił trochę swojego wolnego czasu, którego zresztą mam dużo, to być może nie musiałbym takiego wersu pisać.

Po tej odpowiedzi nasuwają się 2 pytania: Często słuchasz swoich utworów? I drugie: Może powinieneś się zapisać na jakieś lekcje fletu?

Słucham często swojej płyty. Słucham, bo mi się te kawałki po prostu podobają. Jestem chyba osobą, która przesłuchała tę płytę najwięcej razy. Też tak do tego podchodzę, że sprawdzam siebie samego, czy to wyszło, tak jak miało wyjść, czy są jakieś niedociągnięcia. Po kilkudziesięciu przesłuchaniach płyty widzę pewne rzeczy, które mogłyby brzmieć trochę lepiej.

Nie wiem, jak będzie przy następnych produkcjach, ale "Materiału numer jeden" nie słucham w ogóle. Jak coś nagram, to skatuję do bólu. Nawet jak teraz, po tej płycie, nagrałem sobie jeden kawałek, to słucham na iPodzie, i słucham, i słucham, i słucham i myślę sobie: on jest lepszy od tych, które nagrałem wcześniej. Nie odcinam się od tego, co było, ale "Materiału..." nie słucham, bo wg mnie był poziom niżej od tego, co prezentuje teraz. A kawałek, który nagrałem ostatnio? Wydaję mi się, że jeśli wejdzie na następną płytę, to również będzie krokiem do przodu.

A co z tymi lekcjami fletu?

Z jednej strony bym chciał, z drugiej - ja tak zawsze gadam. Zapalam się do wielu zajawek, a potem dziesięć miesięcy wymówek, żeby tego jednak nie robić. Mam słomiany zapał, jeśli chodzi o takie rzeczy. Nikt mnie nie musiał uczyć robić bitów, tylko byłem samoukiem, zresztą cały czas to szlifuję, ale widzę, że mi to wychodzi. Jeśli chodzi o naukę gry na instrumencie, musiałbym posłuchać kogoś mądrzejszego, ileś lekcji poświęcić rzeczom czysto teoretycznym, nie pasującym do mnie. Nie umiem słuchać osób, które chcą mi jakoś lepiej doradzić. Myślę, że w gruncie rzeczy by to nie wypaliło. Nawet gdybym się zapisał i pochodził na lekcje przez miesiąc, to bym jednak stwierdził, że to nie jest to.

O wiele większą zajawę miałbym z instrumentu, który od razu przyniósłby mi pewne efekty. Nie wiem, czy takim instrumentem jest perkusja, ale robienie bitów całymi ramionami i stopami, to jest zupełnie inna rzecz niż produkcja przy użyciu samplera. To na pewno trudny instrument, ale gdybym wiedział, że te werble i hi-haty sobie dodaję na żywo, to by było coś. A gdybym sobie brzdękał i nie zauważył żadnego postępu, to tylko traciłbym czas.

"Imię, nazwisko, instrument – to dla mnie tyle, co inspiracja, podziw i szacunek" – kto dla Ciebie jest największą inspiracją, a do kogo masz największy szacunek, jeśli chodzi o muzyków?

Może nie z imienia i z nazwiska – inspirują mnie może nie całe utwory, co dźwięki, które wywołują ciarki od lędźwi do karku. Jest tak czasem, że słucham utworu, który ma brzmienie z potencjałem na samplowanie z niego i przerobienie tych sampli na hip-hop. Wiesz, że wchodzi jakaś pięciosekundowa sekwencja, która wali na kolana i myślisz sobie: - Ja pierdzielę, ktoś na to wpadł i ktoś to zagrał na żywo. Nie stworzył tego znikąd, nie ściągnął z nieba, tylko ktoś to wymyślił.



Mam wielki szacunek do Jerzego Miliana – to jest bardzo znana postać, jeśli chodzi o jazz, szczególnie w latach 70., początku 80. Wibrafonista. Z Orkiestrą Rozrywkową Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach nagrał dwie takie płyty, które do dziś są wykorzystywane – np. na składankach "Polish Funk". One są cenione na świecie niebywale – sam musiałem się napracować, żebym mógł pozwolić sobie na zakup tych winyli. Dwie stówy kosztował placek Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod batutą Miliana.

Warto było, mimo że wcześniej miałem na CD – po rozmowach z Galusem o tym, żeby samplować tylko z winyla, jakoś tak to do mnie dotarło, że musiałem sobie to kupić. Inwestycja w winyle jest taka, że raczej na tym nie stracisz – jak kupujesz dobrą płytę i nie będzie nikt jej reedytował, to kiedyś na niej zarobisz. Myślę, że nie będę to ja, ale po moim odejściu ktoś wyciągnie z tego sporo pieniędzy. Ja nie sprzedaję zakupionych płyt. No chyba, że mam trzy takie same.

Ciąg dalszy nastąpi...


Korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Wywiad z Kubsonem - część druga

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W drugiej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – mówi m.in. o zdrobnieniach, kupie (dosłownie!), polskim i zagranicznym rapie oraz o winylach.

Litoslav: Lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"?

Kubson: A co, pewnie tak powiedziałem?

Nie, nie. Po prostu, czy lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"? Niektórzy tego nie lubią.

Nie wiem, jakoś nie zwracam na to uwagi.

A widzisz, bo tu chodzi o zdrobnienia. Studio, w którym nagrywasz, nazywa się "Pierwsze Pięterko". To "pięterko", to zdrobnienie, brzmi trochę dziwnie, kiedy się pomyśli, że jest to studio, w którym nagrywa Kubson, raper.

Pomysł na studio Pierwsze Pięterko narodził się na Tarchominie, tam nagrywaliśmy właśnie na pierwszym piętrze. Nigdy nie robiliśmy hip-hopu poważnego i mega prawilnego, mówiącego, jak masz żyć, co masz robić, jak postępować. To jest hip-hop trochę z przymrużeniem oka. Do tej nazwy mam duży sentyment, zawsze mi się ona bardzo podobała. Młody często do mnie dzwonił: - Przyjeżdżasz na Pierwsze Pięterko? Nagramy jakiś hit!

Jako, że ja też mieszkam na pierwszym piętrze i też zacząłem sobie inwestować w sprzęt i w końcu stworzyłem swoje studio, to automatycznie przeniosłem tę nazwę do siebie do pokoju. Nawet mam tu wrzut na ścianie – "Pierwsze Pięterko Studio".

Aha, czyli to nie jest to samo studio, w którym zaczynałeś? Jak pisałem o Tobie artykuł, to przez takie samo nazewnictwo stwierdziłem, że chodzi o dokładnie to samo studio, w tej samej lokalizacji.

Początkowo działaliśmy na Tarchominie. W końcu przestaliśmy ze sobą nagrywać, mimo że kontakt cały czas utrzymujemy. Uściślając, nie tyle przestaliśmy ze sobą nagrywać, ile Młody odbił od hip-hopu. Słucha go, ale nie ma czasu na nagrywki, bo każdemu życie się tam jakoś układa i jednak praca, rodzinne obowiązki zaczynają brać górę. Nie masz na to czasu albo zajawki. Czujesz, że robisz coś na siłę, że to ci nie wychodzi tak, jak kiedyś wychodziło, dlatego od tego odstępujesz.

Ja cały czas tę zajawę w sobie mam. Właśnie po debiucie miałem najwięcej: wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem, ładowałem w winyle, w kompresory, w kable, żeby to miało brzmienie i żeby to było profesjonalne.

A nazwa została nazwą, bo tak było u zarania. Ta nazwa była po prostu naturalna.

Co do nazewnictwa. Na debiucie był utwór "hehe". Będąc złośliwym, można się zastanawiać, czy kiedyś nie nazwiesz jakiegoś kawałka skrótem internetowym typu "zw"?

"Hehe" nie kojarzyło mi się kompletnie z Gadu Gadu, chociaż – prawda – jest to wyrażenie swojego stanu ducha, jedno z najprostszych. Ten kawałek nazywa się "hehe", bo po prostu było dużo śmiechu w tej całej historii. To określenie, co się tego wieczoru rzeczywiście działo. A może to był taki pijacki patent? Nic nie przychodziło do głowy, a to nie mógł być kawałek typu "Trzydziesty pierwszy dzień grudniowy", "Impreza u Agaty" albo "Osiemnastka Tadka"? Nie wiem, dlaczego tak zostało. Zresztą, mam bardzo dużo kawałków, których tytuły są od czapy. Generalnie ważne jest to, co jest w środku w tym kawałku. A tytuł? Podchodzę do tego tak, że nawet nie myślę, czy ktoś będzie się zastanawiał nad tytułem. Często mam coś takiego, że gdy ktoś pyta mnie, czy słyszałeś kawałek Ostrego pt. "Bach, bach", to wiem, że go na pewno słyszałem, ale nie kojarzę kawałka z tytułem.



Kazika Staszewskiego znasz?

Osobiście nie.

Ale twórczość, samą osobę?

Tak, kojarzę osobę.

A znasz może taki jego utwór "Anarchia w WC"?

Nie.

To jest utwór, w którym Kazik pozuje na anarchistę, którego anarchizm objawia się w niespuszczaniu wody w toalecie.

Aha...

Skojarzyło mi się to z początkiem jednego z Twoich utworów. Konkretnie z "Kilo artystów proszę". "Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody" z akcentem na "KUPĘ". Nie myślałeś o tym, że ktoś może w ten sposób się do Twojej twórczości zniechęcić? Dajmy na to, ktoś mówi sobie "sprawdzę tego Kubsona", wybiera losowo jeden numer i pada na "Kilo artystów proszę". Słyszy pierwszy wers i wymięka.

Wystarczy, że posłucha pięć sekund dalej i tam jest rozwinięcie tej myśli: Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody / Na ulicach od smrodu stanęłyby samochody / Wszystkich raperów, co robią dobre gówno / Na jeden dzień do takiego miasta wysłałbym jutro. Ta "kupa" nawiązywała do tego szitu, który jest obecny wszędzie w hip-hopie i niestety Polska go teraz łapie. Zaraz, nie teraz, już od dawna. W stanach "shit" ma zupełnie inny wydźwięk niż u nas. Jak tutaj widzę przebranego gościa, bo on tak na pewno nie ubiera się naturalnie – bandana, czapka i "sprawdź to gówno ziooom!!!" – to w ogóle to do mnie nie trafia. "Kupa" była łagodniejszym słowem, zresztą nie chciałem powtarzać 2 razy słowa "gówno". Wiem, że wstęp do tego kawałka jest mało smaczny, ale z reguły mam tak, że kawałków nie poprawiam – kreślę do tego momentu, aż mi się nie spodoba. Jeśli to weszło, to znaczy, że tak miało być.



To jeśli już przy tym jesteśmy. Słuchasz w ogóle polskiego rapu?

Mam parę wybranych person, które śledzę. Poza tym, nie ogarniam tego wszystkiego, co wychodzi. Kiedy swoją premierę miała "Igła...", to sprawdzałem, co wychodzi równolegle. Ostatnio słuchałem płyty Weny, bardzo fajnej zresztą. Śledzę też wydawnictwa Asfaltu, jakoś mi do nich najbliżej.

O właśnie. Jaki masz stosunek do Ostrego. To jego wydawanie rok w rok. Nie nudzi Cię to? Jego płyty zdają się być ciągle o tym samym.

Już kiedyś o tym z kimś rozmawiałem, chyba po siódmej płycie Ostrego. Gadałem z takim gościem, który bardzo dużo muzyki słucha i powiedział: - Wiesz co, te płyty Adama brzmią tak samo.

Trochę inaczej na to patrzę, bo sam robię muzykę. Sam ją produkuję i dzięki temu wiem, że Ostry jest niezłym kozakiem, skoro nie dość, że jego płyta jest zawalona od pierwszej do ostatniej sekundy (ile miejsca jest na płycie, tyle on po prostu ładuje muzyki), nie dość, że popisuje się lirycznie i pod względem flow, to jeszcze te bity. Doceniam to jakby z dwóch stron – producenta i słuchacza. Wiadomo, jakiś tam temat się powtórzył. Ale zaznaczmy, że jest nawinięty inaczej: nie ma użytych tych samych wersów, tej samej gry słów, tych samych określeń. Jest to może o podobnych rzeczach, ale nawinięte w inny sposób. No i produkcja. Produkcja przede wszystkim.

A zagraniczny rap? Słuchasz, śledzisz?

Praktycznie nie. To znaczy, jak chodzę do zaprzyjaźnionego sklepu na Chmielnej, do Side One, to tam pracuje taki diabeł o imieniu Wojtek. I Wojtek, jak widzi, że ja jestem, to zawsze coś proponuje. I zawsze trafia po prostu w sedno. Proponuje mi coś, ja sobie to przesłuchuje i zazwyczaj z tą płytą wychodzę. Ostatnio kupiłem płytę dwóch niemieckich producentów J.R. i PH 7, którzy skupili na tym krążku - to jest podwójny winyl - po prostu śmietankę światowego rapu. Płyta ma takie brzmienie, jakie ja lubię: czuć, że powstała z winyli, jest zrobiona na winylu i jeszcze ma mega gwiazdy. Nie śledzę nowych tytułów, które wychodzą. Czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham.

Coś oprócz rapu? Jakieś inne gatunki?

Zdecydowanie. Jaram się muzyką głównie z lat 70. Mam generalnie zboczenie, jeśli chodzi o czarne krążki – te płyty opowiadają jakąś tam historie. Nie ściągam w ogóle płyt z Internetu. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Ale jeśli już się tym zainteresuje i wiem, że jest to jakiś starszy rocznik, to szukam, czy nie mogę tego gdzieś znaleźć na placku. Tak było m.in. z płytą 24 Carat Black – Ghetto Misfortune's Wealth. Mistrz po prostu nad mistrzami, a przesłuchałem ją po raz pierwszy z czyjegoś polecenia. Szukałem dobre dwa, może nawet trzy, miesiące miejsca w sieci, w którym mógłbym ją zamówić – napisałem maila do sklepów winylowych w Warszawie, czy mogą mi je ściągnąć.

I z tą płytą jest śmieszna historia, bo jednego dnia dostałem potwierdzenie możliwości odbioru, jednocześnie właśnie z tych trzech miejsc. W jednym miejscu kupiłem, z dwóch pozostałych próbowałem się wymiksować, ale dosadnie mi to wyperswadowano. Tym samym mam w domu 3 placki zajebistej płyty. Jeśli kiedyś ktoś do niej dotrze, to też może poszuka, akurat może ja będę wystawiał jedną gdzieś na Allegro i zarobię na tym fortunę.

Wracając do pytania, słucham. Dużo słucham funku, jazzu. Jak tylko są jakieś kiermasze winylowe, czy stoi jakiś dziad na ulicy i sprzedaje, to zawsze jakiś smaczek złapie. W zeszły weekend byłem na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. Tam jest taki Park Kultury Powsin. Stał tam właśnie ktoś i sprzedawał płyty winylowe. Między Marylą Rodowicz, Czerwonymi Gitarami i innymi rzeczami była płyta zespołu Ptaki, którego w ogóle nie kojarzyłem. Bardzo lubię oryginalne okładki i właśnie tak było z tymi Ptakami – widziałem, że okładka jest inna niż wszystkie. Zresztą też rok wydania, jakieś lata 70. chyba. Tak mi się wydaje, bo stare polskie płyty mają to do siebie, że rzadko kiedy jest na nich wypisana data produkcji. Ale tak reasumując, Ptaki kosztowały mnie 5 złotych, a myślę, że z 3 zajebiste bity z tego powstaną. Jak wróciłem do domu, to po prostu szczęka mi opadła, jak usłyszałem niektóre breaki na tej płycie. Tak jak mówiłem, czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham. Ogólnie dużo słucham, dużo kupuję i generalnie często nastawiam się na kradzież z tych płyt, pod tym kątem często je przesłuchuję.

To ile masz tych winyli?

Trudno powiedzieć, ja ich nie liczę. Zajmują znaczną część pokoju. W piwnicy też jest trochę – takich, których nie słucham albo takich, które kiedyś od kogoś dostałem, przesłuchałem raz i stwierdziłem, że jednak nic z nich nie będzie. Nie będę strzelał. Nie liczy się to na pewno w tysiącach, ale myślę, że koło pięciuset jest ich na bank.

Ciąg dalszy nastąpi...

Korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Wywiad z Kubsonem - część pierwsza

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W pierwszej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – opowiada mi.n. o terminach, poligrafii, Internecie, telewizji i popkulturze.

Litoslav: Debiutancki album wydałeś w 2007 roku, a przygodę z rapem zaczynałeś około '98. To oznacza, że przez te 9 lat zbierałeś materiał na płytę?

Kubson: Nie. "Materiał numer jeden" powstał w 2007 roku, ponieważ musiałem dojrzeć do tej płyty. To nie oznacza, że nagrywałem ją 9 lat. Po prostu pierwsze numery nagrywaliśmy w '98, zajarani Molestą, Trzyha. Brat Włodka, Chochlik, przynosił do szkoły na kasetach pierwsze nagrywki Molesty i kiedyś stwierdziliśmy: - Kurde, my też byśmy chcieli tak robić. Siadaliśmy, włączaliśmy jakieś tam instrumentale z kaset zachodnich i pod to rapowaliśmy.

Pamiętam, że pierwsze nagrywki powstawały na dwukasetowym magnetofonie – z jednej kieszeni leciał podkład, czasem nawet trochę przegadany, a na drugą kieszeń na kasetę nagrywał się już kawałek, przy użyciu mikrofonu Panasonica za 30 zł. Nie było mowy o żadnym montażu i tak dalej, wszystko szło na żywo. Puszczaliśmy to znajomym i pytaliśmy, czy się podoba. Ich też wypełniała zajawka, bo hip-hopu wtedy nie było tak dużo. Nie było Internetu i nikt nie mógł przesyłać sobie kawałków, tylko dzieliłeś się nimi na żywo ze znajomymi. Tak to wyglądało.

A "Materiał numer jeden"? Z biegiem czasu rozwijała się technika, może trochę więcej sprzętu każdy z nas zaczął zdobywać. Młody na Tarchominie kupił przedwzmacniacz Behringera, wspólnie złożyliśmy się na jakiś porządniejszy mikrofon. Myśleliśmy wtedy, że mamy super profesjonalny sprzęt. Zresztą Młody całe studio wybudował. To właśnie on pchnął mnie do przodu. Kiedyś poszedł na bazar i od jakiejś baby wziął opakowania od jajek – wyłożył tym pół pokoju i mieliśmy profesjonalną, wygłuszoną kabinę. Właśnie tam rejestrowaliśmy numery, ale już na komputerze, a nie na kasecie. Potem wypaliliśmy je na płyty i była zajawa: - Ło fajnie, jeszcze można by ten wokal trochę podbić, ale już ma to brzmienie.

W 2005, może w 2006 roku, sam zająłem się produkcją. Początkowo wyglądało to tak, że brałem od ojca mały keyboard, który miał wgrane podstawowe dźwięki perkusyjne - stamtąd robiłem stopy i werble. Bez żadnej konkretnej linii melodycznej, tylko same bębny, które loopowałem. Później człowiek zaczął słuchać więcej muzyki – jazzu, trochę funku, Michała Urbaniaka na darmowych płytach dołączanych do gazet - stamtąd były super sample. Pamiętam, że właśnie przy jakiejś gazecie był soundtrack "Długu" bodajże.

Czyli kiedy zacząłeś zbierać materiał na debiut?

Gdzieś w 2006 roku. "Materiał numer jeden" został oficjalnie przyklepany po zaliczeniu mojego kolegi Mruwy, który musiał do szkoły zrobić materiał łączący dźwięk z obrazem. Zaprosił jednego koleżkę, który rejestrował obraz i wziął też mnie, bo wiedział, że sobie nagrywam swoje rapy. Zebrał trzyosobową bandę, ruszyliśmy gdzieś w miasto – ja rapowałem, Payo kręcił. Kiedy zobaczyłem, jak pierwsza zwrotka do kawałka "o Warszawie" prezentowała się w kadrze, byłem tak zajarany, że dopisałem szybko dwie kolejne zwrotki, zgadałem się znowu z Pajem i nakręciliśmy – powiedzmy – profesjonalny teledysk. Reszta kawałków już poszła z górki.



A jak to było z "Igłą w stogu PCV"? Premiera 2,5 roku później, niż początkowo zakładałeś.

To była zajawka po debiucie. Jak go nagrałem, zapomniałem, że powstawał on rok, a nie w dwa tygodnie. Myślałem, że następna płyta pójdzie mi po prostu z górki. Tym bardziej, że cały czas robiłem bity. Nie komponowałem ich już na komputerze, tak jak to było w przypadku "Materiału numer jeden", tylko kupiłem sampler i zacząłem produkcję tak, jak się to robi w Ameryce, jak czarni na teledyskach. Tych bitów kleiłem bardzo dużo. Tak mi się one podobały, mimo że ich dzisiaj słuchać nie mogę, że myślałem, że "Igła..." wyjdzie rok później i będę jak O.S.T.R. – co roku kolejna płyta.

Niestety rzeczywistość była inna. I bardzo dobrze. Bo ta płyta brzmiała inaczej, niż teraz brzmi. Przez ten czas dojrzałem, jeśli chodzi o szukanie dźwięków. Bardzo duży wpływ na wszystkie rzeczy mają rozmowy z ludźmi, dzielenie się swoimi doświadczeniami. Poznałem takiego producenta, Galusa a.k.a. Pokój Czarnych Płyt – gość, który teraz robi bity m.in. dla HiFi Bandy. Koleś z Mazur, z Olecka, pracujący na AKAI 2000XL. On mnie nauczył samplowania z winyli. Tylko i wyłącznie z winyli. Nawet nie z kompaktów, nie brania żadnych gotowych próbek perkusyjnych. Powiedział mi, żebym wszystko brał z winyli i wtedy zobaczę to pierdolnięcie i docenię ten charakterystyczny dźwięk. I rzeczywiście miał rację. To brzmienie jest oryginalne. Jestem zadowolony z tego, jak brzmi "Igła..." – nie dość, że cała wyprodukowana w ten sposób, to jeszcze czuć, że wszystko jest spójne.

Na "Igle..." mamy utwór "Japgaleria", atakujący "życie w Internecie". Tak się zastanawiałem, czy Kubson ma Facebooka?

Kubson nie ma Facebooka, ale firma Kubsona ma Facebooka. Kubson jest bezrobotny, skończył studia 2 lata temu i od tego czasu tuła się po różnych firmach. Żaden pracodawca mu nie pasuje, więc Kubson stwierdził, że założy swoją firmę, która zajmie się nadrukami na ciuchach i także produkcją slipmat.

Wracając do Facebooka, to jest kozackie źródło reklamy. Ludzie mogą wiedzieć, że coś konkretnego robisz. Nie wrzucam tam swoich zdjęć z wesel, nie dzielę się z ludźmi, że jestem "w związku", tylko istnieje tam po prostu moja firma – Muzografia.



To już wiadomo, skąd są te kozackie wydania "Igły w stogu PCV" – i wersja na CD, i na winylu to naprawdę pierwszorzędna robota.

To ogólnie ciekawe, bo w domu jestem uważany za największego brudasa i bałaganiarza, ale jeżeli chodzi o grafikę i prace, które później mają trafić do ludzkich rąk, to się do tego przykładam. Zresztą na studiach miałem taki przedmiot – "grafika i estetyka druku" - na którym co prawda nie miałem piątki, ale sporo się nauczyłem. I od tamtej pory to wykorzystuję.

Wracając do tego Internetu. Jesteś artystą undergroundowym i dla takich jak Ty Internet jest dobrą "platformą" promocyjną. Jeśli już krytykujesz te wszystkie Internety i Facebooki, bo oczywiście jest co krytykować, to może nagrasz też hymn pochwalny dla globalnej sieci, bo jednak jest też za co go wychwalać?

To nie chodzi o to, że tylko krytykuję Internet. Internet ma ludziom pomagać. Nie podoba mi się, jeśli zamiast wyjść na dwór, spędzasz czas przed monitorem. Albo zamiast iść do sklepu i po prostu szukać płyty, "kupujesz" ją na rapidszopie. To jest jego główny minus. Może inaczej: nie samego Internetu, ale podejścia do niego.

Skupiam się na tym, żeby moje płyty miały formę materialną. Żebyś mógł ją sobie otworzyć, włożyć do odtwarzacza, słuchać, jednocześnie przeglądać sobie dołączoną książeczkę i jeszcze zobaczyć na jakim patencie jest zrobiona okładka lub co jest w środku. Może jest wyjaśnienie jakiegoś kawałka?

Wiem, że teraz wychodzi pięć płyt dziennie. Ktoś, kto naprawdę śledzi polski hip-hop, chyba nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. Nie jest oczywiście powiedziane, że te wszystkie produkcje są jakieś górnolotne. Jednak wiele z nich może uchodzić mojej uwadze, a na pewno część z nich by mnie bardzo zainteresowała.

A co z telewizją? Tutaj też można przywołać utwór z Twojej ostatniej płyty - "Kilo artystów proszę", czyli ostrą krytykę wylewającej się z telewizorów popkulturalnej szmiry. Czy wg Ciebie jest coś w telewizji godnego zainteresowania?

Na przykład "Jeden z dziesięciu" – kozacki teleturniej, który oglądam codziennie do obiadu. Akurat mój tata przychodzi wtedy z pracy, razem jemy i odpowiadamy na wcześniej zadane pytania. Prześcigamy się w tym, kto jest większym kozakiem. Ale to jest "do kotleta". Nie krytykuję "Jeden z dziesięciu", bo to fajny program. Generalnie w telewizji lubię programy, podczas których możesz pomyśleć.

Bardzo fajny jest kanał TVP Kultura. Kiedy byś go nie włączył - zawsze leci coś naprawdę ciekawego. Oczywiście jeżeli się w to wkręcisz, kiedy nie oglądasz tego 3 minuty, tylko np. pół godziny. Jest masa interesujących rzeczy, na pewno. Ale np. jak jadę za granicę z Martą, moją dziewczyną, to z polskich kanałów dostępna jest m.in. Viva, której po 30 minutach nie da rady po prostu oglądać. Reklam jest pełno. I te gierki typu: "Wyślij sms-a, czy Piotrek ma być z Bartkiem"... Tragedia.

CIĄG DALSZY NASTĄPI...

korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Wyjeżdżam, by wrócić


Jutro, o 6 rano ruszam w pierwszy wakacyjny wyjazd. Wakacyjny wyjazd z muzyką.

Kierunek: Oświęcim. II Life Festival. Najpierw usłyszę to:



Później będzie przerwa na jakiegoś Jamesa Blunta. Następnie na scenie zmieni go jednak prawdziwa gwiazda, która - miejmy nadzieję - zaśpiewa to:



Ale to nie koniec, bo prosto z Oświęcimia wpadam do WWA. Tam spędzam niecały tydzień, podczas którego m.in. porozmawiam sobie z tym panem:



Czekać będę jednak na 24 czerwca, kiedy to na Torwarze zagra pewien kanadyjski zespół:



Potem wracam do siebie, do Gorzowa. I w Metronomie wystąpi undergroundowiec z Torunia:



Zapowiada się więc dobry tydzień. Relacje ze wszystkich koncertów oraz wywiad z Kubsonem pojawiać się będą stopniowo po moim powrocie. Podczas mojej nieobecności blog będzie aktualizowany - niekoniecznie dzień w dzień, ale parę rzeczy gotowych do publikacji przygotowałem. Także nie zapomnijcie mnie odwiedzać - pozwolę sobie zdradzić, że jeden z przyszykowanych materiałów to prawdziwa bomba!

Uwaga, konkurs!

Okazuje się, że pisząc słabego bloga, także można zostać, że tak to ujmę, docenionym. Jak? Zanim do tego dojdziemy, przenieśmy się w czasie.


Styczeń 2011. Kupuję "Igłę w stogu PCV" Kubsona.

Marzec 2011. Publikuję tekst "Nieznany, a szkoda: Kubson". Po paru dniach dostaję maila od Kubsona z podziękowaniami za miłe słowa, co już się zdarzało w przypadku innych artystów.

Czerwiec 2011. Ustawiam się z Kubsonem na wywiad (jadę na dniach do Warszawy, a chciałem mieć możliwość rozmowy w 4 oczy + dyktafon), który - mam nadzieję - dojdzie do skutku (jeśli macie jakieś pytanie, możecie pisać w komentarzach). Kubson wspomina, że właśnie wypuścił "Igłę..." na winylu. Grzecznie dziękuję, bo brak mi wystarczających funduszy. Mija parę dni. Dostaję paczkę, a przecież nic ostatnio nie zamawiałem. Początkowo myślę, że znowu jakiś debil z Allegro nie odebrał przesyłki. A tu niespodzianka, Kubson sprezentował mi swój wosk, bo "zasługuje". Bardzo miło z jego strony, prawda?

"Igłę..." na CD wydano absolutnie kozacko. Podobnie z winylem. Te wszystkie woski od Asfalt Records mogą się chować. Płyta to żadna wyginająca taniocha, tylko solidna robota. Do tego świetny design oraz bonus w postaci albumu na CD, zawierający dokładnie ten sam materiał co wosk, ale wzbogacony o 4 dodatkowe utwory, które na winylu po prostu się nie zmieściły. Swoją drogą za selekcję trzeba pochwalić, bo akurat wyrzucono te kawałki, które osobiście najmniej lubiłem. ;-)

Tu rodzi się problem. No dobra, problemy związane z prezentami nigdy nie są problemami, ale że brak innego, równie oddającego istotę sprawy słowa w zastępstwo, to dalej będę mówić o "problemie". Otóż wychodzi na to, że obecnie mam "Igłę w stogu PCV" w trzech egzemplarzach - 2x CD i 1x LP. Niesamowicie jaram się wydaniem zarówno cedeka, jak i wosku, więc ciężko byłoby mi się z którymkolwiek rozstać (+ oczywisty sentyment związany z nieoczekiwanym prezentem). Ostaje się jednak płyta dorzucona do winyla - nie ma wprawdzie poligrafii i innych pierdół, ale to zawsze oryginalna płyta. Kubson - Igła w stogu PCV. Co z nią mam zrobić? Wiadomo, oddać komuś w zorganizowanym przez siebie konkursie. Prawda, że urocze?

(tu zaczyna się KONKURS)

Jak zgarnąć płytę? Sprawa prosta. Wystarczy wysłać maila na adres litenator@gmail.com i wykonać 3 polecenia:

1) Dokończ wers: "Nie ma teorii nadczłowieka, bo nie ma..."
2) Dokończ wers: "Imię, nazwisko, instrument..."
3) Odpowiedz na pytanie, który z tych komicznych tytułów jest nazwą jednego z utworów Kubsona? A) "zw" B) "hehe" C) "papapapapapa :*"

Wygrywa trzecia osoba, która podeśle prawidłowe odpowiedzi. 2 pytania odnoszą się do płyty, którą możecie wygrać - polecam wujka Google'a. Wynik opublikuję poniżej:

ZWYCIĘZCA: Dariusz Forster z Gorzowa! Niedługo ustawimy się po odbiór nagrody.

Poprawne odpowiedzi:
1) "Nie ma teorii nadczłowieka, bo nie ma Nietzschego"
2) "Imię, nazwisko, instrument to dla mnie tyle, co inspiracja, podziw i szacunek"
3) B

Gratuluję zwycięzcy!

Nieznany, a szkoda: Kubson

Być raperem i nagrywać w studiu Pierwsze Pięterko to trochę obciach. Coś jak być seryjnym mordercą, który zabija, używając pistoleciku, aby zdobyć pieniążki. Z drugiej strony kwestia zdrobnień i nazewnictwa przestaje mieć znaczenie, kiedy seryjny morderca jest skutecznym seryjnym mordercą, a raper raperem zasługującym na uwagę. Do takich MCs niewątpliwie zalicza się Kubson. A przecież nagrywa w Pierwszym Pięterku.

Zaczynał w roku '98, kiedy ja chodziłem jeszcze do zerówki, Francja wygrywała Mundial, a swoją światową premierę miał teleturniej "Milionerzy". Właśnie wtedy wraz z Gąsiorem i Młodym (zwracam uwagę na niezwykłą oryginalność obu pseudonimów) założył skład Retrospekcja, który w późniejszym czasie przekształcił się w Konkluzję. Lata mijały, a żadna konkretniejsza konkluzja się nie nasuwała. Jedyną konkluzją było to, że nic z projektu Konkluzja nie wyszło, mimo wspólnych retrospekcji członków grupy. Nadążacie?

W końcu Kubson nieskromnie stwierdził, że posiada talent, więc co go będzie marnował. Po co ciągle wyrywać niunie na niewydane płyty i zapowiedzi, skoro można wziąć się w garść, nagrać coś samemu i ściemnić jakąś siksę na własny wosk? Kubson zabiera zatem swoje zabawki, zabiera swojego Młodego, wykręca piruet i ląduje w tym samym Pierwszym Pięterku. Tam nagrywa swój pierwszy album, zajmując się niemal wszystkim samodzielnie, uzyskując jedynie niewielkie muzyczne wsparcie od Młodego i Stonia (głównie marketing mastering). Aha, zapomniałbym. Płyta ukazała się w 2007 roku. Tak tylko przypomnę, że przygodę z rapem i muzyką Kubson zaczął jakieś 9 lat wcześniej. Trzeba przyznać, że droga do debiutu była długa, kręta i prawdopodobnie pełna chowanych do szafy zwrotek i bitów.

Przed premierą krążka światło dzienne ujrzał teledysk zrealizowany do utworu "o Warszawie". Tak, tak, kolejny warszawski raper, który chwali Warszawę, mimo że pół Polski jej szczerze nienawidzi (co ma piernik do wiatraka? nie wiem):



"Materiał Numer Jeden", bo tak nazywa się ten album, charakteryzuje się przede wszystkim ciepłym, jazzowym brzmieniem. Puszczasz to po dniu harówy, siadasz w fotelu, sączysz herbatkę i odpływasz. Nie skupiasz się na tekstach, na przekazie Kubsona. Słuchasz tych odprężających, chilloutowych bitów i rozkładasz je na pojedyncze dźwięki, zachwycając się każdym z osobna. Pełne zanurzenie w muzyce.

Nurkowanie w serwowanych przez Kubsona tekstach jest już znacznie trudniejsze. Nie dlatego, że są one złe. Wręcz przeciwnie, są one bardzo ciekawe. Trochę odtwórcze, ale naprawdę interesujące. Dominuje szczerość i prawdziwie historie, w których nie ma nie tylko pościgów, wybuchających helikopterów na tle szklanych drapaczy chmur i gangsterki, ale też pozowania na kogoś, kim się nie jest. Propsy za to - polska rapgra jest już wystarczająco przeładowana pozerstwem i hipokryzją. Inna sprawa, że nazywanie jakiegokolwiek numeru "hehe" to niezły strzał w śledzionę. Czekam, aż ktoś nagra utwór "xD", "zw" lub "papapapapapa :*".

W każdym razie "Materiał Numer Jeden" został przyjęty całkiem przychylnie, choć raczej nie był to materiał numer jeden w 2007 roku. No, o ile można jakkolwiek przyjąć cokolwiek, co dociera do garstki potencjalnych zainteresowanych tematem. Popularność? Zerowa. Debiut Kubsona długo znała grupka zapaleńców. Dziś może zna go nieco więcej osób, ale wciąż byłbym ostrożny w nazywaniu ich czymś więcej niż właśnie grupką zapaleńców.

Pozytywnych recenzji jednak nie brakowało, a że Kubson zdawał sobie z nich sprawę, to zaczął pracować nad nowym albumem. Początkowo miał się on ukazać jeszcze na jesieni 2008 roku, ale sprawy tak się niefortunnie przedłużyły, że druga płyta warszawiaka - "Igła w stogu PCV" - ukazała się dopiero w styczniu bieżącego roku. Nie mam bladego pojęcia, jaki wpływ na tak drastyczną obsuwę miały ptasia i świńska grypa, rzeź polskiego kina za sprawą superprodukcji "Och, Karol!" oraz liczne sukcesy polskiej reprezentacji w piłkę nożną pod wodzą Franciszka Smudy. Wiem tylko, że takiej obsuwy nie powstydziłby się polski rząd, znany z dynamicznej budowy autostrad.

"Widzę scenariusz 15-ego "Batmana" - 2,5 godziny napierdalania tysiąca Jokerów naraz"

Płyta robi wrażenie. Nawet wizualne. "Igła w stogu PCV" zaskakuje ciekawym, klimatycznym designem oraz bogatą w informacje dotyczącą sampli wkładką na wysokiej jakości papierze (szkoda, że z gatunku tych śmierdzących). Takiej poligrafii, estetyki, dbałości o szczegóły nie znajdzie się na żadnym innym, podziemnym wydawnictwie hip-hopowym. Jestem tego pewien.

Tym razem Kubson nie potrzebował już muzycznego wsparcia (no, mix i mastering to znów robota Stonia). "Igła w stogu PCV" brzmi bardzo podobnie do "Materiału numer jeden". Ponownie czilaucik, odpoczynek po dniu harówy. Tylko głowa jakoś częściej i mocniej się kiwa. Bardziej chwytliwe te bity - nie że słuchasz i się zachwycasz, tylko słuchasz, zachwycasz się i czujesz to. Progres? Zależy co kto lubi. No chyba, że pytanie dotyczy strony warsztatowej, ale jeśli tak, to nie powinno być ono skierowane do mnie, "znawcy za 2 złote".

Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że Kubson rozwinął się w pisaniu tekstów. Na "Igle w stogu PCV" utwory są ciekawsze i bardziej zajmujące. Pierwsze 4 numery momentalnie wpadły w ucho, podobnie jak traktujące o internetowej durnocie "Japgaleria" czy atakujące współczesny show-biz "Kilo artystów poproszę". A wszystko dalej w swoim charakterystycznym stylu, którego fundamentami są chropowaty głos i czilautowe flow.

Nie ulega wątpliwości, że Kubson nie robi rapu dla każdego. Bliższe rzeczywistości byłoby przypuszczenie, że robi rap dla wąskiego grona odbiorców. Nie zmienia to jednak faktu, że warszawiak zasługuje na większą popularność. Ma mega talent, jego bity są genialne, mają fantastyczny klimat i spokojnie mógłby sprzedawać je połowie sceny. Obie płyty grają u mnie cały czas. Bardzo chętnie przytuliłbym też nowy kompakt od Kubsona. Nazwałbym go Dżordż i bym go pieścił, tulił, ściskał... Mam nadzieję, że nie będę musiał czekać kolejnych 4 lat. Póki co, obiecajcie mi, że sprawdzicie "Materiał numer jeden" i "Igłę w stogu PCV".

Kubson jest nieznany, a szkoda, bo nagrywa konkretne rzeczy.

www | "Igła w stogu PCV" promomix - odsłuch