Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W czwartej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – odpowiada na pytania odnośnie szeroko pojętych planów na przyszłość oraz spędzania wakacji.
Litoslav: Jakie plany na przyszłość? Trzeci krążek, featuringi, produkcja bitów dla innych raperów, jakieś koncerty?
Kubson: Produkcja jak najbardziej. Bardzo się cieszę, jeśli ktoś rapuje pod to, co zrobiłem. Chyba, że mi się tak podoba bit, że chcę go sam wykorzystać, robiąc na nim sławę i pieniądze. (śmiech)
Featy? Jeżeli ktoś mnie zaprasza na płytę, to pewnie. Ale tego jest bardzo mało. Nie jestem popularną osobą w hip-hopie. Ani Internet się jakoś do mnie nie przekonał, ani legalna dystrybucja – ani z jednej strony, ani z drugiej to nie chwyta. Zaprosił mnie na swoją płytę Siódmy, to była płyta "Fundament", która też jakiegoś super-szału nie zrobiła, mimo że jest bardzo fajną produkcją. Teraz nagrywam z Kfiatem z Siły Dźwięq. Bardzo fajny, funkowy kawałek, bit wyprodukował DJ Spike, mistrzostwo świata. Nie nagrywam ze śmietanką polskiego hip-hopu, ale też na swoje płyty nie mam potrzeby zapraszać wielu osób. Wychodzę z takiego założenia, że musiałbym z kimś usiąść, pogadać na jakiś temat, przyjść do domu, pomyśleć nad tym i stwierdzić: – Kurde, mógłbym nagrać z nim ten kawałek. On miał fajny pogląd na ten temat.
Nie szukam gości na płytę tylko po to, żeby podbijać jej sprzedaż.
A co z koncertami?
Koncerty gram, jeżeli ktoś akurat organizuje i mówi mi, że fajnie by było, jakbym zagrał. Nie mam managera, sam ogarniam wszystko. Muzykę robię z zajawki, tylko i wyłącznie. Jeżeli mam jakieś swoje zajęcia, które przynoszą mi wymierne korzyści materialne, to właśnie im się poświęcam, a zajawkę traktuję jak zajawkę. Jeżeli płyty się sprzedają, to się bardzo cieszę. I jeżeli ktoś zadzwoni i powie: - Kurde, fajnie byłoby mieć cię tu na żywo. Przyjeżdżaj, zagrasz coś - to też fajnie. Ale bynajmniej telefon mi się nie urywa. Głównie koncerty gram w Warszawie, bo tutaj znam parę osób, które organizują imprezy tematyczne i na nie mnie często zapraszają. Ale wiesz, ciężkie jest życie rapera. (śmiech)
Bejdełej - dostałem się na X edycję Mazury Hip-Hop Festiwal! Po tym jak wydałem płytę, ktoś napomknął mi o organizowanym konkursie. Wysłałem zgłoszenie, zebrała się komisja i mnie chcą. Fajnie.
A trzecia płyta?
Być może nawet nie hip-hopowa. Nie mówię, że będzie "luzik, arbuzik", ale zawsze się jarałem takimi chilloutowymi, spokojnymi kawałkami. Jeżeli wydam trzecią płytę, to wydaję mi się, że wyjdzie ona tylko na winylu, bo te winyle ["Igła w stogu PCV" na placku – przyp. Lite] mają o wiele lepsze branie, a o pudła z cedekami się w domu potykam. Spełniłem swoje życiowe marzenie – wydałem projekt na wosku.
Być może, wydając kolejną płytę, skupię się tylko na instrumentalach. Nie będzie to płyta hip-hopowa, choć może będzie miała trochę taki charakter. Najbardziej nastawiam się na chilloutowe jazdy, bez rapowania (ew. jakiś jeden kawałek będzie do niej przewinięty).
Nie widzę większej szansy, jeśli chodzi o hip-hop. Jest przesyt rapu i ludzie boją się otwierać na rzeczy, które nawet brzmią fajnie i ciekawie, ale trudno jest inwestować pieniądze w takiego kota w worku. Kupię sobie płytę jakiegoś tam Kubsona, ale nie wiem, czego się po nim spodziewać. Lepiej kupić płytę gościa, który wydał już empikowe płyty i ma teledyski, bo ja już wiem, jak on rapuje. Wielki jest problem, żeby dotrzeć do ludzi – nie do masowego odbiorcy, tylko do zajawkowiczów.
Teraz napisał do mnie gość spod Krakowa – Witek – z pytaniem, jakiego sampla użyłem w którymś tam kawałku. Sprawdziłem sobie Witka w historii maili i się okazało, że Witek kupił u mnie płytę na Allegro. Napisałem mu, że wszystkie płyty, z których brałem sample, opisane są w książeczce do wydania CD i może sobie spokojnie przeczytać. Następnie Witek odpisał, że on generalnie okładek nie ogląda, bo jest niewidomy. Od razu dostałem strzał na plecy. Zresztą napisał mi o samplu, który był tylko we fragmencie kawałka. Jest taki numer "Wkręt" – tekst: "...przytłumione dźwięki..." i wchodzi inny bit. I on mi napisał właśnie o tym numerze, o tym fragmencie, którego nie brałem pod uwagę, projektując okładkę. Znalazł coś, do czego nie ma informacji.
Zacząłem z nim pisać. Cieszę się, jak trafiam na takich zajawkowiczów. Okazało się, że Witek produkuje, przesłał mi paczkę bitów. Nie biorę tu absolutnie poprawki na to, że nie widzi, ale te bity nie różnią się absolutnie od tego, co może zrobić osoba w pełni sprawna. Czysta zajawa. Taki słuchacz jest warty stu słuchaczy, którzy siedzą na hip-hop.pl i codziennie na rapidszopie "kupują" płyty.
Powoli kończymy. Niektórzy już mają wakacje. Ja już od miesiąca. Natrafiłem na taki Twój kawałek w sieci, którego nie ma na żadnej płycie. "Wyjazdy". O zagranicznych podróżach. Jakie wspominasz najmilej? Co masz w najbliższych planach? Jakie jest Twoje największe marzenie?
Najmilej wspominam oczywiście wypady z moją Lejdi, z którą śmigam sobie już od 2 lat w różne miejsca, czy to na świecie, czy w Polsce. Byliśmy m.in. w Egipcie, w którym jej się bardzo podobało, bo było ciepło. Ale tak jak było w tym kawałku - trzecia zwrotka o Budapeszcie – pojechałem też na taki męski wyjazd i go również wspominam przecudownie.
Jak pozwolą finanse, to być może sobie w tym roku gdzieś pojadę. Na pewno na Mazury, zresztą już w ten weekend do Olecka, do swoich ziomów, m.in. właśnie do Galusa. A marzenie wyjazdowe? Chciałbym pojechać do Kanady na dechę. Ogólnie wolę wyjazdy takie zimowe niż letnie. Może tak niezbyt wakacyjnie to zabrzmiało, ale tak właśnie jest. Chciałbym tam pojechać, pojeździć na snowboardzie.
To się żegnamy. Chcesz dodać jakieś 3 słowa na koniec? Do słuchaczy, czytelników, zajawkowiczów, kogokolwiek?
Pozdrawiam serdecznie. Osoby, które nie zetknęły się jeszcze z moją płytą zachęcam do tego, żeby przesłuchały chociaż jeden kawałek – koniecznie z "Igły..." - być może nawet nie ten, który zaczyna się od słowa "kupa". (śmiech) Miłego!
Dzięki za wywiad.
Dzięki.
Nieznany, a szkoda: Andreas Grega
W 2009 roku szwedzki raper Promoe (Looptroop Rockers) wydaje swoją pierwszą solową płytę nagraną w rodzimym języku. Na przebój z "Kråksången" lansowany jest numer "Svennebanan" - szwedzka odpowiedź na "W Aucie" Sokoła i Pono. Utwór szybko staje się hitem, ale jeszcze lepiej zostaje przyjęty kolejny singiel z albumu - "Mammas Gata". Wszystko za sprawą bohatera dzisiejszej opowieści, Andreasa Gregi. No i dzięki niezwykłemu teledyskowi. Widzieliście kiedyś hip-hopowy klip o "matkach ulicy" (tak należy tłumaczyć tytuł kawałka) utrzymany w konwencji... fantasy? Nie? To sprawdźcie:
Zatem: Andreas Grega. Jako dzieciak żyje w dwóch miejscach: w Szwecji, w Hässelby Gård w Sztokholmie - wraz z matką i siostrą - oraz w Grecji, na wyspie Rodos - do spóły z ojcem i dwoma braćmi. Uczy się pilnie i zdobywa wiedzę. Ale pierdoli system. System szkolnictwa. Nie jest jednak szwedzkim Bartem Simpsonem i nie jest częstym gościem w gabinecie szwedzkiego dyrektora Skinnera. Po prostu nie widzi sensu w uczeniu się teoretycznych zagadnień. Woli praktykę. A najlepiej, jeśli ta praktyka łączy się ze sztuką i artyzmem.
Także młody Andrzejek bierze się za wzornictwo. Tak jak polscy raperzy znani są z opowieści o tym, jak to kreślili pierwsze zwrotki na licealnych ławkach, tak Grega pewnie mógłby sprzedać niezłą historię o przerabianiu krzeseł w szkolnej stołówce na łowiecką wycinankę. Swoją drogą, trop meblarski jest naprawdę dobry: jakiś czas później Andreas skręca w lewo jak Tomasz Gollob i ima się nowego zajęcia. Zostaje stolarzem. Nie tyle stolarzem, co pomocnikiem stolarza, który zajmuje się wzorkami. Czyli nie do końca skręt w lewo. Chyba, że potraktować "skręt w lewo" właśnie w kontekście Tomka Golloba - każdy następny to krok bliżej sukcesu.
Czy to opowieść o stolarzu, który - śpiewając sobie, jak zawsze, w pracy - zostaje zauważony przez przebywającego przypadkiem w stolarni Promoe, który - słysząc ten świetny głos - mówi szwedzkie "do stu piorunów" i zapewnia siebie, że wciągnie tego chłopaka do skandynawskiego show-bizu? Nie.
Jeszcze w '97 roku Andreas Grega zakłada zespół - Kungers. Jest ich pięciu. Oprócz niego, wokalisty, Kungers współtworzą: Skoob (gitara), Alex (też gitara), Sigge (znów gitara, ale basowa) oraz Jimbo (perkusja). Co grają? Wikipedia mówi o unikalnym dźwięku, łączącym 83,456% wszystkich gatunków muzycznych świata: rock, reggae, punk, rap, hardcore i folk. Czyli, jak mniemam, coś jakby Brunce Springsteen spiknął się z Bobem Marleyem, Sex Pistols, Nasem i ludowymi grajkami? No, mniej więcej.
Słuchając losowo wybranych utworów Kungers dostępnych na YouTube, można dojść do wniosku, że chłopaki z zespołu faktycznie nie lubią kurczowo trzymać się jednej stylistyki. Raz zespół brzmi jak wczesne Sekaku, tyle że z bardziej melodyjnymi refrenami. Kiedy indziej piosenki Szwedów jawią się jako smęty w kulminacyjnym momencie przeistaczające się w świetne numery (przykładem jest "Livet" - nie słyszałem tak potężnego przejścia od czasu podwójnie kultowego "Do Ani"). Innym razem Kungers bliżej do mniej zaskakującego i pokręconego System of a Down lub wczesnego Linkin Parku, w wersji bez Mike'a Shinody. Zdarza się i tak, że utwory są "czyste" gatunkowo, i tak, że nie sposób je zaszufladkować.
Swój debiut wydawniczy Kungers zalicza już w '98 roku, wypuszczając epkę "Andra sidan". Kolejny album swoją premierę ma dopiero... 9 lat później. Prawdopodobnie Andreas Grega pochłonięty jest stolarką, wzornictwem i robieniem zjawiskowych mebli z drewna i filcu. W każdym razie, dopiero w 2007 roku pojawia się długogrająca płyta pt. "Folkpunk". W ciągu następnych kilkunastu miesięcy Szwedzi nagrywają i wydają - pewnie chcąc pójść za ciosem po sukcesie poprzedniego krążka - "Galaxen".
2009 rok. Andreas Grega dogrywa się na płytę Promoe. To już wiecie. Ale to nie wszystko, co dzieje się przy powstawaniu "Mammas Gata". Andrzejek poznaje bowiem współproducenta "Kråksången" - Astmę. Co więcej, to spotkanie nie wpływa negatywnie na drogi oddechowe szwedzkiego wokalisty, a wręcz przeciwnie - przyczynia się do tego, że kolejny rok jest dla Gregi rokiem przełomowym.
Cyferki 2, 0, 1 i 0 są dla Andreasa szczęśliwe. Premierę ma jego solowy album - "En Sak I Taget" (pol. coś w stylu "Jedna rzecz na raz"). W całości komponuje go Astma, co wyraźnie słychać, widać i czuć. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż płycie Gregi bliżej do dokonań Promoe niż do dorobku zespołu, z którego się wywodzi?
Jak głosi oficjalna strona szwedzkiego śpiewaka, Astma nie lubi być wrzucany do jednego, wielkiego wora z napisem "hip-hop". No, to wiemy już, czemu tak spodobał się wokaliście formacji wędrującej po wszystkich rejonach muzycznego świata. Chęci szukania nowych dróg i rozwiązań trudno nie zauważyć. "En Sak I Taget" to płyta rozstrzelona stylistycznie, a jednocześnie nie da się o niej powiedzieć "niespójna". Jak podaje przywołana przed momentem oficjalka Andreasa Gregi: Multum instrumentów, masa nieregularnych zmian tempa - to wszystko sprawia, że ten krążek brzmi tak "cholernie cool".
I tak jest w rzeczywistości? Jeśli "cholernie cool" oznacza to samo, co "podoba mi się", to jak najbardziej. Melodie są tu konkretne, a wokal stolarza-wzornika nieziemski. Śmiem twierdzić, że na pewno na swojej solówce wykorzystuje go lepiej niż w zespole, który grał wszystko i nic jednocześnie.
Album promują dwa single. Pierwszym z nich jest numer "Dom hade mycket att säga" (pol. "Mieli wiele do powiedzenia"), który zapowiada "En Sak I Taget" już od połowy 2009 roku. Brzmi trochę tak, jakby Czesław Mozil, tyle że z potężniejszym głosem, spotkał się z sekcją dętą Kultu. Nie są to w żadnym wypadku szanty, a mimo tego Andreas Grega postanowia nakręcić do tego klip iście marinistyczny:
Następny z singli - "Där va vi förenade" - mający swoją premierę dokładnie rok później - 6 lipca 2010 - w większym stopniu uwypukla wokalne możliwości szwedzkiego piosenkarza. W tle gra właściwie wyłącznie lekko przytłumiona gitara akustyczna, brzmienie jest więc oszczędne i minimalistyczne, a właściwą melodię nadaje utworowi sam śpiew Andreasa. Mogę tylko przypuszczać, czy "Där va vi förenade" ma jakiekolwiek przesłanie. Klimatyczny teledysk z psami i włochatymi zwierzętami krowopodobnymi nie rozwiewa moich wątpliwości:
I tu właściwie mógłbym już skończyć. Ale 2010 rok przynosi jeszcze jedną rzecz. Andreas Grega dogrywa się do kawałka "Ruter" hip-hopowego składu Karpe Diem. Tym razem to on jest tu gwiazdą. Może to nie ta sama energia, co "Mammas gata", ale i tak ciężko przejść obok głosu szwedzkiego wokalisty obojętnie:
Co będzie dalej? Nie wiadomo. Andreas Grega może pozostać gwiazdą jednego sezonu. Z drugiej strony, dzięki swoim unikalnym umiejętnościom wokalnym jest w stanie osiągnąć wiele. Jakby tak zaczął śpiewać w bardziej zrozumiałym dla reszty świata języku to kto wie, czy nie prowadziłby wspaniałej, międzynarodowej kariery.
Biorąc pod uwagę jego przeszłość, możliwe jest także to, że na jakiś czas porzuci śpiewanie, zamknie się w swoim warsztacie i zajmie się tym, co lubi najbardziej: wzornictwem i stolarką... Taki już jest Andreas Grega: nieznany, a szkoda.
Bibliografia:
http://www.andreasgrega.com/nyheter
http://sv.wikipedia.org/wiki/Andreas_Grega
http://sv.wikipedia.org/wiki/Kungers
http://en.wikipedia.org/wiki/Promoe
Gdyby hip-hopowe evergreeny z Polski były kierunkami studiów
No i nadszedł ten czas - gimbus Lite skończył liceum, ładnie zdał maturę i rusza na studia. Powinien się dostać. Wyniki za jakiś tydzień. Ale to nieistotne. Dziś zamierzam sprawdzić, czym byłyby hip-hopowe evergreeny z Polski, gdyby były kierunkami studiów. Beka, co?
Ano. Wszakże - jak podaje Wikipedia - evergreenem określa się utwór muzyczny o niesłabnącej popularności. Przynajmniej przez jakieś 20 lat. Polski hip-hop nie ma tylu lat, także przyjąłem, że jednak ta wartość może być mniejsza. Zresztą, który z tych utworów byłby evergreenem poza hip-hopowymi kręgami? To temat na inną dyskusję. Dziś się śmiejemy, a jeśli nie, to chociaż słuchamy rapowych klasyków. Kto jest ze mną?
WWO i "Każdy ponad każdym", czyli FARMACJA
Wszyscy najmądrzejsi, jebani, myślą chyba, że są wybrańcami. Kopią dołki pod innymi, biorą udział w wyścigu szczurów. I tak dalej, i tak dalej. Takie pogłoski o studentach farmacji do mnie kiedyś doszły. Nigdy nie studiowałem farmacji. W ogóle niczego nie studiowałem. Także nie sprawdziłem.
Mezo, Liber i "Aniele", czyli ZARZĄDZANIE I MARKETING
Jaki kierunek, taki evergreen.
Peja i "Głucha Noc", czyli STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE
Idąc na stosunki międzynarodowe, tłumaczysz sobie słowo "stosunek" w Tobie najlepiej odpowiadającym kontekście. Błąd. Czytając jedną 1000-stronicową książkę tygodniowo, raczej nie ma się czasu na nocne stosunki, niekoniecznie międzynarodowe. Noc jest więc głucha, a niejednokrotnie spędzisz ją na pasjonującej jak przemowy Waldemara Pawlaka lekturze.
O.S.T.R. i "Kochana Polsko", czyli BEZPIECZEŃSTWO WEWNĘTRZNE
To jest bagno zwane rzeczywistością. Bezpieczeństwo wewnętrzne.
WWO i "Damy radę", czyli PSYCHOLOGIA
Kim jest psycholog? Kimś takim, kto powinien wyciągnąć Cię z dołka i powiedzieć, że dasz radę przeżyć śmierć psa / niezdaną maturę / zawód miłosny / coś gorszego. Parę lat temu dokładnie to samo mówił Sokół z Jędkerem. Śmiem podejrzewać, że więcej chłopaków z bloków uwierzyło w siebie dzięki WWO niż dzięki wszystkim psychologom działającym w Polsce razem wziętych.
Sokół, Pono, Franek Kimono i "W Aucie", czyli BUDOWA MASZYN
Wprawdzie nie trzeba być specjalistą z budowy maszyn, żeby brać Cię - w aucie - Cię? - ehe, ale pewna znajomość przestrzeni wewnątrz auta jest chyba przydatna. W końcu to, czy dzieje się to w limuzynie, czy w Volkswagenie Polo, robi wielką różnicę, prawda?
Tede i "Drin za drinem", czyli MISH
W "Drin za drinem" dzieje się tyle, ile na MISH-u. Tyle, czyli czasem nic. Zależy od człowieka.
Wzgórze, Trzyha i "Ja mam to co Ty", czyli WSZYSTKIE KIERUNKI na Uniwersytecie Zielonogórskim i PWSZ w Gorzowie
Mam tak samo jak Ty - miasto moje a w nim - MOICH LUDZI. Mało który student w Polsce powiedziałby o mieście, w którym studiuje, że jest "jego". Studenci z Gorzowa i Zielonej już tak. Dlaczego? Uczelnie te przyjmują głównie osoby ze swoich miast i okolic. Takie są one poważane i wielkie, że z reszty kraju nikt się do nich nie wybiera.
Peja i "Jest jedna rzecz", czyli MATEMATYKA
Po świecie tułają się 3 grupy ludzi. - Jest jedna rzecz, dla której warto żyć: HIP-HOP! - mówią jedni. - Jest jedna rzecz, dla której warto żyć: MATEMATYKA - twierdzą drudzy. Trzeci uważają, że najchętniej nie żyliby tylko dla jednej rzeczy, ale jeśli już zostaliby do tego zmuszeni, to pewnie powiedzieliby, że chodzi o Widzew Łódź. Albo ŁKS. Zależy od dzielnicy.
Kaliber 44 i "+ i -", czyli MEDYCYNA
Oglądam ostatnio siódmy sezon "House'a". I tam ciągle jakieś testy robią. Wyniki są dwa: pozytywny lub negatywny. Plus lub minus. Chyba, że House stwierdzi inaczej. Co ciekawe, jak już się choruje, to lepszy jest minus. Medycyna jest bodaj jedyną dziedziną życia, w której minus jest lepszy niż plus. No cóż, wiedział o tym Magik - nie jest żadną tajemnicą, co miał na myśli, pisząc ten przebój. Może skoczył z okna, bo jednak to był plus?
Pezet/Noon i "Seniorita", czyli SOCJOLOGIA
Socjologiczna obserwacja. "Seniorita". Jaki temat, taka obserwacja.
Paktofonika i "Jestem Bogiem", czyli PRAWO
Jest wiele snobistycznych kierunków. Bo umówmy się - Bóg, jeśli w ogóle istnieje, jest niezłym snobem. Prawo jest jednym z takich kierunków. Tyle osób wybiera prawo, bo liczy na dobry kesz. Nie wiedzą jednak, ile to kosztuje pracy i jak to człowieka zmienia. Ile było filmów o szalonych prawnikach, którzy - widząc zakres swej władzy i swoją materialną potęgę - uważali, że są Bogami? W sumie... Nie wiem... Przyjmijmy, że jakiś musiał powstać. Jeśli nie, to zaklepuję pomysł na scenariusz!
Eis i "Najlepsze dni", czyli STUDIA BEZ STUDIOWANIA
Jedni najlepiej wspominają okres gimnazjum, inni czasy szkoły średniej. Najwięcej jest zwolenników studiów. Wszyscy się jednak zgodzą, że najlepsze dni życia byłyby wtedy, gdyby ze wszystkiego związanego ze studiami wyrzucić samo studiowanie. Ktoś podważy tę teorię?
Grammatik i "Friko", czyli EKONOMIA
I prawo ekonomii - NIC ZA FRIKO - znane jest w naszej cywilizacji mniej więcej od momentu, gdy samice gatunku ludzkiego odkryły, że dając mężczyznom to i owo, otrzymają w zamian pożywienie i bezpieczeństwo. Dopóki jednak Grammatik nie wyłożył I prawa ekonomii na legendarnych "Światłach miasta", polscy raperzy go nie znali. Imbecyle.
Fisz i "Czerwona sukienka", czyli MARKSIZM
W Polsce chyba nie ma takiego kierunku, to zrozumiałe. Ale w Chinach albo innym komunistycznym grajdołku nauka Marksa i Engelsa jako kierunek studiów na pewno jest możliwa.
Pezet/Noon i "Szósty zmysł", czyli MANAGER PRODUKTU
Paliwo, papierosy i alkohol będą sprzedawać się zawsze, niezależnie od ceny. Logika nakazywałaby, żeby menadżer produktu, konkretniej menadżer produktu alkoholowego, zarabiał dużo. Jak jest w praktyce? Cóż, manager produktu brzmi trochę dziwnie i jakoś zbyt wzniośle. To nie może być dobra fucha.
Fisz i "Bla bla bla", czyli FILOZOFIA
Czego się człowiek uczy na filozofii? Takich tam bla bla bla. Konkretyzując, tego, czego uczą wykładowcy. A czego uczą? Zwykłego bla bla bla. A co robią studenci filozofii, jak już przestaną być studentami, zamieniając się w - tak, tak - filozofów? No cóż, dalej takie bla bla bla, tyle że po pracy. Fizycznej.
O.S.T.R. i "A.B.C.", czyli POLITOLOGIA
I jak mam ufać pięknym przemówieniom posłów, gdy 3/4 z nich to banda dyplomowanych osłów? Ostry jest tu politologiem siedzącym w głowach 90% Polaków. Kto nie słyszał nigdy od kogoś, że najchętniej on by tych wszystkich posłów powystrzelał, niech pierwszy rzuci kamieniem! Na politologii pewnie tak wywrotowych myśli nie wykładają. Zresztą, czy na politologii czegokolwiek nauczają? To tylko taka lepsza filozofia.
PS Uprzedzam wszystkich - nie było tu Waszych ulubionych klasyków, bo po prostu ich nie było. To żaden prawilny ranking. Numery brałem pierwsze z brzegu.
Wywiad z Kubsonem - część druga
Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W drugiej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – mówi m.in. o zdrobnieniach, kupie (dosłownie!), polskim i zagranicznym rapie oraz o winylach.
Litoslav: Lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"?
Kubson: A co, pewnie tak powiedziałem?
Nie, nie. Po prostu, czy lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"? Niektórzy tego nie lubią.
Nie wiem, jakoś nie zwracam na to uwagi.
A widzisz, bo tu chodzi o zdrobnienia. Studio, w którym nagrywasz, nazywa się "Pierwsze Pięterko". To "pięterko", to zdrobnienie, brzmi trochę dziwnie, kiedy się pomyśli, że jest to studio, w którym nagrywa Kubson, raper.
Pomysł na studio Pierwsze Pięterko narodził się na Tarchominie, tam nagrywaliśmy właśnie na pierwszym piętrze. Nigdy nie robiliśmy hip-hopu poważnego i mega prawilnego, mówiącego, jak masz żyć, co masz robić, jak postępować. To jest hip-hop trochę z przymrużeniem oka. Do tej nazwy mam duży sentyment, zawsze mi się ona bardzo podobała. Młody często do mnie dzwonił: - Przyjeżdżasz na Pierwsze Pięterko? Nagramy jakiś hit!
Jako, że ja też mieszkam na pierwszym piętrze i też zacząłem sobie inwestować w sprzęt i w końcu stworzyłem swoje studio, to automatycznie przeniosłem tę nazwę do siebie do pokoju. Nawet mam tu wrzut na ścianie – "Pierwsze Pięterko Studio".
Aha, czyli to nie jest to samo studio, w którym zaczynałeś? Jak pisałem o Tobie artykuł, to przez takie samo nazewnictwo stwierdziłem, że chodzi o dokładnie to samo studio, w tej samej lokalizacji.
Początkowo działaliśmy na Tarchominie. W końcu przestaliśmy ze sobą nagrywać, mimo że kontakt cały czas utrzymujemy. Uściślając, nie tyle przestaliśmy ze sobą nagrywać, ile Młody odbił od hip-hopu. Słucha go, ale nie ma czasu na nagrywki, bo każdemu życie się tam jakoś układa i jednak praca, rodzinne obowiązki zaczynają brać górę. Nie masz na to czasu albo zajawki. Czujesz, że robisz coś na siłę, że to ci nie wychodzi tak, jak kiedyś wychodziło, dlatego od tego odstępujesz.
Ja cały czas tę zajawę w sobie mam. Właśnie po debiucie miałem najwięcej: wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem, ładowałem w winyle, w kompresory, w kable, żeby to miało brzmienie i żeby to było profesjonalne.
A nazwa została nazwą, bo tak było u zarania. Ta nazwa była po prostu naturalna.
Co do nazewnictwa. Na debiucie był utwór "hehe". Będąc złośliwym, można się zastanawiać, czy kiedyś nie nazwiesz jakiegoś kawałka skrótem internetowym typu "zw"?
"Hehe" nie kojarzyło mi się kompletnie z Gadu Gadu, chociaż – prawda – jest to wyrażenie swojego stanu ducha, jedno z najprostszych. Ten kawałek nazywa się "hehe", bo po prostu było dużo śmiechu w tej całej historii. To określenie, co się tego wieczoru rzeczywiście działo. A może to był taki pijacki patent? Nic nie przychodziło do głowy, a to nie mógł być kawałek typu "Trzydziesty pierwszy dzień grudniowy", "Impreza u Agaty" albo "Osiemnastka Tadka"? Nie wiem, dlaczego tak zostało. Zresztą, mam bardzo dużo kawałków, których tytuły są od czapy. Generalnie ważne jest to, co jest w środku w tym kawałku. A tytuł? Podchodzę do tego tak, że nawet nie myślę, czy ktoś będzie się zastanawiał nad tytułem. Często mam coś takiego, że gdy ktoś pyta mnie, czy słyszałeś kawałek Ostrego pt. "Bach, bach", to wiem, że go na pewno słyszałem, ale nie kojarzę kawałka z tytułem.
Kazika Staszewskiego znasz?
Osobiście nie.
Ale twórczość, samą osobę?
Tak, kojarzę osobę.
A znasz może taki jego utwór "Anarchia w WC"?
Nie.
To jest utwór, w którym Kazik pozuje na anarchistę, którego anarchizm objawia się w niespuszczaniu wody w toalecie.
Aha...
Skojarzyło mi się to z początkiem jednego z Twoich utworów. Konkretnie z "Kilo artystów proszę". "Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody" z akcentem na "KUPĘ". Nie myślałeś o tym, że ktoś może w ten sposób się do Twojej twórczości zniechęcić? Dajmy na to, ktoś mówi sobie "sprawdzę tego Kubsona", wybiera losowo jeden numer i pada na "Kilo artystów proszę". Słyszy pierwszy wers i wymięka.
Wystarczy, że posłucha pięć sekund dalej i tam jest rozwinięcie tej myśli: Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody / Na ulicach od smrodu stanęłyby samochody / Wszystkich raperów, co robią dobre gówno / Na jeden dzień do takiego miasta wysłałbym jutro. Ta "kupa" nawiązywała do tego szitu, który jest obecny wszędzie w hip-hopie i niestety Polska go teraz łapie. Zaraz, nie teraz, już od dawna. W stanach "shit" ma zupełnie inny wydźwięk niż u nas. Jak tutaj widzę przebranego gościa, bo on tak na pewno nie ubiera się naturalnie – bandana, czapka i "sprawdź to gówno ziooom!!!" – to w ogóle to do mnie nie trafia. "Kupa" była łagodniejszym słowem, zresztą nie chciałem powtarzać 2 razy słowa "gówno". Wiem, że wstęp do tego kawałka jest mało smaczny, ale z reguły mam tak, że kawałków nie poprawiam – kreślę do tego momentu, aż mi się nie spodoba. Jeśli to weszło, to znaczy, że tak miało być.
To jeśli już przy tym jesteśmy. Słuchasz w ogóle polskiego rapu?
Mam parę wybranych person, które śledzę. Poza tym, nie ogarniam tego wszystkiego, co wychodzi. Kiedy swoją premierę miała "Igła...", to sprawdzałem, co wychodzi równolegle. Ostatnio słuchałem płyty Weny, bardzo fajnej zresztą. Śledzę też wydawnictwa Asfaltu, jakoś mi do nich najbliżej.
O właśnie. Jaki masz stosunek do Ostrego. To jego wydawanie rok w rok. Nie nudzi Cię to? Jego płyty zdają się być ciągle o tym samym.
Już kiedyś o tym z kimś rozmawiałem, chyba po siódmej płycie Ostrego. Gadałem z takim gościem, który bardzo dużo muzyki słucha i powiedział: - Wiesz co, te płyty Adama brzmią tak samo.
Trochę inaczej na to patrzę, bo sam robię muzykę. Sam ją produkuję i dzięki temu wiem, że Ostry jest niezłym kozakiem, skoro nie dość, że jego płyta jest zawalona od pierwszej do ostatniej sekundy (ile miejsca jest na płycie, tyle on po prostu ładuje muzyki), nie dość, że popisuje się lirycznie i pod względem flow, to jeszcze te bity. Doceniam to jakby z dwóch stron – producenta i słuchacza. Wiadomo, jakiś tam temat się powtórzył. Ale zaznaczmy, że jest nawinięty inaczej: nie ma użytych tych samych wersów, tej samej gry słów, tych samych określeń. Jest to może o podobnych rzeczach, ale nawinięte w inny sposób. No i produkcja. Produkcja przede wszystkim.
A zagraniczny rap? Słuchasz, śledzisz?
Praktycznie nie. To znaczy, jak chodzę do zaprzyjaźnionego sklepu na Chmielnej, do Side One, to tam pracuje taki diabeł o imieniu Wojtek. I Wojtek, jak widzi, że ja jestem, to zawsze coś proponuje. I zawsze trafia po prostu w sedno. Proponuje mi coś, ja sobie to przesłuchuje i zazwyczaj z tą płytą wychodzę. Ostatnio kupiłem płytę dwóch niemieckich producentów J.R. i PH 7, którzy skupili na tym krążku - to jest podwójny winyl - po prostu śmietankę światowego rapu. Płyta ma takie brzmienie, jakie ja lubię: czuć, że powstała z winyli, jest zrobiona na winylu i jeszcze ma mega gwiazdy. Nie śledzę nowych tytułów, które wychodzą. Czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham.
Coś oprócz rapu? Jakieś inne gatunki?
Zdecydowanie. Jaram się muzyką głównie z lat 70. Mam generalnie zboczenie, jeśli chodzi o czarne krążki – te płyty opowiadają jakąś tam historie. Nie ściągam w ogóle płyt z Internetu. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Ale jeśli już się tym zainteresuje i wiem, że jest to jakiś starszy rocznik, to szukam, czy nie mogę tego gdzieś znaleźć na placku. Tak było m.in. z płytą 24 Carat Black – Ghetto Misfortune's Wealth. Mistrz po prostu nad mistrzami, a przesłuchałem ją po raz pierwszy z czyjegoś polecenia. Szukałem dobre dwa, może nawet trzy, miesiące miejsca w sieci, w którym mógłbym ją zamówić – napisałem maila do sklepów winylowych w Warszawie, czy mogą mi je ściągnąć.
I z tą płytą jest śmieszna historia, bo jednego dnia dostałem potwierdzenie możliwości odbioru, jednocześnie właśnie z tych trzech miejsc. W jednym miejscu kupiłem, z dwóch pozostałych próbowałem się wymiksować, ale dosadnie mi to wyperswadowano. Tym samym mam w domu 3 placki zajebistej płyty. Jeśli kiedyś ktoś do niej dotrze, to też może poszuka, akurat może ja będę wystawiał jedną gdzieś na Allegro i zarobię na tym fortunę.
Wracając do pytania, słucham. Dużo słucham funku, jazzu. Jak tylko są jakieś kiermasze winylowe, czy stoi jakiś dziad na ulicy i sprzedaje, to zawsze jakiś smaczek złapie. W zeszły weekend byłem na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. Tam jest taki Park Kultury Powsin. Stał tam właśnie ktoś i sprzedawał płyty winylowe. Między Marylą Rodowicz, Czerwonymi Gitarami i innymi rzeczami była płyta zespołu Ptaki, którego w ogóle nie kojarzyłem. Bardzo lubię oryginalne okładki i właśnie tak było z tymi Ptakami – widziałem, że okładka jest inna niż wszystkie. Zresztą też rok wydania, jakieś lata 70. chyba. Tak mi się wydaje, bo stare polskie płyty mają to do siebie, że rzadko kiedy jest na nich wypisana data produkcji. Ale tak reasumując, Ptaki kosztowały mnie 5 złotych, a myślę, że z 3 zajebiste bity z tego powstaną. Jak wróciłem do domu, to po prostu szczęka mi opadła, jak usłyszałem niektóre breaki na tej płycie. Tak jak mówiłem, czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham. Ogólnie dużo słucham, dużo kupuję i generalnie często nastawiam się na kradzież z tych płyt, pod tym kątem często je przesłuchuję.
To ile masz tych winyli?
Trudno powiedzieć, ja ich nie liczę. Zajmują znaczną część pokoju. W piwnicy też jest trochę – takich, których nie słucham albo takich, które kiedyś od kogoś dostałem, przesłuchałem raz i stwierdziłem, że jednak nic z nich nie będzie. Nie będę strzelał. Nie liczy się to na pewno w tysiącach, ale myślę, że koło pięciuset jest ich na bank.
Ciąg dalszy nastąpi...

