Eldo (22.12.2012, Blue Note, Poznań)



[KLIK]


fot. Artur Chasikowski

Tetris (21.01.2012, U Bazyla, Poznań)



[KLIK]


fot. Artur Chasikowski

Żółte Kalendarze (20.01.2012, Tłok, Gorzów)



[KLIK]


fot. Julia Szmit

Gustoprześwietlacz 2.0: Maciej Nowotny

Po paru miesiącach wraca Gustoprześwietlacz (raczej nie na stałe). Dzisiaj prześwietlam Macieja Nowotnego: blogera jazzowego (http://polish-jazz.blogspot.com/ i http://kochamjazz.blox.pl/html) i dziennikarza radiowego (audycja Kocham Jazz w każdy wtorek o 21.00 na http://radiojazz.fm/). Jest to jednak gustoprześwietlacz nietypowy, gdyż nie zawiera dziesięciu ulubionych utworów prześwietlonego, a młody polski jazz Anno Domini 2011 w całym swoim zróżnicowaniu i w takim ujęciu, które maksymalnie wpada w ucho nawet słuchaczom niespecjalnie osłuchanym z tą muzyką. Kubek herbaty, gorącej czekolady lub kawy i zabierać się za odsłuch!

11. Wojtek Mazolewski Quintet - suggested album: "Smells Like Tape Spirit"

Ta kapela najlepiej sobie chyba daje radę ze wszystkich młodych polskich zespołów jazzowych na szerokim rynku muzyki niejazzowej. Duża w tym zasługa showmeńskiej osobowości lidera i niektórych członków zespołu, na przykład Joanny Dudy. Co bardziej wymagający będą kręcić nosem na jakość tej muzy (i niekiedy będą mieli rację), ale trzeba przyznać, że słucha się tego świetnie...

10. Monika Borzym - "Girl Talk" 

Przyszłość jazzu tkwi w odnowieniu relacji z muzyką popularną. Przynajmniej taki pogląd jest powszechny w Ameryce, gdzie studiuje wokalistka Monika Borzym. I gdzie nagrała płytę udowadniającą, że coś jest na rzeczy w tym poglądzie, który brzmi jak herezja dla wielbicieli europejskiej odmiany awangardy jazzowej.

9. Light Coorporation - "Rare Dialect"

W młodym polskim jazzie najciekawsze rzeczy dzieją się na tzw. obrzeżach, czego dowodem jest debiut tego zespołu czerpiącego inspirację z muzyki rockowej lat 70. i 80. Jednak silny element improwizowany w tej muzie przesądza o tym, że jest to coś bardziej interesującego niż kalka dajmy na to King Crimson...

8. Contemporary Noise Sextet - "Ghostwriter's Joke"

Niesamowita jest kreatywność młodych polskich jazzmanów, którzy umiejętnie łączą jazz, rock, pop z tzw. inteligentną muzyką taneczną. W efekcie pies z kulawą nogą nie interesuje się za granicą naszym popem, a polskim jazzem zachwyca się na świecie wielu. Smutne jest, że nasza rodzima publiczność często jest obojętna na wspaniałą muzykę tworzoną w kraju dopóki nie uzyska ona rozgłosu poza Polską...


Takie polskie kapele są dumą nie tylko młodego polskiego jazzu, ale całej naszej kultury. Dojrzała wizja artystyczna idzie tu w parze z wyrafinowanym smakiem muzycznym i wielkimi umiejętnościami gry na instrumentach. A jeszcze brzmi to lekko i radośnie!


Wiele polskich młodych polskich apel jazzowych unika etykietki jazzu obawiając się skojarzeń z muzyką przeszłości. Nie winię ich za to. Polski jazz to przez dziesięciolecia była konserwa i reakcja. Dominowało pokolenie, które w rozwoju zatrzymało się na latach najdalej 80. Obecnie w polskim jazzie dokonuje się rewolucja właśnie dzięki zespołom takim jak Daktari, które jak ognia unikają jazzowej etykietki.

5. Jachna/Buhl  - "Niedokończone książki"

Najpiękniejszą częścią jazzu jest muzyka improwizowana. To prawdziwa arystokracja wśród całej muzyki rozrywkowej, bo do jej tworzenia potrzebne są bajeczne umiejętności i wielka wyobraźnia. Wyobraźcie sobie Beethovena, który wychodzi na scenę i na bieżącą wymyśla całą "Sonatę Księżycową"! A tak właśnie robią Keith Jarrett czy Brad Mehldau. Ale i u nas powstaje wiele takiej muzyki jak ta chociażby tworzona przez duet: trębacza Wojtka Jachnę i perkusistę Jacka Buhla... 

4. Maciej Trifonidis - "Roots"

Inny przykład to ten wspaniały etnojazz w wykonaniu zespołu Maćka Trifonidisa. Warto podkreślić autentyczność, naturalność i spontaniczność tej muzy. Oto cechy muzyki, którą ludzie jazzu cenią najbardziej. Kiedy widzą oni tzw. "gwiazdy" muzyki pop śpiewające z playbacku i entuzjazm publiczności oklaskujących te marionetki w Opolu czy Sopocie pukają się w czoło i dziwią jak można dać się nabierać na taki chłam. Już lepiej słuchać rapu czy hip hopu! Tam przynajmniej także przeważa element improwizowany choć głównie w warstwie wokalnej...

3. Niski Szum - "Songs from the Woods"

Sonny Rollins mawia, że jazz jest jak parasol, pod którym rozkwitać mogą wszystkie nowości i innowacje w muzyce. Dawno przestał być muzyką wyłącznie Milesa Davisa, Johna Coltrane'a czy Billa Evansa. Jest po prostu synonimem nie tego "co" jest w muzyce, tylko "jak" się ją uprawia. Jeśli muzyka jest swobodna, otwarta i szuka czegoś czego jeszcze nie było to uznaję ją za jazz. Przykładem jest ten właśnie krążek Marcina Dymitera, który stylistycznie nic wspólnego z jazzem nie ma, a jednak... jest bardziej jazzowy niż wiele współczesnych kopii muzyki amerykańskiej sprzed 50 czy 60 lat...

2. Profesjonalizm - "Chopin Chopin Chopin"

Jazz to granie na żywo. Płyty są zaledwie pamiątką czegoś znacznie ważniejszego, a tym jest właśnie koncert. Muza, którą usłyszycie na tej płycie jest po prostu wyśmienita i bardzo oryginalna, ale... koncerty są jeszcze lepsze. Stąd moja rada: bierzcie chłopaki dziewczyny pod rękę i zamiast nudzić się na miernej muzie wpadajcie od czasu do czasu posłuchać na żywo JAZZ!!!

1. Kamil Szuszkiewicz - "Prolegomena" 


Na koniec chwila zachwytu, bo w jazzie często najpiękniejsza i najtrudniejsza do okiełznania jest cisza. To łączy jazz z muzyką klasyczną i z każdą wielką sztuką, której jakość poznaje po tym jak zniesie próbę czasu. W związku z tym warto czasem zadać sobie pytanie: ile z muzyki, której słuchacie i której poświęcacie swój czas przetrwa chociaż rok? Ta piękna pawana ma tradycję sięgającą lat kilkuset. I za to Kocham Jazz ;-)))

Wojtek Mazolewski Quintet - nie powiem, przyjemne. Monika Borzym - co za głos! Light Coorporation - ciężkie w odbiorze. Contemporary Noise Sextet - git, git. Levity - wow! Daktari - chyba najlepsze z tej listy. Jachna-Buhl - improwizacja zawsze spoko. Maciej Trifonidis - świetne po stokroć. Niski Szum - zaaaajebiste! Profesjonalizm - no i pięknie. Kamil Szuszkiewicz - oj, piękne! Polecam.

Nieznane, a szkoda: Hayseed Dixie (by eNoiDe)

Czym byłby jazz bez Milesa Davisa? Czym byłby rock bez Black Sabbath? Czym byłaby produkcja muzyki bez AKAI? Czym byłaby psychologia bez Sigmunda Freuda? Czym byłyby kserokopiarki bez firmy Xerox? A czymże, olaboga, byłaby polska rap blogosfera bez Lite'a i Noida? NO CZYM?

Tym, czym życie bez Hayseed Dixie. Zapewne męczyłaby nas egzystencja nudna, przewidywalna i niesatysfakcjonująca. Nic nie może się bowiem równać z niepowtarzalnym nadzieniem batona Mars z zaskoczeniem i mindblowingiem, jaki ma w ofercie Hayseed Dixie – nawet organizacja masowych zwolnień przez kryzys szalejący tak nieokiełznanie, że "litr bezołowiowej za dychę albo drożej" akurat podczas trwania zakrętu życiowego, który umila już-wkrótce-była żona pozwem rozwodowym oraz wizją alimentów. Szalone rzeczy.

Zespół / kapela (hoho), którego / której nazwa padła w niniejszym tekście już dwukrotnie, pochodzi z samiusieńkiego południa Stanów Zjednoczonych – a więc ojczyzny country, a także odmiany tegoż gatunku zwanej bluegrass. I właśnie bluegrassowi poświęcimy dziś uwagę, ponieważ właśnie bluegrass grają Hayseed Dixie.

Sęk w tym, że ci goście nie są normalni. Typowe dla niebieskiej trawy instrumentarium (banjo, skrzypce, mandolina) oraz specyficzny klimat wykorzystują głównie do... nagrywania coverów znanych, lubianych, klasycznych utworów.

Zadebiutowali w 2001 albumem "A Hillbilly Tribute To AC/DC" zawierającym przeróbki najważniejszych kompozycji ekipy Angusa Younga (!) i od razu zwrócili na siebie uwagę połowy świata. Na siebie i na bluegrass, warto dodać. Już wtedy było wiadome, że do zwyczajności im daleko – ich pojebane poczucie humoru opierające się na popularyzowaniu i przerysowywaniu wiejskiej kultury zawiera w sobie większy ładunek klasyczności niż te wszystkie szlagiery, które coverują.

A gdzie znajdują się dzisiaj? Wyprzedają bilety, grają dla wypełnionych po brzegi sal, nagrywają kolejne płyty (obecnie na koncie posiadając osiem) i robią dookoła siebie coraz większy szum. Mało tego – mają za sobą występ na niemieckim festiwalu Wacken Open Air, który oferuje raczej black/death/thrash metalową jatkę zamiast bluegrassu. Co ciekawe, przyjęli się.

Czytelników zainteresowanych tym, jak wygląda radosny, zjarany bluegrass ubrany w klasyczne piosenki odsyłam do linków pod tekstem – potraktujcie to jako swoisty best of. Każdy kawałek jest w wersji hayseedowej i oryginalnej, jakby ktoś nie znał. Miłego słuchania.

PS Jeśli macie pod ręką jakiś alkohol, to polecam spożycie go przed rozpoczęciem słuchania. Zdecydowane zwiększenie satysfakcji gwarantowane.

Marcin "eNoiDe" Półtorak

The Prodigy - Omen: oryginał | cover
Scissor Sisters - I don't feel like dancin': oryginał | cover
Led Zeppelin - Whole lotta love: oryginał | cover
Outkast - Roses: oryginał | cover
Motorhead - Ace of Spades: oryginał | cover
AC/DC - T.N.T.: oryginał | cover

I jeszcze raz: wszyscy artyści to prostytutki

Jako że mój poprzedni wpis w świetle teraźniejszych wydarzeń (FBI zamknęło stronę MegaUpload, w odwecie hakerzy zablokowali m.in. witryny Departamentu Sprawiedliwości, Universal Music, Sony Music, Białego Domu i... samego FBI) może w jakiejś nieuważnie czytającej głowie zostać uznany za opowiadający się za stroną rządową (amerykańską), spieszę z klarownym wyjaśnieniem:

Internet jest najlepszym, najważniejszym i najbardziej zmieniającym oblicze świata wynalazkiem w powojennej historii. Nie dziwcie się, jako bloger nie mogę napisać inaczej. Zmieniającym oblicze świata w sposób pozytywny - to, że nie zawsze jest wykorzystywany w dobrych celach, nie jest jego winą. Rozszczepienie atomu też nie od razu miało spowodować widmo spadającej gilotyny na kark człowieczeństwa.

Jako bloger zajmujący się tematyką muzyczną śmiem także twierdzić, że Internet wpłynął in plus również na muzykę. Łatwiejszy dostęp do plików dźwiękowych powoduje w gruncie rzeczy pozytywne skutki - zarówno dla słuchaczy, jak i samych wykonawców.

Oczywiście często dochodzi do kradzieży własności intelektualnej muzyków. Właśnie z takich serwisów jak zamknięte przed momentem MegaUpload. Kradzieży, czynu nielegalnego, prawnie zabronionego, choć dla wielu wcale nie niemoralnego.

Tu wychodzi moja hipokryzja, bo choć sam downloadu bez zysku dla wykonawcy z zasady nie popieram, to bardzo często się do tego dopuszczam. Ale ile znakomitości dzięki temu poznałem. Ilu artystów z całego globu zarobiło dzięki nielegalnym pobraniom ich albumów z mojej strony. Nie muszę chyba mówić, ile kupiłem płyt po wcześniejszym odsłuchu z kradzionych empetrójek. Bonobo, Husky Rescue, Andreya Triana, Looptroop Rockers, Hocus Pocus... A jeszcze nie zacząłem wymieniać polskich zespołów, których, w gruncie rzeczy, słucham w przeważającej ilości.

Do tego dochodzą jeszcze koncerty, czyli wydarzenia przynoszące największe zyski samym muzykom. Myślicie, że wydałbym grubo ponad sto złotych na koncert Arcade Fire, gdybym parę miesięcy wcześniej nie zassał dyskografii kanadyjskiej formacji na dysk? Chyba jasne, że nie.

I myślę, że podobny stosunek do sprawy ma większość słuchaczy. Sam wiem, że oryginalny kompakt smakuje lepiej, pełniej. Ale czasem się nie da. Zwłaszcza że krążki-rozczarowania w fizycznej formie nie są zwykłymi zawodami. Są zawodami ze zwielokrotnioną mocą.

Na internetowym piractwie najbardziej tracą więc ci, którzy takich zawodów się dopuszczają, ew. artyści, którzy tworzą dla niedzielnych, niewymagających słuchaczy, komentujących informacje w sieci w najbardziej żenujący sposób.

Przegrywają więc artyści, którzy nie potrafią zadowolić fanów: nie chcą zaskakiwać, eksperymentować, łechtać profesjonalizmem i aktywnie uczestniczyć w gwałtownie zmieniającym się i wymagającym, współczesnym rynku nie tyle fonograficznym, co po prostu muzycznym. Kiedyś możliwe było nagrywanie wielu tak samo brzmiących płyt bez obawy o zysk. Dziś potencjalny nabywca za takie zagranie potraktuje wykonawcę delete'em, nie pieniędzmi.

Artyści myślą, że czas stoi w miejscu. Że ich nigdy nie spotka los kasjerek w supermarketach, które stopniowo wypierane są przez kasy samoobsługowe. Że nie muszą zmieniać swojego jednotorowego myślenia, jeśli chcą godziwie zarabiać - a nawet przetrwać - w momencie, gdy postęp nieubłaganie puka do ich drzwi. Bo przecież czy się stoi, czy się leży, tysiąc pięćset się należy. Dobra muzyka broni się sama. A artysta to zawód jak każdy inny. I artysta, jak dosłownie każdy pracownik, powinien liczyć się z tym, że kiedyś może przyjść czas, kiedy ktoś powie dość i konieczna będzie zmiana branży.

Ktoś kiedyś powiedział, że wszyscy artyści to prostytutki. Racja, w najstarszym zawodzie świata, tak jak w zawodzie artysty, reguły od wieków zdają się nie ulegać zmianie.

Wszyscy artyści to psie krwie


Najżarliwszym krytykiem Kazika Staszewskiego nie jest już Kuba Wojewódzki, a szczecińska Lobotomia - nieznana, czego póki co wcale nie szkoda.

W wydanym pod koniec listopada singlu nie dość, że krytykują podejście lidera Kultu do, nazwijmy to, internetowego piractwa, to jeszcze parodiują jego styl.

I tu należałoby postawić pytanie, czy tak niepopularny zespół jak Lobotomia powinien w ogóle brać się za opluwanie Kazika? Nie chcę tu osądzać, czy Staszewskiemu się należy. Bardziej istotne jest zdanie sobie sprawy z tego, że jeśli o sprawie dowie się szersze grono odbiorców, podniosą się głosy mówiące o "wykorzystywaniu słynnego nazwiska do własnej promocji". A przecież znacznie większy szacunek budzą kapelę, które do celu dochodzą nie tyle bez niczyjej pomocy, co bez skandali i afer.

Zwłaszcza że o ile pomysł Lobotomia miała do przyjęcia (jak już napomknąłem, nie chcę wchodzić w dyskusję odnośnie tego, czy Kazik skończył się już, czy skończy się dopiero za chwilę - zresztą, o tym już pisałem), o tyle z przyjętej formy krytyki i jej wykonania trudno być zadowolonym.

Bo profanacja "Polski" to naprawdę ostatnia rzecz, jakiej kiedykolwiek chciałem.


Andrzej Grubba lepiej by nie wymyślił



Pamiętacie genialne "DM-87" autorstwa Embee'ego z "Fort Europa" Looptroopów? To rewelacyjne otwarcie całego albumu oparte na odgłosie odbijanej piłeczki pingpongowej? Mam nadzieję, że tak - w końcu to jedno z lepszych inter w historii europejskiego hip-hopu (dla mnie - zdecydowanie najlepsze).

Znalazła się jednak osoba, która to opus magnum postanowiła przerobić, ulepszyć. The Architect. Byłby prawdopodobnie kolejnym do przybliżenia w niepopularnym i nielubianym cyklu "Nieznane, a szkoda". Ale nie będzie. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.

Powyżej przeróbka "DM-87" w wersji video, tutaj empetrójka. Coś niesamowitego.

Medium (15.01.2012, Fabrika, Poznań)



[KLIK]

Projekt Nasłuch - Nieznani sprawcy (2011)


Projekt Nasłuch
Nieznani sprawcy
self-released, 2011

2.5

[KLIK]