Zeus - Zeus, jak mogłeś? (2011)


Zeus
Zeus, jak mogłeś?
Embryo, 2011

4.0

Rok 2008, mniej więcej listopad. Zeus debiutuje w mainstreamie, wydając "Co nie ma sobie równych". Pamiętacie, jaki to był szał? Powiew świeżości, istne wow. Minęło 2,5 roku i Zeus znów zaskakuje.

Zaskakuje, bo "Album Zeusa", drugi legalny krążek łodzianina, nie był żadną niespodzianką. Wciąż pamiętam, jak mnie to zirytowało. Chłop wydaje płytę rok w rok i nie proponuje niczego nowego? Syndrom Ostrego, czy jak? Po wielu miesiącach irytacja straciła na sile, a ja "Album Zeusa" doceniłem. To chyba najlepszy materiał reprezentanta ŁDZ.

Zaskakuje, bo najnowsze wydawnictwo nie zostało wyprodukowane na utartym, zeusowym schemacie. Funkowe sample? Owszem, ale jednak jest ich o wiele mniej niż wcześniej. Co w zamian? Milion niekonwencjonalnych patentów, które najprawdopodobniej przemycił współproducent krążka, Marek Dulewicz - ten sam facet, co robi mastering Ostremu i co napieprza na gitarze w Bakflipie. Można powiedzieć, że eksperyment goni tu eksperyment. Jest to jednak trochę inne eksperymentowanie niż na nowej płycie Mesa - nie elektronika, bardziej szeroko pojęty rock, te sprawy. W "Jesteśmy źli", prócz charakterystycznego beatu perkusyjnego i pobrzdąkiwania paru gitarowych akordów, przygrywa mała, choć pewnie samplowana, sekcja dęta. Pokuszę się o stwierdzenie, że w związku z tym, po małych przeróbkach, utwór mógłby się załapać do szerokiego repertuaru Kultu. Z kolei balladowo-miejski charakter "Lato w mieście Łódź" przyprawia o skojarzenia z Waglewskim albo Maleńczukiem (albo z jednym i z drugim w duecie). To tylko takie najbardziej wyraziste przykłady - ciekawe rozwiązania różnej maści wykorzystywane są tu jeśli nie w każdym, to na pewno w co drugim utworze. Mroczne numery stoją tu w opozycji do tych kilku radosnych, funkowych bomb, które - swoją drogą - w większości są kompletnie niepotrzebne, ponieważ trochę psują koncept i klimat budowany przez przewijające się co chwila skity.

I co, to wszystko? A gdzie tam! Zeus robi również niezłych popłoch, korzystając z mikrofonu. Co ważne, raczej nie rozprawia nad swoim życiem, nad swoją naturą i nie bierze się za opowiadanie historii, które przeżył na własnej skórze. Przybiera za to liczne role, w które wciela się niczym zawodowy aktor. Słuchacz poznaje więc Zeusa-detektywa, Zeusa-psychola zabijającego miłość swojego życia lub... Zeusa-asteroidę. Czasem tylko odegra się na hejterach (no dobra, nie "czasem", a w paru utworach - jeden by spokojnie wystarczył), ew. opowie o swoim zafascynowaniu Japonią (całkiem niezrozumiała dla mnie, ze względu na moją ignorancję w tym temacie, "Sayonara!") lub przedstawi swój stosunek do osiedlowej przemocy ("Nie brak chętnych na wojnę, co to, to nie / A pradziadkowie przewracają się w grobie, bo mieli dwie / Matka uczyła mnie widzieć dobro w człowieku / A ja pytam się: po co mi to w średniowieczu?"). Co więcej, ten szeroki wachlarz tematów poruszany jest w sposób, którym gardzi 99% polskich raperów. Flow Zeusa jest tu "zmienne". Wersja bliższa prawdy: Zeus operuje tu kilkoma, różnymi flow, których używa na zmianę, w zależności od potrzeb. Robi to wrażenie, zwłaszcza jak się pomyśli, gdzie był Zeus jeszcze 3 lata temu oraz jak wygląda, pod tym względem, reszta rodzimej sceny, za wyjątkiem kilku ogarniętych typów.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się czegoś takiego. Zeus nie poszedł za przykładem swojego kolegi z osiedla i nie nagrał trzeciej, takiej samej płyty. Nowy album łodzianina jest inny, interesujący, zajmujący. Cenię artystów, którzy potrafią pójść pod prąd i zrobić coś świeżego. Nawet wtedy, gdy tu i ówdzie podwinie im się noga. Bo trzeba nadmienić, że "Zeus, jak mogłeś?" nie jest płytą idealną. Są tu utwory, których mogłoby nie być, bez których ten album byłby lepszy. Co nie zmienia faktu, że przez swoje nowatorstwo, kilka eksperymentalnych rozwiązań, najnowszy materiał Zeusa póki co jest - obok "Kandydatów na szaleńców" Mesa - najciekawszym, hip-hopowym wydawnictwem tego roku. Kto wie, może tak pozostanie?

Gustoprześwietlacz: Dekiel

Dekiel, czyli ten od słoika i jego bezguście:

Szybka reakcja "zapracowanego" człowieka, czyli tworzenie listy jakieś 15 min po tym jak wróciłem z pracy... Uzależnienie od komputera, taaa... Macie (kolejność bez znaczenia):

Lionrock - Rude Boy Rock


Hmm, dobre wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa. Tę piosenkę usłyszałem po raz pierwszy w "FIFIE '99", wtedy też stałem się wielkim maniakiem tej serii.

Beastie Boys - Intergalactic


Wyobraźcie to sobie: podróż do Witnicy Oplem Zafira, Rudy za kierownicą, z głośników pobrzmiewa "Unplugged" Kultu... Czekajcie, to nie ta historia. Chociaż źdźbło prawdy w tym jest. "Boysy" były już podczas popijania piwa witnickiego w posiadłości Anny Ż. Miałem na sobie szary dres, ortalionową, fioletową bluzę i pożyczoną od Wrotki skóropodobną kurtkę. Wszystko mówi samo za siebie.

Paktofonika – W peunej gotowości


Może trochę przesadziłem z zagmatwaniem opisu piosenki powyżej, więc teraz krótko – "mógłbym napisać jak niebezpiecznym jest paktem – Paktofonika".

Pelzone - Kochana Mamo


Niedługo 26 maja – dzień matki, tak trochę świątecznie. Poza tym, ten kawałek powstał na moim rodzimym osiedlu, więc wielkie pozdro dla Pelzone!

Status Quo - In the Army Now


Powoli robi się trochę dziwnie, ale co tam. Historia tej piosenki w moim życiu nie jest jakaś stara i wspaniała. Wyglądała tak, że wracając lekko pijanym z miasta z Wrotką zaczęliśmy ją sobie nucić, a że humory nam dopisywały to nie brzmiała ona jak oryginał, a raczej coś w stylu "Ty jesteś w Narnii nał...". Resztę wyobrażajcie sobie sami.

The Prodigy - Warrior's Dance - uncut


A to, aby PODKREŚLIĆ, jak bardzo nie mogę doczekać się Woodstocku.

Dub FX - Flow feat. Woodnote


Jak już jesteśmy przy kostrzyńskiej imprezie... 2009 r. – to był mój pierwszy raz! Wtedy to usłyszałem na żywo zajebiste wykonanie m.in. tej piosenki.

Gentleman - Empress


Dżentelmenami zostałem zarażony przez Górka, chyba nic więcej nie muszę dodawać.

Małpa - Nie byłem nigdy


Chyba każdy tak ma, że jak jest jakaś "mądra" piosenka to mówi" "Tak, tak ona jest o mnie, o moim życiu...". Hmm, właściwie w każdej piosence można coś takiego znaleźć. Tak naprawdę, to... kurde nie wiem co chciałem napisać. Haha!!

Example - Changed The Way You Kiss Me


Na koniec troszeczkę mocniejsze brzmienie, trochę dubstepu. Piosenka bodajże podesłana przez studentkę z Poznania – Martę, która wisi mi jeszcze urodzinowe piwo.

Lionrock - zajebisty numer, nie mam nic więcej do dodania. Beastie Boys - klaaaaaaaaaaasyk! Nic za to nie rozumiem z przedstawionej przez Ciebie histori... ;-) Paktofonika - Magik umarł. Serio. Nudny utwór. Pelzone - intencje super, wykonanie średnie, jeśli nie słabe. I co z tego, że z "Piasków". Status Quo - pierwszy raz słyszę. Podoba mi się. The Prodigy - jest trochę rozpierdol. Dub FX - dobre, dobre! Nawet bardzo. Gentleman - z cyklu: kolejny powód, żeby pojechać na Woodstock. Fajnie śpiewa. Małpa - wiadomo, że propsuję, nie mógłbym inaczej. Example - nie lubię tego całego dubstepu chyba...

Kazik vs. Internet

Od dobrych paru lat słyszę, że Kazikowi coś się pomieszało w główce, że stare przeboje starymi przebojami, że poglądy poglądami, ale na punkcie własnej osoby zasadniczo trochę mu odjebało. Że Kazik się skończył. Co rusz próbowałem udowodnić, że wciąż to zajebisty koleś, że na koncertach daje z siebie 100%, że dwie ostatnie płyty Kultu ("Hurra" i "MTV Unplugged") to naprawdę całkiem przyjemne rzeczy. Niestety powoli dochodzę do wniosku, że jednak miarka się przebrała i z dalszym bronieniem jego osoby koniec.

Najpierw była sprawa z blogiem, "blogiem konsumenckim". Już nawet nie pamiętam dokładnego adresu. W każdym razie prowadzi go dziennikarz z "Gazety Wyborczej", który postanowił zatytułować swoje miejsce w sieci cytatem z "Konsumenta" Kultu. Nie wiem, po ilu latach ktoś z otoczenia Kazika to zauważył, mniejsza o to. Straszono sądem. Dziennikarz nazwę bloga zmienił, ale sprawę nagłośnił.

Na Kazika rzecz jasna posypały się gromy. Główny zarzut odnosił się do tego, że Kazik sam, jako wykonawca, autor tekstów i producent muzyczny, dopuszcza się (lub w przeszłości dopuszczał się) wykorzystywania cudzej wartości intelektualnej, cytując, przeinaczając, samplując. Czy Staszewski kiedykolwiek dał jakieś pieniądze Zbigniewowi Derdziukowi za użycie jego słów w piosence "No speaking inglese" ("Nie mogę nic zrobić, muszę zawieźć wódkę tatowi!")? Wiadomo, że nie. Głupi to i naciągany przykład, ale dość dobrze obrazuje, o co chodzi osobom zarzucającym Kazikowi hipokryzję.

Kazik, gdy zorientował się, jakie piekło wybuchło w sieci, od sprawy się odciął. Mówił, że umywa ręce, że to prawnicy go wymanewrowali, że nie wiedział o tym, iż sprawa jest aż tak błaha. - No spoko. - pomyślałem. - Pewnie ktoś z jego otoczenia wyniuchał łatwą kaskę, ale się srogo przeliczył. To nie wina Kazesa, cholera jasna, że wokół sławnych, w miarę bogatych ludzi zawsze krąży wataha wilków, próbując odgryźć kawałek ichniego majątku dla siebie.

Tyle że czasu wiele nie minęło, a rozpętała się kolejna bitwa z cyklu Kazik vs. Internet. Co gorsze, tym razem nie chodziło tu o jakiś blog traktujący o niezwiązanej z twórczością Staszewskiego dziedzinie. Syn Stanisława doprowadził do zamknięcia najlepszej, najbardziej rzeczowej i najbardziej aktualnej strony internetowej o nim samym: staszewski.art.pl. Poszło o to, że administrator witryny zarabia na jego nazwisku, reklamując produkty, na których reklamowanie swoją twarzą Kazik nie wyraża zgody. Na treść reklam kontekstowych Google'a nie ma się jednak wpływu, to po pierwsze. Po drugie, i tak zarobek z tych reklam pewnie nie był kolosalny. Kiedy policzy się różnego rodzaju koszta jak utrzymanie serwera bądź zwykłą pracę włożoną w wieloletnie prowadzenie strony, to szybko zrozumie się, że administrator za swoją niemałą robotę otrzymał co najwyżej grosze, o ile do całego, "bezinteresownego interesu" nie dołożył.

Tutaj już Kazik dołączył do pyskówki, która początkowo przebiegała między managerem Staszewskiego, Piotrem Wieteską, a administratorem strony. Nic w niej nie jest ani czarne, ani białe. Wątek facebookowo-rodzinny to w ogóle dramat. Może się wydawać, że każda ze stron ma coś w tym całym galimatiasie za uszami. Że to nie jest 100% wina Kazika, że również administrator strony nie ma czystego sumienia. No, tyle że to wyłącznie domniemania.

Ale nie o to chodzi. Miarka się przebrała. Atakować kolesia, który przez wiele lat, w dodatku za darmo, tyra na Twoją popularność w Internecie? No way.

Nie będę się bawił w żaden bojkot Staszewskiego. Za bardzo cenię i lubię jego twórczość. Pewne jest to, że kupię jego następną płytę, że wybiorę się na kolejny jego koncert w pobliżu, że na jakiejś następnej imprezie będę śpiewał "Polskę". Ale już nie muszę udowadniać, że Kazik się nie skończył.

Bo, szczerze mówiąc, teraz to już nie wiem, czy się skończył, czy nie.

Gdyby gwiazdy Eurowizji były pocztem królów polskich

Tekst powstał z myślą o wszystkich komandosach, którzy jutro na maturze zdają historię na poziomie rozszerzonym. Pełen szacun dla tych wszystkich mózgowców i kujonów. Gdybym Was miał do kogokolwiek przyrównać, to najpewniej padłoby na japońskich kamikadze. Macie odwagę nie mniejszą od tych, co "umierają szahidem". Specjalnie dla Was przygotowałem, co by się tak nie odrywać zupełnie od tej historii, nowy poczet królów Polski. Miejsce doskonale znanych Wam (mi niekoniecznie) władców zajęły największe gwiazdy Eurowizji - najważniejszego muzycznego konkursu w całej Drodze Mlecznej, którego walory artystyczne przeważają nawet dzieło Jarosława Kaczyńskiego, pt. "Raport o stanie państwa".

To jedziemy z tym koksem, na potęgę posępnego czerepu!!!

Władysław Górniak Jagiełło
Jak pisał polski historyk, Paweł Jasienica: "Władysław Jagiełło miał skłonności do przemędrkowywania". Niektórzy pamiętają, że przez jakiś czas zdanie to było hasłem przewodnim tego bloga. W sumie do dziś nie wiem dlaczego. W każdym razie, trudno nie odnieść wrażenia, że spore skłonności do przemędrkowywania wykazuje również autorka najlepszego wykonania hymnu, Edytka "to wina koreańskiej orkiestry" Górniak. Normalnie tego nie robię, ale wpadłem na Plotka i Pudelka, aby jasno zobrazować, czym to jej przemędrkowywanie zazwyczaj się kończy. Przykład pierwszy: Nasza gwiazda chce, aby powstał o niej film - komedia obyczajowa bez żadnego science-fiction. Przykład drugi: Edytka poważnie zastanawia się nad zaśpiewaniem dla Lecha Kaczyńskiego. Przykład trzeci: ...oraz nad wykonaniem hymnu podczas otwarcia Stadionu Narodowego. Przykład czwarty: Górniak staje się hipsterką. Przykład piąty: ...no i weganką. Przykład szósty: Przemędrkowywanie Edyty doprowadza do tego, że romansu z nią musi wypierać się... Aleksander Kwaśniewski. Okej, starczy. Swoją drogą, miała skłonności do przemędrkowywania również wtedy, gdy nie była jeszcze wielką gwiazdą. Przemędrkowała bowiem tak wybitnie, że na III klasie Technikum Ogrodniczo-Pszczelarskiego postanowiła zakończyć swoją edukację. I nie przystąpiła do matury. A Wy, historyczni komandosi, do matury przystępujecie. Ba, istnieje nawet prawdopodobieństwo, że ją zdacie! Tyle że Edytka ma pieniądze i sławę, a Wy zawsze możecie jeszcze skończyć, układając pudła w Tesco.

Jan ABBA Kazimierz
To przerażające, że nie słuchając radia i nie oglądając telewizji, zewsząd jestem atakowany ABBĄ. A jak już ABBA zamilknie, to wtedy zazwyczaj, z oddalonego o jakieś 50 metrów kościoła, rozbrzmiewa chóralne "Abba Ojcze". I jak tu uwolnić się od tego gówna (inaczej tego nie nazwę, sorry)? Powiedzcie mi proszę, czy to tylko bajki mi na polskim wykładają, że Andrzej Kmicic i dzielni zakonnicy zatrzymali szwedzki potop na Jasnej Górze? Czy może jednak szwedzcy oprawcy zalali całą Rzeczpospolitą i rozpierzchli się po całej Europie i świecie? A może ABBA to taki szwedzki odwet za XVII-wieczne niepowodzenia? Może. Jan Kazimierz ze Szwedami niby wygrał, ale później abdykował, a następnie wyjechał do pracy do Paryża, gdzie zmarł. Porównując jego miejsce pochówku (Saint-Germain-des-Pres, nieco mniej fame'owy kościółek niż Notre Dame czy bazylika Sacre-Coeur) do Wawelu, to trzeba przyznać, że sporo stracił. Zwłaszcza biorąc pod uwagę kolegów z krypt. Miejmy nadzieję, że "nieśmiertelne" przeboje ABBY też w końcu abdykują, wyjadą na Madagaskar i zamiast spocząć w jakiejś *Alei* tudzież *Promenadzie Gwiazd*, popadną w zapomnienie.

Michał Massiel Korybut Wiśniowiecki
Hiszpanka zaśpiewała na Eurowizji piosenkę "La, la, la". Równie dobrze mogłaby wykonać "Wlazł kotek na płotek" lub "Nie jesteś raperem, jesteś hejterem". Dlaczego? Bo niezależnie od poziomu tego wykonania, wszyscy i tak zapamiętaliby jedynie głupi tytuł. A co łączy się ze słowem "głupi" i ze zbitką "król Polski"? Michał Korybut Wiśniowiecki. Tak przynajmniej odpowiedzieli wszyscy znani mi histe- i historycy, których zapytałem o najbardziej debilną koronowaną głowę znad Wisły. Mieli chyba rację, bo jak mówi Wikipedia: "Michał Korybut Wiśniowiecki oceniany jest jako zły władca: zachowane do naszych czasów źródła ukazują go jako gnuśnego, strachliwego, żądnego władzy, bez umiejętności politycznej, a choćby wojskowej swego ojca, przypadkowego władcę z woli tłumu". Ciekawe, prawda?

Bolesław Lordi Krzywousty
Finowie z Lordi to bez wątpienia najbardziej krzywouste gwiazdy Eurowizji ever. Ba, są nawet bardziej krzywouści od Bolka Krzywoustego. Śmiało można też stwierdzić, że zespół Lordi to najbardziej odjechana kapela, która kiedykolwiek zagrała na Eurowizji. Ciężko jednoznacznie ustalić, czy Bolek Krzywousty był najbardziej odjechanym królem Polski w historii. Nawet nie jestem w stanie zadecydować, czy był najbardziej odjechanym z Piastów. Warto jednak podkreślić, że co jak co, ale Bolek Krzywoustek miał parę odjechanych pomysłów. Pierwszy: spłodził gromadkę następców tronu. Okej, rozumiem, był z niego chłop jurny niczym Waldemar Pawlak (panie Waldku, pan się nie boi!), ale dobry władca myśli o sukcesji! - To nie problem! - pomyślał i wpadł na drugi z odjechanych pomysłów: spisał testament. I w tym testamencie zawarł trzeci odjechany pomysł: rozdarł Polskę na części wiele, jako to i w dzisiejszych czasach się dzieje - Rzeczpospolitą rwą między sobą Szwaby, Ruskie, Hamburgery, Syjoniści i Komuniści, a prawdziwa, katolicka Polska w mękach musi znosić to upokorzenie. A tak na poważnie, jak dobrze wszyscy historyczni komandosi wiedzą, podzielnicował Polskę między swych synów, co odbiło się na sytuacji kraju znacznie gorzej niż występ Lordi na Eurowizji. Po zwycięstwie Finów żaden Łokietek nie musiał jednoczyć Finlandii, a co najwyżej rośli Sześćipółłokietkowie strzelili sobie po połówce. Finlandii, a jakże.

Bolesław Celine Chrobry Dion
Zanim przejdę do porównywania Celine Dion do Bolesława Chrobrego pragnę zakomunikować: tak, Celine Dion wzięła udział w Eurowizji. Ba, nawet ją wygrała. - To ona nie jest Kanadyjką? - mógłby ktoś spytać. Jest, ale jaka w tym przeszkoda, żeby reprezentować Szwajcarię? Szczerze mówiąc, zawsze myślałem, że duża. Jak jednak widać, Eurowizja rządzi się jeszcze bardziej pokręconymi prawami niż ustrój Szwajcarii właśnie (zdawałem WOS, to wiem, czym jest ustrój parlamentarno-komitetowy, dziwko). Co ma wspólnego autorka "My Heart Will Go On" z Bolesławem Chrobrym? Cóż, Zjazd Gnieźnieński był trochę jak Titanic. Niby wszystko fajnie, Bolek Chrobry spędza miłe chwile na dziobie statku z Ottonem III, dzierżąc w ręce włócznie św. Maurycego i odstawiając różne inne harce, a tu klops, bo góra lodowa, bo niemiecki cesarz kopie w kalendarz z takim zapałem, że jego następca okazuje się całkowicie antypolski. Swoją drogą, mało kto wie, że jeden z "dalekich wnuków" Chrobrego, niejaki Mieszko Stary, urodził się dokładnie - nie licząc daty rocznej - miesiąc przed katastrofą Titanica! I co, że niby to jest przypadek? To może Ty, Drogi Czytelniku, też urodziłeś się przypadkiem, co?

Kazimierz Ich Troje Wielki
Pewnie Was dziwi to porównanie. W końcu Kazimierz Wielki uważany jest - jak mniemam całkiem słusznie - za jednego z najznamienitszych polskich władców. Ceniony wyżej niż Pakt Stabilizacyjny (dla tych co nie pamiętają: Kaczor+Andrzej+Roman z błogosławieństwem Ojca Dyrektora) i z zarostem bardziej srogim niż krzyżówka Adama Małysza, Gimliego i Świętego Mikołaja. A Michał Wiśniewski ze swoim zespolikiem? Niechciany, nielubiany, wyszydzany. Może dlatego, że ten czerwonowłosy koleś zastał Polskę murowaną, a zostawił drewnianą. Zastał Polskę spowitą muzyką doskonałą - Chopinem, jazzowymi wymiataczami i rockowymi oraz punkowymi zespołami z lat 80. Zostawił - no cóż, głuchą. Popularność Ich Troje z początku pierwszej dekady XXI wieku to właśnie taki milowy krok wstecz - i wcześniej rodziły się takie potworki, ale pierwszy raz taki potworek zyskał mega popularność na kilka ładnych lat. I właśnie dlatego Michał Wiśniewski do roli Kazimierza Wielkiego pasuje najlepiej. Milowe kroki to ich specjalność. A już w którą stronę są one wykonywane, to całkiem inna bajka...

August III The Jet Set
"Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa". Czyli, że czas na zabawę - "Time To Party", rozumiecie? Co jeszcze łączy Augusta III Sasa z The Jet Set? Pomyślmy... Aleksandra "Sasha" Strunin urodziła się w Sankt Petersburgu, David Junior Sereme w Anglii, a August III Mocny w Dreźnie. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że cała trójka z Polską ma tyle wspólnego, co gołąbki (mięsno-ryżowe nadzienie owinięte liściem kapusty) z gołębiami pocztowymi (takie ptaki). Jednak cała trójka robiła w Polsce pewnego rodzaju biznesy w branży rozrywkowo-obrzydzającej życie (The Jet Set) lub politycznej (August III Sas vel Fryderyk August II). Swoją drogą, może tego nie wiecie, ale przedostatni król Polski sentencję "jedz, pij i popuszczaj pasa" wziął sobie do serca. Był taką baryłą, że przylgnął do niego przydomek "otyły". Kto wie, może ważył nawet więcej niż Sasha Strunin i David Junior Sereme razem wzięci?

Gali Atari Walezy Milk and Honey
Żydzi śpiewają "Alleluja". Czy tu kogoś zdrowo pokurwiło, cholera jasna? Alleluja, chwalmy Pana! Na naszym świecie źle się dzieje, koledzy! Niedługo muzułmańscy ekstremiści zaczną wielbić Mahatmę Ghandiego, chińscy komuniści wybiorą na prezydenta Dalajlamę, a socjaliści będą chcieli uczyć świata tolerancji do pedałów (- Halo, Leszku? A tak, to Twoje). Umówmy się, widok śpiewających "Alleluja" Żydów rodzi pewne pytania: Czy oni aby na pewno wiedzą co robią? Czy nie są oni przypadkiem z innej parafii? Czemu nie poszli na całość i nie zaśpiewali czegoś w rodzaju: "Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest Jego prorokiem"? I to najbardziej fundamentalne: Dlaczego w NBA grają sami czarni? Pomijając jednak kwestie równouprawnienia białych w zdominowanym przez Afroamerykanów sporcie i wracając do tej "innej parafii": Co z tym Henrykiem Walezym? Ano, on w żadnym wypadku nie należał do naszej parafii. Wybitnie nie skumał polskiego klimatu, polskiego stylu uprawiania polityki, polskiej myśli szkoleniowej... Całe szczęście, potrafił przeciwstawić się błędnie podjętej decyzji, czego nie umie zrobić 99% współczesnego społeczeństwa. Wziął nogi za pas i uciekł tam, skąd przybył. Tam gdzie żaby zimują. W lodówkach, na stołach i w żołądkach.

Edytka August Poniatowska
Stanisław August Poniatowski chciał dobrze. Przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Inwestował w kulturę, organizował Obiady Czwartkowe, za jego rządów uchwalono Konstytucję 3 Maja. Wydawałoby się, że był z niego super król. A jednak to za jego panowania Polska przestała istnieć. Część historyków pewnie powie, że trochę to wina Stacha. Że niby kochanek rosyjskiej carycy, że trochę z niego jednak Targowiczanin. No i Edytka, która - ze względu na swoją absolutną wyjątkowość - po raz drugi pojawia się w tym artykule, także chciała dobrze. Zajęła drugie miejsce na Eurowizji i chciała zrobić karierę. Zrobiła, ale jako celebrytka. Jako piosenkarka roztrwoniła swój talent, nie wydała nic, w co człowiek by się pierw zasłuchał, a potem powiedział: "O kurwa, wow". Górniakowa chciała też dobrze zaśpiewać hymn Polski, a wyszło... Pozwólcie, że nie będę oceniał tej katastrofy, tylko przypomnę znany wszystkim przygnębiający obrazek:



Wybaczcie.

Człowiek XX i XXI wieku jako buntownik i indywdualista

Poniżej publikuję swoją prezentację maturalną - specjalnie dla Górka, który był bardzo zainteresowany tym, jak, omawiając temat zawarty w tytule wpisu, wykorzystałem utwory Kultu i Afro Kolektywu. Oczywiście na maturze to wszystko się mówi, leci z głowy, można się jedynie posiłkować planem ramowym i cytatami - napisanie wszystkiego ciągiem pomogło mi jednak w przygotowaniach. Nie jest to jakaś strasznie wnikliwa analiza, czuję i wiem, że można byłoby to zrobić dokładniej, lepiej, z większą dbałością o szczegóły. Wynik - 100% - świadczy chyba jednak o tym, że skumałem o co w całej tej ustnej maturze z polskiego chodzi.

Przedmiotem mojej prezentacji jest człowiek XX i XXI wieku jako indywidualista i buntownik. Omówię temat, odwołując się do: książek – "Rok 1984" George'a Orwella i "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya, filmów – "Gran Torino" Clinta Eastwooda i "American Beauty" Sama Mendesa oraz tekstów piosenek - "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego i "Alter" Michała Hoffmana i Marcina Matuszewskiego.

XX i XXI wiek jest okresem w historii, w którym bunt i indywidualizm jest najbardziej widoczny – również z uwagi na ukazanie obu tych postaw w dziełach literackich i filmowych. Żeby jednak móc omówić temat, powołując się na konkretne przykłady z literatury i filmu, należałoby zrozumieć, czym w istocie są obie te postawy. Wg zawartego w bibliografii słownika PWN bunt jest to każde działanie będące wyrazem niezadowolenia z czegoś i dążenia do zmiany, natomiast indywidualizm to poczucie niezależności, odrębności i dążenie do zachowania własnych, często odmiennych poglądów.

W tym miejscu mogę już postawić tezę swojej wypowiedzi, którą postaram się uargumentować w dalszej części mojej prezentacji. Dzieła literackie i filmowe prezentują człowieka XX i XXI w. jako indywidualistę i buntownika w sytuacji ograniczenia wolności i narzucenia norm zachowań.


W swojej prezentacji wyróżniłem trzy rodzaje buntu i indywidualizmu. Pierwszym z nich jest wyrazem sprzeciwu wobec panującego reżimu politycznego. Jako przykłady mogą figurować: książka "Rok 1984" George'a Orwella oraz utwór "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego.

George Orwell, a właściwie Eric Blair, sam był buntownikiem, o czym może świadczyć jego udział w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie "lewicowego radykalizmu". W 1949 roku wydano jego najgłośniejszą powieść – "Rok 1984", w której krytykuje i buntuje się przeciwko totalitarnym metodom sprawowania władzy, pokazując do czego może doprowadzić dalszy rozwój komunizmu w połączeniu z postępem technologicznym.

Głównym bohaterem powieści jest Winston Smith. 39-letni mieszkaniec Londynu, jednego z miast totalitarnego imperium Oceanii. Członek Zewnętrznej Partii, pracownik Ministerstwa Prawdy. Odczuwa narastający sprzeciw wobec totalitarnego reżimu i manipulacyjnej, kłamliwej propagandy. Jego bunt przybiera różne formy i stopniowo przybiera na sile:

- Początkowo w myślach buntuje się przeciw Partii, co i tak jest w Oceanii zbrodnią, tzw. myślozbrodnią. ("Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci, myślozbrodnia JEST śmiercią")

- Następnie, w największej tajemnicy, Winston zaczyna prowadzić sekretny dziennik, w którym pozwala sobie pisać obrazoburcze hasła (np. "Precz z Wielkim Bratem!").

- Najwyższym wyrazem buntu i indywidualizmu była jednak miłość Winstona do Julii. Miłość ta miała głównie podłoże fizyczne, co jest o tyle istotne, iż władze Oceanii zabraniały uprawiania seksu dla przyjemności. Próbowały go zohydzić na wszelkie możliwe sposoby, a symbolem tego zjawiska jest funkcjonowanie w Oceanii tzw. Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej. ("Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną.")


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu pojawia się także w utworze "Po co wolność" Kazimierza Staszewskiego. Powstał on w latach 80. XX wieku jako "Wolność". Przez długi czas nie był dopuszczany do obiegu przez PRL-owską cenzurę.

Utwór, co istotne, ma formę przemówienia. Parodiując charakterystyczny styl PRL-owskich przemówień, autor buntuje się przeciw społecznemu przyzwoleniu na ograniczanie wolności w zamian za umiejętnie dozowane przez władze przyjemności, dobra i przywileje. ("Wolność, po co wam wolność? / Macie przecież do pracy autobusy / Wolność, po co wam wolność? / I bezpłatny przydział spirytusu")

Co ważne, utwór nie jest jedynie wyrazem antykomunistycznego buntu, ale także buntu przeciw systemowi i rządom wszystkich państw świata, w których mniej lub bardziej ograniczana jest wolność obywateli. ("Z ludźmi, których kochasz / Rozmawiasz tylko listami / Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju / Tylko, dlatego że mieszkają w innym kraju / Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny / Na tym świecie każdy chce pieniądze i koncerny / Kilku frajerów rządzi świata tego polityką / Najpotężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką").


Bunt i indywidualizm może być także wyrazem sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku. Jako przykłady posłużą mi: książka "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya oraz filmy: "Gran Torino" Clinta Eastwooda i "American Beauty" Sama Mendesa.

Ken Kesey, podobnie jak George Orwell, sam był buntownikiem i indywidualistą. W 1959 roku wziął udział w programie CIA, podczas którego zażywał różnej maści środki psychodeliczne, z LSD na czele. Pobyt w szpitalu inspiruje go do napisania "Lotu nad kukułczym gniazdem" (książka została później zekranizowana przez Milosa Formana; film otrzymał 5 Oscarów).

Akcja powieści toczy się w szpitalu psychiatrycznym na oddziale, zarządzanym przez despotyczną Wielką Oddziałową. Pozornie spokojne życie na oddziale zmienia się nie do poznania, gdy trafia do niego Randle Patrick McMuprhy (w filmie wcielił się w niego Jack Nicholson) – rudowłosy 35-letni mężczyzna, wcześniej wielokrotnie karany za bójki, pijaństwo i szulerstwo.

McMurphy buntuje się przeciw traktowaniu chorych jako ludzi drugiej kategorii, stosowaniu wobec nich przemocy fizycznej i psychicznej oraz wykorzystywaniu ich przez Wielką Oddziałową. ("Bardzo dziwne to miejsce, w którym mężczyźni nie umieją się odprężyć, wybuchnąć śmiechem, bardzo dziwne jest też, że tak ulegają tej uśmiechniętej, umęczonej jędzy o zbyt czerwonych ustach i zbyt wielkich cyckach.).

McMurphy na wszystkie znane sobie sposoby stara się walczyć z ograniczeniami wolności w szpitalu. Przełomowym momentem okazuje się zorganizowana przez bohatera wyprawa na ryby, która pacjentom szpitala dała poczucie, że nie muszą się we wszystkim zgadzać i ciągle ulegać Wielkiej Oddziałowej.


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku pojawia się również w filmie "Gran Torino", w którym Clint Eastwood jest zarówno reżyserem, jak i odtwórcą głównej roli.

Aktor wciela się w postać Walta Kowalskiego – weterana wojennego, któremu właśnie zmarła żona. Walt nie pozwala, żeby jego syn wraz ze swoją małżonką "uśmiercili go za życia", wysłali do domu starców i zabrali jego majątek.

Buntuje się nie tylko przeciwko planom wyparcia starszego pokolenia przez młodsze. Buntuje się także przeciwko strukturze narodowościowej dzielnicy, w której żyje. On sam jest jedynym białym Amerykaninem w okolicy zdominowanej przez Hmongów (grupę etniczną wywodzącą się z Azji Południowo-Wschodniej), w których widzi odbicie Koreańczyków i Chińczyków, z którymi walczył podczas wojny w Korei.

Po poznaniu kultury i zwyczajów Hmongów Kowalski buntuje się przeciwko wykorzystywaniu tej azjatyckiej społeczności jako "kadry" do miejscowego gangu.


Bunt i indywidualizm jako wyraz sprzeciwu wobec stosunków społecznych panujących w danym środowisku pojawia się także w filmie "American Beauty" Sama Medensa. Brytyjski reżyser znany jest z krytyki amerykańskiego stylu życia. "American Beuty" było jego debiutem filmowym, który uhonorowano aż 5 Oscarami.

W filmie buntują się aż 4 postacie:

- Grany przez Kevina Spaceya Lester Burnham w wieku 42 lat postanawia odmienić swoje życie, stając się, na tle społeczności z amerykańskich przedmieść, prawdziwym indywidualistą i buntownikiem. Zwalnia się z pracy, której nienawidzi. Kupuje samochód, który zawsze chciał mieć. Pali marihuanę, którą zawsze lubił, ale której palenia zabraniała mu żona, której już nie kocha. Zaczyna też ćwiczyć, żeby przypodobać się ponętnej przyjaciółce swojej córki. Bunt Lestera Burnhama jest nie tylko wyrazem sprzeciwu wobec panujących stosunków społecznych, ale także wobec utraconej, już na zawsze, młodości.

- Carolyn Burnham buntuje się przeciw buntowi męża. Jej bunt przebiega jednak bardziej konwencjonalnie, mniej indywidualistycznie – wdaje się w romans z rywalem na rynku branży nieruchomości oraz myśli o zabójstwie nielojalnego męża (ostatecznie robi to kto inny).

- Jane Burnham przechodzi przez swój młodzieńczy bunt. Sprzeciwia się sztucznie kreowanemu życiu domowemu oraz aspiracjom seksualnym ojca względem jej przyjaciółki Angeli. Bunt Jane został rozbudzony przez Ricky'ego Fittsa, sympatię bohaterki.

- Buntuje się także Frank Fitts, ojciec Ricky'ego, Pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Wyraża swoje dezaprobatę na zastaną rzeczywistość, niezgodną z jego twardymi, konserwatywnymi poglądami. Bunt ten wyraża się poprzez surowe traktowanie żony i syna, a także poprzez zabicie sąsiada, głównego bohatera filmu.


Bunt i indywidualizm może być także bezrefleksyjną modą. Posłużę się tutaj utworem "Alter" Michała Hoffmana i Marcina Matuszewskiego.

Utwór jest tekstem piosenki grupy Afro Kolektyw, napisany i wykonywany przez Michała "Afrojaxa" Hoffmana oraz Marcina "Duże Pe" Matuszewskiego. Jest on krytyką współczesnych buntowników i indywidualistów, jakim mianem nazywa się alter- i antyglobalistów – grupę ludzi buntujących się przeciw jednemu ze współczesnych zjawisk, jakim jest globalizacja. W utworze podkreślana jest ich hipokryzja, anty- i alterglobaliści ukazani są jako ludzie, którzy pracują od 8 do 16 w tych samych ponadnarodowych korporacjach, przeciwko którym buntują się wieczorami i w weekendy, chodząc na pochody i manifestacje. W utworze obśmiewane są też postulaty alterglobalistów, które doprowadzono do absolutnego absurdu, tym samym podkreślając ich całkowitą nonsensowność. ("Wszyscy powinniśmy jeździć tylko rowerami, a autobusy powinny być na olej słonecznikowy")

Utwór jest więc szeroką krytyką tych, którzy na siłę starają się być indywidualistami poprzez bezrefleksyjny bunt. Dlatego też, punkt ten w żadnym stopniu nie zaprzecza postawionej przeze mnie na początku tezie, gdyż zaprezentowani w nim buntownicy i indywidualiści tak naprawdę nimi nie są.


Analizując postawy współczesnych buntowników i indywidualistów, doszedłem do dwóch wniosków:

Pierwszym z nich są prawidłowości związane z postawą indywidualizmu i buntu:
A) Bunt i indywidualizm są reakcją na nadmierny ucisk, ograniczenie wolności jednostki. ("Rok 1984")
B) Bunt i indywidualizm występują wtedy, gdy jednostka chce zmienić swoje życie bądź chce mieć wpływ na zmiany w życiu innych ludzi. ("American Beauty", "Lot nad kukułczym gniazdem")
C) Bunt i indywidualizm są lekarstwem na nudne, szare życie współczesnego człowieka. ("American Beauty")
D) Bunt i indywidualizm bywają zaraźliwe. ("Lot nad kukułczym gniazdem")
E) Bunt i indywidualizm nie zawsze są akceptowane przez otoczenie. Brak akceptacji na bunt i indywidualizm może wywołać reakcję buntu na bunt. ("American Beauty")

Drugim z wyciągniętych przeze mnie wniosków jest tragizm postaci indywidualistów i buntowników. Życie współczesnych buntowników i indywidualistów kończy się często tragicznie. Jednostki same poświęcają swoje życie dla konkretnych wartości lub w wyniku buntu i indywidualistycznej postawy to życie jest im odbierane.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie pracy bez zgody autora zabronione.

Bibliografia:

1. American Beauty [film], reż. Mendes Sam, [DVD], Imperial CinePix, 1999.
2. Gran Torino [film], reż. Eastwood Clint, [DVD], Galapagos, 2008.
3. Hoffman Michał, Matuszewski Marcin, Alter [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://litoslav.blogspot.com/2010/04/afro-kolektyw-alter-f-duze-pe-sowa.html
4. Kesey Ken, Lot nad kukułczym gniazdem, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1981, ISBN 83-06-00569-4.
5. Orwell George, Rok 1984, Mediasat Polad, ISBN 83-89651-68-8.
6. Staszewski Kazimierz, Po co wolność [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://staszewski.art.pl/teksty/index.php?id=wolnosc

1. Słownik języka polskiego, pod red. Bańko Mirosława, Tom 1, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007, s. 172, ISBN 978-83-01-15090-7.
2. Słownik języka polskiego, pod red. Bańko Mirosława, Tom 2, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007, s. 125, ISBN 978-83-01-15091-4.
3. Beb Conradino, Ken Kesey [online], [dostęp 26 lutego 2011[, dostępny w Internecie: http://www.magivanga.com.pl/page.php?75
4. Drabarek Barbara, Falkowski Jacek, Rowińska Izabella, Słownik motywów literackich, Warszawa, Wydawnictwo KRAM, 1998, s. 72-73, ISBN 83-86075-72-4.
5. Eliot Marc, Amerykański buntownik – Życie Clinta Eastwooda, Wrocław, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009, s. 315-319, ISBN 978-83-245-8931-9.
6. Gnoiński Leszek, Kult Kazika, Wyd. 1, In Rock Music Press, 2000, s. 64, ISBN 978-83-86365-39-5.
7. Kurpiewski Lech, Rebelianci z przedmieść, "Newsweek" 2011 nr 7, s. 80-81.
8. http://encyklopedia.pwn.pl/haslo.php?id=3870096 [online], [dostęp 24 października 2010], [antyglobalizm].
9. Makowiecki Andrzej, Słownik postaci literackich, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2006, s. 485-486, 706-707, ISBN 83-06-02757-4.
10. Mroczkowski Przemysław, Historia literatury angielskiej – Zarys, Wyd. 3 uzup., Wrocław, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo, 1993, s. 563-564, ISBN 83-04-04134-0.
11. Weiss Wiesław, Kult. Biała Księga, Wyd. 1, Warszawa, Kosmos Kosmos, 2009, s. 204-206, ISBN 978-83-926991-2-5.
12. Zarębski Konrad, Bunt żywych trupów [online], [dostęp 30 listopada 2010], dostępny w Internecie: http://film.onet.pl/recenzje/bunt-zywych-trupow,1,3838200,wiadomosc.html

Nowe Futuristen


Zespół, o którym pisałem tutaj i z którym rozmawiałem tutaj, parę dni temu wypuścił nowy singiel.

Choć "nowy" to chyba złe słowo, gdyż Futuristen po prostu jeszcze raz nagrało "Ręce w kieszeniach", numer znany z ubiegłorocznego "Dema". Co się zmieniło? Niewiele. Wokal jest mniej zajadły, buńczuczny, bezczelny, walczący. No wiecie, o co chodzi. Brzmienie zaś poprawniejsze, czystsze. Nowa wersja została nie tyle zagrana lepiej, co lepiej pod względem technicznym. Ja tego nie kupuję. Futuristen może nigdy nie byli brudni jak najprawdziwsze pancury (w końcu "kult elektryczności" mało się z tym kojarzy), ale trzeba jasno powiedzieć, że wcześniej byli jednak trochę skażeni tym punkrockowym brudem. Teraz niby też są, ale już jakby mniej. Dalej można krzyczeć: "PANKA GRAĆ, KURWA MAĆ!!!", tyle że trochę ciszej. Rozumiecie?

Część osób, które przesłucha nowe "Ręce w kieszeniach", pewnie powie: - Litu, no co Ty pierdolisz! Przeca tutaj punk jest wyczuwalny jak krowie placki na pastwisku! Puknij się w łeb barani, baranie jeden!

Tak, jesteście pewien swoich sądów? To sprawdźcie "stronę B" singla. Kawałek "System". To już jest całkowicie odmienna zabawa. Przez chwilę pomyślałem, że tak brzmiałoby "High Hopes" Pink Floydów, gdyby nagrano je współcześnie. Później zdanie zmieniłem, bo dostrzegłem jak wielki był ładunek obrazy majestatu we właśnie takim postawieniu sprawy. Prawda jest taka, że wykres funkcji starych rzeczy od "Futuristen" i wykres funkcji "Systemu" ma tylko jeden punkt wspólny. Prąd i elektronikę. Ten, można powiedzieć, ichni znak rozpoznawczy. Poza tym nowe oblicze - zamiast ciągłego napierdalania w pogo, machanie zapalniczką przerywane okazjonalnym rozpierdolem pod sceną.

"System" albo będzie punktem zwrotnym w karierze zespołu, albo wypadkiem przy pracy, albo czymś, czego moja głowa nigdy nie będzie w stanie pojąć. Czy mnie to cieszy? Z jednej strony nie, bo lubiłem to stare Futuristen. Ten wygar, moc, energię, pierdolnięcie. "System" już mnie tak nie jara. Ale z drugiej strony, chłopaki chcą się rozwijać, a chęć rozwoju i stawania się bardziej wszechstronnym przy jednoczesnym nie zdradzaniu przeszłości, *ideałów* i tym podobnych spraw należałoby z miejsca poprzeć, prawda?

Prawda. Także, mimo że jestem wewnętrznie rozdarty, nalegam, żebyście sprawdzili singiel:

DOWNLOAD

Letnie festiwale i koncerty, na które się wybieram albo które przynajmniej propsuję

Wakacje za pasem - moje zaczynają się 26 maja, a nieoficjalnie już 10 dni wcześniej. W zeszłym roku uderzyłem tylko na Przystanek Woodstock. W tym roku plany są bardziej odważne. Zobaczymy, czy uda się je zrealizować. Poniżej zapowiadam wydarzenia, na które się wybieram lub na których chociaż chciałbym się zjawić.

Hip Hop Arena - 17-18 czerwca - Łódź - CunninLynguists, Atmosphere, Dilated Peoples, EPMD i inni
To chyba jakaś nowość na festiwalowej mapie Polski. Nowość, a od razu z pierdolnięciem. Takie nazwy jak EPMD, Atmoshpere i Dilated Peoples fanom rapu zza Oceanu powinny być doskonale znane. Mnie one akurat wielce nie ruszają. Kiedy jednak doda się do wspomnianej trójki CunninLynguists, to z miejsca jestem gotowy do wyjazdu i w Łodzi koczuję pod samą sceną. A właściwie koczowałbym, gdyż akurat tego dnia gra w Polsce kto inny. Aha, żeby nie było, że na Hip Hop Arenie wystąpią jedynie murzyńce - pojawi się też cała śmietanka polskiego rapu. Śmietanka, czyli coś w stylu "największe gwiazdy + najgorętsze kąski ostatnich dni".

Orange Warsaw Festival - 17-18 czerwca - Warszawa - Jamiroquai, Moby, The Streets, My Chemical Romance, Skunk Anansie i inni
W Warszawie mini-konkurencja dla Open'era. Pod względem line-upu, nie atmosfery. Mnie przede wszystkim interesuję Jamiroquai, o którym na łamach tego bloga za wiele wprawdzie nie pisałem, ale trochę jestem jego fanem. Na chwilę obecną nie kojarzę tytułu żadnej z piosenek Jay Kaya, co nie zmienia faktu, że zeszłoroczna płyta była konkret, a i starsze przeboje bardzo mi się podobają. Lubię posłuchać po prostu. Ale na Orange Warsaw Festival też mnie nie będzie.

II Life Festival - 18 czerwca - Oświęcim - Matisyahu, James Blunt, T.Love i inni
Bo będę w Oświęcimiu, gdzie wystąpi Matisyahu - chasyd z Nowego Jorku grający mieszankę rapu, reggae i "czegoś jeszcze". Po jego koncercie oczekuję bardzo wiele, mimo że to nie on jest lansowany na gwiazdę II Life Festival. Tę etykiektę przylepiono Jamesowi Bluntowi, co dla mnie jest niezrozumiałe - nie znam w sumie twórczości Brytyjczyka, ale ze względu na symbolikę miejsca lepszy na "gwiazdę" wydawałby się ortodoksyjny żyd. No, ale chociaż Matisyahu zagra na końcu. Bilet już mam.

Get Ready 4 Open'er - 24 czerwca - Warszawa - Arcade Fire
Pojechałbym sobie. W końcu Arcade Fire to taki fajny zespół. Wysoka cena (144 PLN za płytę) w sumie nie odstrasza, ale samemu jechać nie będę. Julia, przemyśl to. Właściwie, to jeśli ktoś z Was też lubi Arcade Fire to niech też przemyśli, czy nie chciałoby mu się sypnąć flotą i wybrać się ze mną na Torwar...

Heineken Open'er Festival - 30 czerwca-3 lipca - Gdynia - Prince, Coldplay i inni
Jedyny taki festiwal w Polsce. Wiecie, że aż tak gwiazdorski line-up. W tym roku akurat średnio co mnie kręci. No, może poza Princem, ew. Coldplay. Dlatego się do Gdyni nie wybieram. Poza tym akurat 30 czerwca rozdają poprawiacze humoru w postaci wyników matur, a potem kręci się zabawa ze studiami. Także tego, podziękuję. Może kiedyś.

Przystanek Woodstock - 4-7 sierpnia - Kostrzyn n/Odrą - The Prodigy, Gentleman, Helloween, Dog Eat Dog i inni
Pojechałem w zeszłym roku po raz pierwszy i zachwyciłem się niepowtarzalnym klimatem. Nawet jeśli w tym roku line-up nie byłby tak przemocny, jak jest w rzeczywistości, i tak bym wybrał się do Kostrzyna. Fajnie jest na tym poligonie. A jeśli myślisz, że Woodstock to tylko "brudy" to spieprzaj na drzewo prostować banany, bo nie wiesz, co tracisz. Pojedź i zobacz, jak jest tam wspaniale.

Hip Hop Kemp - 18-20 sierpnia - Hradec Kralove - M.O.P., Looptroop Rockers, Ten Typ Mes, Parias i inni
Na to środkowoeuropejskie święto hip-hopu chciałem jechać już w poprzednich latach, lecz dopiero w tym roku organizatorzy Kempu dali mi motywujący do przyjazdu line-up. Looptroop Rockers. Wprawdzie Szwedzi zagrają wcześniej we Wrocławiu i Krakowie, to coś czuję, że kempowy występ będzie o tysiąckroć lepszy. Poza tym czaję się na zajebiste rzeczy, które mogę tam poznać i na wyjątkowy klimat, ponoć jedyny w swoimi rodzaju. Oby tak było!

Gustoprześwietlacz: Polichno

To chyba najbardziej popowa lista ze wszystkich. Ale zdarzają się też na niej fajne piosenki, naprawdę!

1. Justin Timberlake + Timbalanad - SexyBack


Młodzieńcza miłość. ^^

2. Ellie Goulding - The End


Poprawia mi humor i jakoś napełnia pozytywną energią. Prosta melodia i tekst dodają uroku.

3. Hurts - Better Than Love


Jak dla mnie genialny zespół i nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że tylko jedna piosenka im się udała.

4. Barcelona - Come Back When You Can


Soundtrack z serialu, już nawet nie pamiętam którego.

5. Adele - Turning Tables


Zaczęłam słuchać jej piosenek od niedawna i podoba mi się ta szczerość, z jaką śpiewa.

6. Eldo - Spacer


Geniusz.

7. Augustana - Boston


Kolejny soundtrack. Kiedyś to była moja ulubiona piosenka

8. Coldplay - The Scientist


Zbiera mi się na wspomnienia przy tej piosence.

9. Robert M - All Day All Night


Z całkiem innej beczki - Robert M.

10. Brodka - Kropki kreski


Najlepsze na koniec.

Timberlake - no nieźle się zaczyna. Nigdy nie lubiłem gościa i zdania nie zmienię. Ellie Goulding - a to fajne, naprawdę! Przyjemne takie. Hurts - nie podoba mi się. Barcelona - tym bardziej nie wiem, z jakiego to serialu. W każdym razie, daje radę. Adele - no, wreszcie coś, o czym mogę z całą stanowczością powiedzieć, że jest naprawdę dobre. Eldo - po pierwszych piosenkach tego tu się kompletnie nie spodziewałem. Miłe zaskoczenie. Dobry numer. Augustana - nudne. Coldplay - whoa, co za przebój. Kto zna, palec do budki! Robert M - to żart?! Brodka - dobry numer, serio.

Gustoprześwietlacz: Picia

to są różne style PICIA piwa, nie wiem, który z nich PICIA lubi najbardziej

W szkole nikt nie wiedział, czym Picia naprawdę żyje... No, może poza fotografią, wspinaczką i doprowadzaniem cudzych aut do ładu, porządku i blasku. A czego słucha? No cóż, tak zaskakującej (miejscami) "dziesiątki" jeszcze nie było...

Gdy Lite napisał do mnie z pytaniem, czy dorzucę się do bloga pomyślałem: Spoko, fajnie było poznać gusta znajomych i teraz i ja może coś pokażę. W miarę jak zacząłem myśleć, co mogę wrzucić, coraz głębiej grzebałem w pamięci i odkryłem piosenki, których dawno nie słuchałem. Ta lista jest bardzo osobista, jest przekrojem mojego życia, w którym zaszło wiele zmian - raz dobrych, raz nie. Teraz jak skończyłem ją pisać, czuję jak drgają mi palce, ta muzyka to Ja. Kolejność przypadkowa.

10. DJ Buhh, Tede, Kołcz, Kiełbasa - Na Wu


Klasyka do której lubię wracać. Stara dobra nuta z udziałem Kiełbasy którego brakuje mi w nowych produkcjach. Pierwsze naleciałości samochodowych nut z WJ, których teraz pełno. Zaczynało się dobrze, a jest najlepiej. Muzyka jak człowiek. Tedego poznałem w 2008 roku i mimo wielu głosów o komercjalizacji jego muzyki, współgra ona z osobowością, więc pozdrawiam hejterów z YouTube'a. :*

9. Jacek Kaczmarski - Mury


Wielki poeta. 100% jego muzyki dociera do mnie gładko, ciekawe odejście od ówczesnej rzeczywistości muzycznej

8. System of a Down - Atwa


Stare dobre czasy. Muzyka pięknego okresu mojego życia, silnych palców, wiedzy o świecie i łapania południowoeuropejskich słówek. Piękny kawałek na zniszczenie się.

7. Antonio Vivaldi - Zima


Najlepiej brzmi z rainymoodem, daje wtedy sprzeczne emocje. Słońce i deszcz to doskonałe połączenie.

6. Любэ - давай за


Kolejna muzyka młodości, dawno jej nie słuchałem, ale dzielnie trwa w odtwarzaczu. Pamiętam jak duża była moja agresja [WTF? - Lite], kiedy dowiedziałem się, że nie mogę jechać na ich koncert, bo jestem za młody. Teraz to co innego, z wytchnieniem czekam na kolejną wizytę w Polsce.

5. Shu-De
[KLIK]

Niestety niedostępny na YouTube, może dlatego tak mało znany. Shu-De to azjatycki przedstawiciel śpiewu gardłowego. Polecam kupić płytę. Wraz z kadzidłem potrafi wprowadzić na inny poziom świadomości.

4. Shakira - Did It Again


Nie będzie wielkim kłamstwem, jak napisze, że same teledyski nakręcają Shakirze fanów, ale to jej głoś robi swoiste 'raaawr' gdzieś głęboko w głowie.

3. Jama Zła - Wsadzę Ci Głowę Do Pralki


Jama Zła to bezkompromisowe dzieło dla dużych chłopców. Czysta prawda, która przyprawia każdą samicę o ból głowy, a te starszej daty o zawał. Feministki w sojuszu z amerykańskimi konserwatystami szkolą armię, która ma raz na zawsze skończyć z duetem nagiej prawdy.

2. Skins Theme


Zawsze czuję ukłucie w sercu gry to słyszę. Doskonały theme, w którym zawarta jest w zasadzie cała treść pierwszych części serialu. Serialu, który w wyniku zbiegu wielu okoliczności zmienił mnie w silny sposób.

1. Kraftwerk - The Robots


Młodość, słońce, góry - z tym mi się to kojarzy. Wielkie było moje zaskoczenie, że taka muzyka była tworzona w tych latach. Polecam całą płytę.

DJ Buhh - cienizna. Kaczmarski - wiadomo, że klasyk. Aczkolwiek nie wiem na ile jest to "odejście od ówczesnej rzeczywistości muzycznej". SOAD - fajny numer, podoba mi się. Vivaldi - no, muzyki klasycznej tu jeszcze nie było! I faktycznie, z rainymoodem brzmi genialnie. Lube - spoko, ale chujowa jakość na tym YT jest. Shu-De - no cóż, nie kupiłem płyty. Shakira - nie, nie, nie. Jama Zła - nie mogę tego słuchać, wybacz. Skins Theme - kojarzy mi się z całkiem przyjemnym, niekiedy śmiesznym, a niekiedy przygnębiającym serialem. Kraftwerk - znakomite!!! Sprawdzę kiedyś cały album, obiecuję.

Gustoprześwietlacz: Pako

na zdjęciu okap, od którego Pako wziął ksywkę

Idąc do szkoły, niósł plecak na obu ramionach, bo dbał, aby sylwetka w plecach nie była przekrzywiona. Czuł szacun do grona pedagogicznego, bo wie, że tylko pracując można dojść do czegoś. Uczył się pilnie, choć z kolegą Sienkim są młodzi, ani bogaci, ani piękni.

Jako, że ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu z powodu matury, matury i innych rzeczy typu matura, wolne chwilę poświęcam raczej na tworzenie muzyki niż jej słuchanie. Poniższa lista niekoniecznie przedstawia więc to, czego słuchałem ostatnio, jest to po prostu zbiór kawałków, które w jakiś sposób zapadły mi w pamięć.

Sugar Minott - Good Thing Going


Na początek trochę jamajskich rytmów - kawałek "Good Thing Going" Sugar Minotta, który w różnych odstępach czasowych wprawia w drgania membranę moich słuchawek/głośników. Wesoła melodia i zabawna mimika twarzy wykonawcy (zwróćcie uwagę, że brak mu górnej jedynki) to całkiem skuteczny sposób na małą poprawę humoru.

Notorious B.I.G. - Bullshit and Party


Jestem zagorzałym fanem Biggiego, nie mogło więc zabraknąć na mojej liście artysty tak dużego (można by nawet rzec ogromnego) formatu. "Party and Bullshit" to jeden z pierwszych kawałków jakie usłyszałem (obok "Juicy"). Co tu dużo mówić - charakterystyczny niski głos i grube, zadziorne flow nie pozwalają chyba nikomu przejść obojętnie.

Flying Lotus - Tea Leaf Dancers (feat. Andreya Triana)


Nie znam się za bardzo na tego rodzaju muzyce, jednakże lubię od czasu do czasu włączyć coś *wydziwnionego*, co, potocznie mówiąc, "lekko ryje banię". Link do "Tea Leaf Dancers" kiedyś wysłał mi znajomy (który sam również wykręca ciekawe rzeczy we Fruity Loopsie, można go posłuchać tu).

Pezet - Gdyby miało nie być jutra


Żywiołowe, wulgarne i z pierdolnięciem. Gdy słucham tej piosenki, mam ochotę wsiąść w furę i mocno napiąć ścięgno Achillesa prawej stopy, wciskając pedał gazu do samiutkiego końca. Może to dobrze, że nie mam jeszcze samochodu.

Jessie J - Price Tag feat. B.o.B.


Miły dla ucha głos i równie miła dla oka figura Jessie J sprawiły, że ta piosenka chodzi mi po głowie już od jakichś kilku tygodni. + Całkiem spoko nawijka tego typa.

Bob Marley - She Used To Call Me Dada


Uwielbiam ten kawałek. Znalazłem go w internecie, nie był on zamieszczony na żadnej płycie. Gdzieś czytałem, że żona Boba się nie zgadzała, bo jest to utwór poświęcony innej kobiecie, nie wiadomo jednak czy to prawda z tym niezgadzaniem się (w szczególności biorąc pod uwagę liczne romanse Jamajczyka skutkujące jego równie licznym potomstwem).

Red Hot Chilli Peppers - The Zephyr Song


Nie słucham nałogowo Red Hotów, ale bardzo wpadła mi w ucho melodia refrenu i dlategoż dzielę się.

Rootz Underground - Herb Fields


Wg mnie bardzo obiecujący, młody zespół. Jeden z niewielu takich, grający fajne, rootsowe reggae. Podoba mi się zarówno strona muzyczna, jak i głos wokalisty, co rzadko się zdarza. (Oprócz tego koleś ma spoko dredy).

2pac - Krazy


Wieczór+browar+joint+2pac+"Krazy".

Lucy Pearl - Don't Mess With My Man


Na koniec fajna, bujająca nuta z prawdziwie "czarnym" wokalem Dawn Robinson. Enjoy!

Słowem wstępu: uczyłeś się do matury? Serio? Dobre sobie. Sugar Minott - pozytywne, na pewno. Ziomek serio rusza się bardzo zabawnie. Ogólnie, na plus. Biggie - obiecuję, że kupię kiedyś jego płytę, bo dobre gówno, kurwa. Flying Lotus - od razu rozpoznałem, tożto Andreya Triana tu śpiewa! Muzycznie dla mnie troszkę przyciężkie, ale w sumie ciekawe i warte polecenia. A jak komuś ten wokal przypadł do gustu, to polecam obadać wyżej zamieszczony link. Pezet - whoaaaaaa!!! Mój ulubiony numer z "Muzyki Rozrywkowej". Jest moc, jest pierdolnięcie, jest serio ochota, żeby wziąć Matiza i wycisnąć tyle, ile z niego się da. No, ale Matiz nie ma nawet radia, więc... Jessie J - fajny numer, serio. A ten Bob Marley trochę nudnawy... Red Hoci - wiadomo, że lubię. Rootz Underground - zajebiste, zaiste! Tupac jest nudny, sorry. Lucy Pearl - nie podoba mi się.