Nieznane, a szkoda: Break Da Funk
Jest to właściwie wieloosobowy kolektyw. Jego trzon stanowią dwaj zajawkowicze: Ojciec Karol oraz DJ Spike (znany głównie z Siły Dźwięq - projektu współtworzonego z Kfiatem, którego domeną był rap na funkowych samplach). Tak jak wielu artystów z kręgów hip-hopowych poznali się w Punkcie, miejscu wręcz kultowym dla warszawiaków związanych z kulturą czterech elementów, gdzie przychodzono pofristajlować, popuszczać muzykę, powymieniać się umiejętnościami i doświadczeniem.
Od słowa do słowa przechodzą do wspólnego nagrywania muzyki i prowadzenia imprez. Po chwili dochodzi "odnoga" radiowa - zaczynają nadawać audycje w Radiu Jazz, następnie w Jazz Radiu. Dziś można ich usłyszeć w każdy czwartek o godz. 22 na antenie Radia Kampus. Jak podkreślają, są szeroko otwarci na muzykę. W szczególności inspirują się jednak funkiem i jazzem z lat 60. i 70., co uwydatnia się w każdym aspekcie ich działalności.
Debiut na wosku
W 2008 roku powstaje funkowa wytwórnia Funky Mamas and Papas, mająca swe korzenie w dla niektórych wręcz legendarnej oficynie hip-hopowej JuNouMi Records. - Zaczęliśmy rozglądać się za ciekawym materiałem do wydania - mówi Groh, jeden z założycieli FMAP - Wiedziałem, że Karol i Spike siedzą w funku, że grywają na b-boyowych imprezach, gdzie funk króluje. Jednak dopiero po kilku naszych rozmowach przysłali nam materiał demo, który uznaliśmy za godny wydania.
Tym sposobem w 2009 roku ukazuje się winylowa "siódemka" od Break Da Funk. Oba zamieszczone utwory wręcz kipią energią, dużo się w nich dzieje, a b-boye i b-girls z całego świata mogą przy nich wywijać wszelkie freeze'y, toprocki i dropy. Ale nie trzeba tańczyć breaka, żeby poczuć tę muzykę. Ktokolwiek tego nie słuchał, nóżka sama mu chodziła! Tym bardziej świetnie, że Ojciec Karol i DJ Spike zostawiają trochę miejsca dla instrumentalistów. Trąbka Sushkina, klawisze Kuby Galińskiego, bas Staszka Wróbla, gitara Artura "Boo-Boo" Twarowskiego, conga Jarka Kulika - bez nich nie byłoby tych dwóch utworów.
Kermit na czele rewolucji
Dwa lata później, ponownie we współpracy z Funky Mamas And Papas, wychodzi epka "Muppets Revolution", wydana już na standardowej, 12-calowej płycie winylowej. Tu Break Da Funk trochę bardziej sobie figluje, oferując materiał o wiele bardziej różnorodny, a przez to jeszcze bardziej zniewalający. Utwory z "siódemki" mocno przypomina jedynie "Kogucik (Super Cock)". Cała reszta to jedno wielkie kombinowanie - tytułowe "Muppets Revolution" ozdobiono wokalem Seana Palmera, dozą humoru i tekstem, który nuci się pod nosem; w "Knight Riderze" połączono funk z elektroniczną muzyką taneczną w sposób godny szalonego Łąki Łan; "Masz talerz" dalej buja, ale zaskakuje spokojem; natomiast singlowy "Kurator" to bardziej hip-hop z funkowym sznytem, niż breakbeat funk w czystej postaci, gdzie Kfiat z Siły Dźwięq rapuje, a Staszek Wróbel czyni cuda na kontrabasie, tworząc wyjątkowy klimat.
- Można tylko żałować, że "Muppets Revolution" nie wyszło dwa lata temu. Wtedy szum wokół tej ciekawej płyty byłby o wiele większy - gdyba Groh - Mam wrażenie, że czas funku znów przemija, by odrodzić się za kilka lat na nowo.
Co dalej?
Całe szczęście Karol i Spike ze złej koniunktury nic sobie nie robią i zapowiadają kontynuację działalności. Lada dzień światło dzienne ujrzą filmy z Muppetami wywołującymi miejską rewolucję - będą one dostępne na oficjalnej stronie Break Da Funk. - Mamy kolejne cztery numery ukończone, które na pewno będziemy chcieli wydać. Dalej myślimy nad projektem odnoszącym się do pościgowych filmów akcji w stylu "Brudnego Harry'ego" z Clintem Eastwoodem w roli głównej - mówi Ojciec Karol - Będziemy też dążyć do tego, żeby to wszystko przenieść na żywo. Jeszcze zobaczymy, czy w 100%, czy może nie tylko z użyciem żywych instrumentów, ale i sampli. Parę razy tak graliśmy - jest wtedy jeszcze większa energia niż przy zwykłych setach didżejskich.
Kolejne rzeczy od Break Da Funk zatem na pewno będą. Kiedy? Tego nie wiadomo, o sztywnych terminach nie ma bowiem mowy. Zanim więc pojawią się jakiekolwiek nowości, zachęcam do zapoznania się z nieznanym kolektywem. O nim powinno się mówić!
oficjalna strona | facebook | soundcloud | youtube
Na pół etatu - Materiał Biograficzny (2011)
Na pół etatu
Materiał Biograficzny
self-released, 2011
1.0
Materiał tak słaby, że - po zrobieniu klasycznych notatek po kilku odsłuchach - postanowiłem nie marnować czasu na pisanie recenzji. Wrzucam tylko moje zapiski, które z profesjonalizmem i rzeczową argumentacją nie mają za wiele wspólnego. Co z tego, skoro wyraz "NUDA" streszcza właściwie wszystko?
Nieznane, a szkoda: ManuFUNKtura
4 lata wstecz, Kościan pod Poznaniem. Koło 25 tysięcy mieszkańców, 4 przedszkola i tyle samo zespołów szkół. W tych warunkach zawiązuje się ManuFUNKtura. I na dobrą sprawę nic z tego konkretnego nie wynika. Ot, w rzeczonym Kościanie regularnie odbywają się próby.
Sytuacja zmienia się w 2010 roku, kiedy to krystalizuje się skład zespołu. Pozwala to na przygotowanie materiału, z powodzeniem wykonywanego podczas tych kilku koncertów w Wielkopolsce (prócz Kościanu, Kalisz, Leszno, Gorzów i, wreszcie, Poznań). Pozwala też na zarejestrowanie sześciu utworów w Karlin Studio w stolicy Pyrlandii i wypuszczeniu ich do sieci w formie epki "Funky MUSK".
Szkoda, że jest to wydawnictwo słabo oddające pazura ManuFUNKtury. Głównie z uwagi na śpiew Magdy Michalak, który momentami kłóci się z melodią, co niekoniecznie każdorazowo dyktowane jest jej wokalnymi fanaberiami. Wystarczy odwiedzić stronę internetową Karlin Studio, żeby przekonać się o tym, że wysoki standard, bogate referencje i projekty uznanych artystów na koncie to raczej nie są. Jasne, lepsze to niż warunki domowe. Wychodzę jednak z założenia, że w słabym studio świetna płyta może i powstanie, ale z wielkim mozołem. To, plus oczywiście brak większego doświadczenia członków zespołów, prawdopodobnie spowodowało, że na "Funky MUSK" ManuFUNKtura wypada znacznie gorzej niż na żywo.
Bo podczas koncertów radzi sobie całkiem nieźle, zawsze sprowadzając na parkiet rzeszę fanów funkowych rytmów. Dobrą rekomendacją jest druga nagroda publiczności Lizard King Festivalu z 2011 roku. Ba, sam mogę potwierdzić wysoką formę koncertową zespołu! 2 grudnia ManuFUNKtura zagrała w The Dubliner Irish Pub w Poznaniu.
Miejsce niewiele, a ludzi sporo. Nieistotne. Ważne, że większość się buja, klaszcze, bawi się dobrze. Co więcej, to nie kolejny, zwyczajny występ ManuFUNKtury, a wydarzenie nieco wyższej rangi - premiera pierwszego teledysku zespołu ("Chodź na parkiet"). Niby underground, a jednak z pompą. W dodatku nieprzesadzoną, gdyż klip należy zaliczyć do tych "fajnych, z pomysłem". Na planie bite 50 osób, z czego grubo ponad połowa nie ma skończonych siedmiu lat. Efekt może nie powalający, ale zadowalający już jak najbardziej.
I co dalej? Magda Michalak (wokal), Jędrzej Weber, Maciej Pawlak (obaj gitara), Maciej Ratajczak (gitara basowa) i Kuba Rystwej (perkusja) bynajmniej nie zamierzają składać broni. Jeszcze w kwietniu wejdą do studia w celu zarejestrowania singla, który ma być zajawką płyty długogrającej. Jej nagranie planowane jest z kolei na styczeń 2013 roku.
Lubię funka. ManuFUNKtura też. Dziś nieznani, a szkoda. Ale nie dlatego, że już teraz ich muzyka stanowi klasę w sobie. Do tego, jak wspomniałem we wstępie, daleka droga. W funky z Kościana wyczuwam jednak spory potencjał. Pytanie, czy zostanie on wykorzystany?
Więcej:
soundcloud | facebook
Blogerzy dla WOŚP
Blogerzy też działają dla WOŚP. Na Facebooku zawiązała się akcja, której współtwórcą jest Maciej Mazurek, czyli Zuch - jeden z prześwietlonych przeze mnie w swoim czasie blogerów.
Wszystkich czytających mnie blogerów zachęcam do wystawienia czegoś na aukcję. Najlepiej czegoś, co związane jest z blogiem.
Mi nie udało się znaleźć żadnego rarytasu. Wystawiam więc rzecz małowartościową, którą otrzymałem w prezencie wraz z wczorajszą przesyłką z AsfaltShopu - singiel "Part Time Shine" duetu The Jonesz (Patr00 i Jesse Maxwell). Pewnie nie pójdzie za jakąś wygórowaną kwotę, ale każdy grosz się liczy.
Licytujcie i kupujcie. Wspomóżcie dzieciaki i ich mamy.
Wielowątkowy i nieciekawy post z listonoszem Krzysztofem w tle
Na mojej ośce (jestem teraz ziomem z bloków, więc tak mówię) w Poznaniu listy roznosi listonosz Krzysztof (swoją drogą, nigdy typa na oczy nie widziałem). Był tak miły, że przed Bożym Narodzeniem wrzucił do naszej skrzynki życzenia świąteczne. Jest to o tyle fajne, że zazwyczaj ja i moi współlokatorzy otrzymujemy mniej przyjemne listy. Ale ja nie o tym.
Ostatnio przyniósł "Dalekie Zbliżenia" na winylu. A właściwie zostawił awizo. W każdym razie, potwierdza się to, co napisałem w podsumowaniu końcoworocznym: W.E.N.A. pozbył się najgorszych kawałków ze swego legalnego debiutu, pozostawiając tylko same mocne sztosy. Tym sposobem powstało wydawnictwo bardzo dobre, a nie "tylko" udane. Gdyby tak było od początku, solówkę Wudoe prawdopodobnie umieściłbym w liście najlepszych polskich rap albumów w 2011 roku trochę wyżej, w okolicach miejsca siódmego. I nie obchodzi mnie to, że summa summarum słuchacz otrzymałby jedynie dziesięć numerów.
No i było też drugie awizo. Awizo tajemnicze i niespodziewane. Dopiero przy odbiorze listu przypomniałem sobie, że przecież wygrałem coś w noworocznym (świątecznym?) konkursie Machiny (to prawda, że już koniec e-wydań?). Konkretyzując, dwie płyty. W dodatku całkiem fajne, co zdziwiło mnie o tyle, że jak już mi się przyfarci, to raczej coś niezbyt ciekawego. A tu proszę, po pierwsze Giacomo, czyli drugi, po Noonie, artysta w labelu Nowe Nagrania, który zapodaje chilloucik trochę w stylu Bonobo; po drugie CO z płytą "Verge", czyli jakiś mocno alternatywny, głównie instrumentalny, bardzo nieprzystępny dla ortodoksów hip-hop od Qulturap - wytwórni, do której należą m.in. NaPszykłat i Niwea.
Już nie poprzez listonosza Krzysztofa, a dzięki Mikołajowi Świętemu (temu w czerwonej pelerynie, nie temu od bitów) w moje łapska trafiło - w końcu! - "undun" Rootsów. Nic nie rozumiem z tej historii serwowanej przez Black Thoughta i zaproszonych gości (zarys fabuły znam od recenzentów z neta, rację ma Dawid Bartkowski), ale ta muzyka! Coś pięknego. W zupełności mi ona wystarcza.
Bo muzyka sama w sobie wystarczać powinna. Ale to już temat na zupełnie inny wpis, który, jak myślę, w swoim czasie spłodzę. Walnę konkretnie. Jak Jaca na Popkillerze. Albo i nie. Jeszcze nie zdecydowałem.
Sto tysi
I wybiło sto tysięcy. Piękna liczba.
Swoje zrobiły podsumowania. Do rankingu najlepszych płyt 2011 roku w polskim rapie wczoraj linkowali Sokół z Marysią Starostą oraz Zeus. Wpis doczekał się 2470 odsłon, stając się najpopularniejszym w historii bloga. Łącznie wczoraj blog doczekał się 3561 odsłon (prawdziwy rekord, na tyle pracuję zazwyczaj więcej niż pół miesiąca), dzisiaj doszło kolejnych 687. Nagle przybyło ok. 20 osób like'ujących bloga na Facebooku.
Dzięki Sokół, dzięki Zeus, dzięki Pe, dzięki Ike, dzięki Medium. Właściwie, dziękować mógłbym jeszcze przez najbliższe pół godziny. Pękło sto tysi, czekam na milion.
2011: Blog w liczbach
Na koniec, garść statystyk podsumowujących miniony rok.
W całym 2011 blog doczekał się 61 741 odsłon. Dużo? Chciałoby się więcej.
Pod tym względem najlepszym miesiącem okazał się grudzień. Mimo wielu wpisów z cyklu "klik" odnotowałem 6983 odsłony. Głównie z uwagi na artystów, którzy na swoich profilach na Facebooku linkowali do moich postów - Medium, DJ Ike i Duże Pe, który wrzucając na swojego walla wpis "2011: Wpadki" strzelił trochę sobie w stopę. Po co?
Owocne były też miesiące wakacyjne. W lipcu odnotowałem 6432 odsłony, a w czerwcu 6215. Skąd ten wynik? Głównie dlatego, że miałem bardzo dużo wolnego czasu, więc wpisy pojawiały się prawie codziennie.
Najbardziej oblegany blog był 18 lipca 2011, kiedy jeden z czytelników wrzucił link do mojego tekstu debilnego, "Gdyby partie polityczne były muzycznymi gatunkami", na Wykop. W efekcie tego dnia odnotowałem 1280 odsłon.
Co za tym idzie wpis ten jest najpopularniejszym nie tylko w ubiegłym roku, ale i w historii bloga. Wyświetlany był 977 razy. Dalej w kolejce są: recenzja "Czystej Brudnej Prawdy" Sokoła i Marysi Starosty (858), wpis "Mój ulubiony raper [2]" (590), gustoprześwietlacz Macieja Mazurka, czyli Zucha (513) oraz pierwsza część historii alternatywnej pt. "Magik nie skacze z okna" (475).
Jeśli chodzi o zapytania przy wejściach z wyszukiwarek, to najczęściej, poza "litoslav", "litoslav blog", "litoslav blogspot", występowały: "futuristen", "co mnie czeka w 2011", "niedźwiedź" (pokłosie gustoprześwietlacza mojego szanownego kolegi Niedźwiedzia), "el banda" i "nosowska 8" (mimo że recenzję opublikowałem na MyBandzie, a tu wstawiłem jedynie wpis z cyklu "klik").
I teraz pytanie, oczekujecie czegoś konkretnego w nowym roku na tym blogu?
2011: PL RAP
Dziesięć najlepszych płyt tego roku w polskim rapie. Moim zdaniem oczywiście. Lista jest z jednej strony subiektywna, wiele albumów odrzuciłem już na samym początku (patrz: Gural, Fokus, Ostry), w wielu coś mnie zirytowało na tyle, że nie brałem ich w ogóle pod uwagę przy tworzeniu tego rankingu (Tetris, Parias, Rasmentalism). Stąd parę niespodzianek. Z drugiej - cholera, pierwsze miejsce jest niepodważalne. Pozycja numer jeden wyraźnie odstaje od innych tegorocznych produkcji. Może nie pod każdym względem, ale jako całość - już tak. Jeśli ktoś uważa inaczej, to czekam na rzeczową argumentację. Wraz z wysunięciem kontrkandydata.
Blisko: Gadabit - Gadabit, Solar/Białas - Z ostatniej ławki, Kubson - Igła w stogu PCV, Jot - Odliczanie EP, Hurragun - Hurrap
10. L.U.C - Kosmostumostów
Z płyty na płytę L.U.C staje się raperem przystępniejszym. I bardzo dobrze. Wszystko idzie zrozumieć po trzech odsłuchach, mimo że wątków surrealistycznych nie brakuje. Wrocławski koncept na plus, walka o dizajn przestrzeni publicznej na plus, goście też. Jeśli z góry przekreśliliście "Kosmostumostów", bo to przecież ten przeintelektualizowany MC w srebrnych spodniach, to przemyślcie sprawę jeszcze raz. Nie bez przyczyny L.U.C otwiera tę dziesiątkę.
9. W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia
Tak na klasyczną modłę, bardzo fajnie. Może nie spełnia wszystkich nadziei pokładanych w Wudoe, ale poniżej poziomu nie schodzi. Za długa? Trochę. Ale Aptaun wydał "Dalekie Zbliżenia" na wosku, gdzie te gorsze numery wzięły i wyszły. Wniosek? Sprzedałem cedeka i czekam aż listonosz przyniesie winyl. Aha, w "Do dnia, w którym" Włodi nawinął zwrotkę roku. A to nie jest jedyny dobry numer na płycie. Ale to już sprawdźcie sami.
8. B.O.K - W stronę zmiany
Wszechstronna ekipa. Pod każdym względem. Bisz, który każdy kawałek widzi zupełnie inaczej - łapy w górę, pogmatwane storytellingi, żeglarskie metafory, braggadacio, umoralniające gadki. Oer, który od ciągłego żonglowania stylistykami powinien zadomowić się w cyrku - koncertowe bomby, ckliwe melodie, jazzowo-swingowe zabawy i żywe instrumenty (od gitar, przez perkusję, aż po smyczki). Do tego Kay, którego głos, umiejętności wokalne i niezwykły vibe wznoszą "W stronę zmiany" naprawdę wysoko. No i jeszcze DJ Paulo, może żaden wystrzałowy turntablista, ale znający się na swojej robocie. Mało?
7. Hades - Nowe dobro to zło
Najlepiej wyprodukowany album tego roku. Hades, gospodarz płyty, jest tu niestety w ostrej defensywie, mimo że nawija równo, na przyzwoitym poziomie, czasem rzucając interesującym pomysłem na utwór. Cały poklask skrada mu bowiem Galus, czyli - dla reprezentanta Warszawy, Bródna, Prosto i HiFi Bandy - najlepszy producent w tym kraju. Całkiem możliwe. Na pewno najlepiej korzysta z przeogromnej potęgi winylu, opierając bity w 100% o czarne płyty (druga ksywka - Pokój Czarnych Płyt - zobowiązuje). Każdy, nawet najmniejszy dźwięk jest samplowany - to słychać i to ma w sobie prawdziwą moc. Jedna z dwóch, obok piątej pozycji na liście, sporych niespodzianek w tym roku.
6. Ten Typ Mes - Kandydaci na szaleńców
Mesiak nie stoi w miejscu. Są dubstepy, drumandbassy, czy numery punkrockowe. W niektórych utworach nawet nie ma rapu, jest za to sam śpiew. Mało tego, Piotrek bez pretensjonalnego ekshibicjonizmu rośnie na jednego z bardziej szczerych MCs w kraju. Przyznaje się do aborcji, neguje zasadność powstania warszawskiego. W przeciwieństwie jednak do poprzedniej płyty, "Zamachu na przeciętność", ogranicza ogniste punchline'y, a pojedyncze kawałki nie potrafią skopać mniej szlachetnej części pleców tak mocno, jak robiły to "My", "Zamach na Jana K.", czy "Welcome / Wilkommen". Ale i tak dzieje się dużo. Zachęcam do poznania wersji "Kandydatów..." z drugim, bonusowym krążkiem. Tam też są mocne sztosy.
5. Tomasz Andersen - Wbrew Wskazówkow
To sobie Roszja wymyślił. Przenieść się w przyszłość, tak o 70 lat i opowiedzieć historię, w której sam bierze udział. Właściwie nie on, tylko jego alter-ego, niejaki Tomasz Andersen. Musiał naczytać się i naoglądać science-fiction, gdyż wszystko opowiada tak zaradnie i sugestywnie, że nawet Dmitrij Głuchowski (autor powieści "Metro 2033") nie wymyśliłby tego lepiej. Historię z odmrażaniem celebrytek w tle podaje z humorem i wdziękiem godnym Sfondu Sqnksa, tj. składu, który w zamierzchłych czasach współtworzył. Trochę to zaskakujące, że w tym zestawieniu znalazł się właśnie reprezentant Wrocławia (i to jeszcze tak wysoko), ale koncept wyszedł mu niebanalny, najlepszy w tym roku - za to należy go uhonorować.
4. Medium - Teoria Równoległych Wszechświatów
Debiut roku. W sensie, że na legalu. Bo Medium to żaden debiutant, obecny na scenie przynajmniej od trzech lat. Kibicowałem mu od początków jego kariery, na pewno tej jej części wychodzącej poza miasto Kielce. Na "Teorii Równoległych Wszechświatów" zarzuca może wszechstronność, techniczne fajerwerki i śpiew (to w końcu drugi raper po Mesie, któremu jeszcze zależy i który nie straszy dzieci swoimi umiejętnościami wokalnymi). Zarzuca na rzecz naprawdę intrygującego konceptu, którego sednem jest podróż w głąb ludzkiej świadomości przy użyciu metafor z pogranicza świata naukowego i mistycznego. Barwne opowieści, ciekawe teorie filozoficzne i muzyka wyprodukowana ze smakiem, wyczuciem i - jak zwykle u Mediuma - na najwyższym poziomie. Można się w tej płycie zakochać. Albo dzięki niej trochę bardziej poznać siebie i nieco inaczej spojrzeć na otaczający nas świat.
3. Łona i Webber - Cztery i pół
Ten to ma łeb. Ktoś w tym roku u Rawicza powiedział, bodajże Wudoe, że Łona, pisząc tekst, od samego początku wie, jak go zakończy. I ma chyba, cholera, rację, bo nie wyobrażam sobie, żeby puenty swoich utworów, te doskonałe zakończenia kawałków również z "Cztery i pół", reprezentant Szczecina mógł wymyślać na poczekaniu, bo mu akurat rym pasuje. Mózg nie lada, pewnie mógłby pisać wiersze. Albo być nowym Kazikiem, gdyż poziomem socjologicznych obserwacji mu dorównuje, a może nawet i przewyższa. W dodatku wykłada jasno, klarownie i całkiem przejrzyście, choć - racja - niektórych numerów nie skuma się za pierwszym odsłuchem. Także dlatego, że bardziej uwagę przykują zabawy Webbera, który kontynuuje odstawianie sampli na rzecz dźwięków granych. I wychodzi mu to na dobre. Łonsonie, Łebsztyku - znów to zrobiliście. Zespół muzyczny Łona i Webber (w składzie: Łona i Webber) - polecam.
2. Zeus - Zeus, jak mogłeś?
Zaskakujące pokazanie gestu Kozakiewicza. Komu? Tym wszystkim fanom, którzy fanami są dopóki artysta stoi w miejscu, gdy nie próbuje niczego nowego, nie robi niespodzianek i spędza czas na nawijaniu o tym samym na tak samo brzmiących bitach. Już sama akcja promocyjna płyty była dla nich policzkiem. Grzywka. U rapera. Na emo pozuje, czy o co chodzi? Okazało się, że to tylko jeden z elementów układanki - przemiany jaką Zeus przeszedł od poprzedniego krążka. Funkowe bomby zostawił w odwrocie, stawiając na gitary i chadzanie to ścieżką Maleńczuka ("Lato w mieście Łódź"), to drogą Kultu ("Jesteśmy źli"), to w zupełnie inną mańkę. Marek Dulewicz dołożył tu trochę od siebie i bardzo dobrze. Po "Co nie ma sobie równych" i "Albumie Zeusa" produkcje Kamila trochę się przejadły. Władca Olimpu w charakterze rapera też miecie, odgrywając multum ról, za każdym razem mocno nieprzeciętnych. Pomysłowy chłop, nie ma co. No i nie jednorodne flow, jak to w zwyczaju mają polscy raperzy. Za każdym razem inaczej, zmiennie. To się ceni.
1. Sokół i Marysia Starosta - Czysta Brudna Prawda
Płyta roku. Zdecydowanie. Równa, wysoka forma przez cały krążek. A jest tego 19 utworów. Sokół na takim poziomie, jaki osiągnął bodaj raz w życiu, w polskim storytellingu wszech czasów, "Każdym ponad każdym" (wiem, mówię to na okrągło). Czysta brudna prawda wyłożona prosto na stół, bez ogródek i gryzienia się w język. Szkoda, że mało tu miejsca na pozytyw. Wojtek dość pesymistycznie (a może po prostu realistycznie?) patrzy na świat. Nie jest jednak tak pretensjonalnym smutasem jak Bonson czy Huczu. On sobie w tym świecie radzi. Może dlatego, że przy boku ma Marysię, która tak pięknie śpiewa mu na "Czystej Brudnej Prawdzie". I nie, że w chórkach i refrenach. Zwrotkę też pociągnie. I to jak. Rzecz całkiem świeża jak na nasze podwórko, niesłychanie mocna. W 2011 - bezkonkurencyjna.
2011: Wpadki
Duże Pe - Nowoczesny hip-hop vol. 1
Marcin ulega modzie na dubstep i Wielką Brytanie i jeszcze śmie mówić, że szalony crossover, którego się dopuścił, zasługuje na miano "nowoczesnego hip-hopu". Brawo za odwagę, lecz, niestety, wyszedł koszmarek jakich mało. Na tym charczącym basie Pe nie brzmi za naturalnie, a od wylewającej się z rozgłośni radiowych,
Fisz Emade - Zwierzę bez nogi
Kiedyś to teksty Fisza były niezrozumiałe. Dziś są one proste jak budowa cepa, a wątpliwości budzi jedynie zachowanie braci Waglewskich. Już garażowe Kim Nowak należało rozpatrywać w ramach kategorii zachcianek i widzimisię rodzeństwa. Naśladownictwo Beastie Boys wychodzi im jeszcze marniej. No, nie tyle "im", co Fiszowi, bo Emade jak zwykle przywalił całkiem konkretnie. Hrabia Miód używa utartych, nic nie wnoszących frazesów, które i tak giną w hałasie robionym przez Piotrka. Można się tylko zastanawiać, co gorsze.
Jimson - Ucieczka z wesołego miasteczka
Przekombinowane, przeintelektualizowane i przeciętnie nawinięte. I to ma być powrót króla? O zgrozo, multum osób porównuje Jimsona na "UZWM" do Mesjasza, oddając - i raperowi, i samej epce - hołd, na którą w tym roku nie zasłużyła żadna płyta, a co dopiero tak marna jak ta. Zerowa treść ukryta pod skomplikowanymi, przesadzonymi metaforami. Ale Jims ma sajkofanów, którzy będą tak długo dłubać w słownikach, aż wycisną z każdego z utworów 100%. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?
Kazik Na Żywo - Bar la Curva / Plamy na słońcu
Kto myślał, że Kazik znów zacznie rapować, ten się grubo rozczarował. Kto sądził, że Staszewski wciąż będzie w wysokiej formie tekstowej od początku do końca, a nie tylko na potrzeby singla, ten się tłusto zawiódł. Kto uważał, że lider Kultu dalej potrafi tuszować swoje braki wokalne, ten postradał zmysły i jest opasły niczym sam Kazes. A nie, Kazik ponoć schudł, więc nie umrze tak szybko z powodu cukrzycy lub innej choroby wieńcowej. Radujmy się! Ale nie przy dźwiękach nowej płyty KNŻ, bo poza "Plamami na słońcu" i "Balladą o Janku Wiśniewskim" nie oferuje ona nic ciekawego. Kazik się skończył?
Maleo Reggae Rockers - Rzeka Dzieciństwa
Gdyby cała "Rzeka Dzieciństwa" składała się tylko z freejazzowej wstawki w "Pod papugami", byłbym całkiem kontent. Ba, dałbym Malejonkowi medal ze szczerego złota za nagranie płyty dekady. Ale jest jeszcze parę numerów, marnych jak zwrotka Wilka w "Kiedy byłem małym chłopcem". Po raz kolejny utwory sprzed lat zostały zmasakrowane. Miła odmiana, że tym razem nie przez Grabaża i jego Strachy na Lachy.
Mroku - Bajki Robotów
Synonimem tej płyty jest wszechobecna nuda. Mroku żadną linijką nie zaskakuje, a miał to przecież w zwyczaju na projektach poprzedzających "Bajki Robotów". Mało tego, poziom jego narzekactwa na politykę i polityków oscyluje gdzieś w okolicach demotywatorów i kwejka. Sprawy nie ratują też bity (głównie Mahyn i BobAir), które także, choć nie zawsze, nużą. Aż dziw bierze, że akurat tym albumem Mroku zwrócił na siebie uwagę Fonografiki, która postanowiła ją wydać w oficjalnym obiegu (acz bez większej promocji). Mam nadzieję, że w jakiś sposób przyczyni się to do nagrania lepszej płyty w przyszłości.
Red Hot Chili Peppers - I'm With You
Coś jak "Stadium Arcadium", "By The Way" i te gorsze piosenki z "Californication". Czyli że spoko? No gdzie. Śmierdzi nudą na kilometr. Jeszcze jakby Red Hoci dołożyli jakiś przebój. Ale nie. Na co hity, na co szlagiery? Przesłuchałem raz i wyrzuciłem kompakt przez okno. Żartuję, materiał poleciał bodajże pięciokrotnie. I nie z cedeka, tylko z nielegalnie pobranej paczki empetrójek (sorry, Anthony). No i ten, nie chciałem marnować czasu i energii na usuwanie folderu "I'm With You" z dysku, o opróżnianiu kosza nawet nie mówiąc.
Starszy Brat - Beaty, Rymy, Weekend
Miał być wielki powrót Zkibwoya po latach, był przegadany album od trzech podstarzałych, podobnych do siebie kolesi. Rodzina na pierwszym miejscu, praca jako środek do zapewnienia jej szczęścia i dobrobytu, a rap to czysta, weekendowa zajawka - taka jest mniej więcej wymowa płyty (bootlegu?) Starszego Brata. I fajnie, ceni się dojrzałe podejście. Tylko jak przy nim nie zasnąć?
Tetris - Lot 2011
Tet nie przekonuje ani wybujałym konceptem, ani sobą - jakby mniej kreatywnym i zajadłym niż na płycie poprzedniej. Fajne są single, ale poza tym - nic ciekawego. Zwyczajnie wieje nudą. Dobrze, że chociaż bity dają radę. No, zazwyczaj. Bo niektóre wycieczki wydają się zbyt odważne. Albo te przesłodzone, wręcz cukierkowe dźwięki. Fu. Miała być płyta roku, a jest wpadka. Tetris spada z podium dla najlepszych polskich MCs. Mam nadzieję, że tylko chwilowo.
Warszafski Deszcz - PraWFDepowiedziafszy
To ma pływać, to ma głową kiwać. Jacku, Michale - nie tym razem. "PraWFDepowiedziafszy" nie buja ani przez moment. No, pierwszy singiel daje radę. Ale reszta? Boooring!!! Tedunio, Numerze - pieprzycie trzy po trzy. Niby jak zawsze, tyle że jakoś bez chemii, na jedno kopyto. I co z tego, że TDF dołącza na koniec manifest pierwszej klasy, trafnie oddający zidiociałe środowisko kultury czterech elementów w Polsce? Co z tego, skoro płyta nie żre? Co z tego, skoro nie chce się do niej wracać jak do "Powrócifszy"?
2011: Koncerty
Byłem na paru koncertach. Na kilku nawet za darmo. W każdym razie, było tego znacznie więcej niż w 2010. Pokusiłem się więc o ranking tych najlepszych. Oczywiście nie najlepszych w ogóle, czy nawet w kraju. Takie zestawienie nie jest możliwe do ogarnięcia przez jednego profesjonalistę, a co dopiero przeze mnie, chłopa z ograniczonymi możliwościami. Poniżej zamieszczam jedynie wykaz najlepszych koncertów, w których miałem okazję uczestniczyć. Jeśli którykolwiek z wykonawców z mojej dziesiątki będzie grał gdzieś u Was w pobliżu - nie zastanawiajcie się długo, tylko rozbijajcie świnkę skarbonkę i kupujcie bilet.
10. Łona i Webber (29.10, W Starym Kinie, Poznań)
Udany występ promujący świeżo wydany album duetu, płytę "Cztery i pół". Humor Łonsonowi dopisywał, tak jak i Łebsztykowi, Rymkowi i publice złożonej w 75% z miejscowych hipsterów. Szkoda, że bez The Pimps. Dzień wcześniej Łona i Webber grali z zespołem w Warszawie, więc dlaczego nie mogli ściągnąć ich także do Poznania? Ta zagadka pozostanie nierozwiązania teraz i zawsze i na wieki wieków.
9. Sokół i Marysia Starosta (3.12, Eskulap, Poznań)
Z tego, co Sokół napisał na swoim fanpage'u, w Eskulapie oklaskiwało go około tysiąca fanów. Wow. Więcej ziomów na hip-hopowym koncercie widziałem tylko na Kempie, ale nie ma co porównywać. Tłum krzyczał nie tylko, że da radę i że Marysia była lekko w szoku, ale również śpiewał wraz z panną Starostą wszystkie jej kwestie z "Czystej Brudnej Prawdy". Charyzma, energia, profesjonalizm. Będę dobrze wspominał.
8. Afro Kolektyw (21.06, 1500 m^2, Warszawa)
Mając w pamięci nędzny występ Afro w Gorzowie - mega zaskoczenie. Gorąco i absurdalnie do tego stopnia, że w czasie pierwszego wykonania "Wiążę sobie krawat" walnął prąd (co nie zraziło Afrojaxa i pojechał utwór unplugged). Nowości były grane. I prawda, wypadają one bardziej piosenkowo, mniej hip-hopowo, ale w ostateczności całkiem dobrze. Widać było zaangażowanie, Afro odpalił muzyczne super moce i na bisy Kolektyw wychodził dwukrotnie. Super atmosfera.
7. Tetris + W.E.N.A (17.08, Hip Hop Kemp, Hradec Králové, Czechy)
Spontaniczna kooperacja wypełniła hangar po brzegi (wieść niesie, że drugie tyle osób koczowało na zewnątrz). Raz ja, raz ty, na koniec wspólnie - proste pomysły są najlepsze. Tet z Wudoe razem stanowili nową, lepszą jakość. Nigdy nie byłem na solowych koncertach obu panów, ale na Kempie pokazali, że są stworzeni do to, by grać razem. Czekam, aż ogłoszą wspólną trasę. Będę tam.
6. Matisyahu (18.06, II Life Festiwal, stadion MOSiR, Oświęcim)
Reggae + rap + beatbox + żydowskie modły + elektronika + Syjon + Babilon + Dub Trio + perkusista Dub Trio + miejsce koncertu + współtowarzysz podróży spóźniony na pociąg + najgorsza pizza w życiu + spanie na dworcu wraz z całym festiwalem = świetny, emocjonalny występ Matisyahu + bardzo fajna wycieczka, którą się zapamięta na długo. Polecam takie tripy.
5. Luxtorpeda (27.11, Eskulap, Poznań)
Mam wrażenie, że do dziś nie słyszę normalnie. Poziom decybeli na pewno przekraczał próg bólu. Fanom Luxtorpedy to jednak nie przeszkadzało. Mocne granie od początku do końca, kocioł pod sceną jak Jugosławia w latach 90. - każdy na każdego, oraz multum pomysłów na prowadzenie koncertu z uroczym finałem na zakończenie. Jedyny minus: mało miejsca w szatni. Cóż, Eskulap.
4. Andreya Triana (25.11, SQ, Poznań)
Kazała na siebie czekać ponad półtorej godziny, ale wybaczyłem jej właściwie w sekundę. Ciepły głos rozgrzewał, instrumentaliści wprowadzali w trans, a od pięknego śpiewu Andreyi człowiek się rozpływał. Triana czarowała życzliwą osobowością, a w czasie bisów postawiła wszystkich uśpionych na nogi beatboxem w stylu Dub FX-a, coverując przebój "Sweet Dreams" Eurythmics. Wspomnień nie popsuje ani obsuwa, ani bogata, głośno rozmawiająca młodzież przy barze.
3. Beat Torrent + Hocus Pocus + C2C (19.08, Hradec Králové, Czechy)
Na początek - kapitalne show Pfela i Atoma. Przewinął się właściwie każdy gatunek, a te wizualizacje... Kosmos. Następnie - Hocus Pocus. Równie wspaniale. Milion pomysłów na minutę, świetny liveband i doskonała komunikacja z, niestety, dość niekumatą publiką. Dalej - C2C, czyli Beat Torrent plus DJ Greem i 20syl z Hocus Pocus. Pokaz najwyższych turntablismowych umiejętności. Czapki z głów. Na koniec - jeszcze raz Hocus Pocus. Później można już było umierać.
2. Arcade Fire (24.06, Torwar, Warszawa)
Z Torwaru wyszedłem pod takim wrażeniem, że pomyliłem autobusy i zupełnie nie wiem, jakim cudem trafiłem w miejsce mojego noclegu. Ośmiu muzyków w zespole, prawie każdy umie grać więcej niż na jednym instrumencie, więc z tego korzysta i mniej więcej co utwór dochodzi do roszad. Efekt jest niesamowity, a jak dołoży się do tego jeszcze żywiołowe reakcje, swego rodzaju "życie" graną przez siebie muzyką, to wychodzi obrazek, na który można patrzeć z otwartym dziobem. Można, ale się tego nie robi. To przecież koncert, tu trzeba się bawić.
1. Łąki Łan (6.08, XVII Przystanek Woodstock, Kostrzyn nad Odrą)
Najbardziej pokręcony koncert tego roku. Nic dziwnego, absurdalny image to domena Łąki Łan. Pomysłów bez liku, energii co nie miara i ostre pogo, choć ani przez chwilę nie zasługujące na miano najniebezpieczniejszej rozpierduchy tego festiwalu. Ba, Paprodziad i spółka poprawili kilkusettysięcznej armii humory po rozczarowującym występie gwiazdy XVI Przystanku Woodsctock, brytyjskiego The Prodigy. Jurek Owsiak nawet sobie zażartował, że całkiem znane zespoły supportują dziś Łąki Łan. I coś w tym faktycznie było. Złoty Bączek jak nic. Mam nadzieję, że w przyszłym roku funky z pola znów usłyszę w Kostrzynie. Nowa tradycja festiwalu? Nie mam nic przeciwko.






















