Chill

"Ale bębenki to też muzyka"

Jest koło godziny 22:15. Siedzimy na schodach łączących Magnat z MCK. Tych obok czegoś, co oficjalnie robi za toaletę. Kto kiedykolwiek był w Magnacie, miejsce zna doskonale, bo często, zwłaszcza podczas koncertów, to jedyne miejsce, w którym można usiąść. Gwiazda wieczoru, tercet W.E.N.A. i Rasmentalism (licząc z DJ DBT właściwie kwartet) spóźnia się już 2 godziny i 15 minut, licząc od chwili otwarcia drzwi. "Tylko" godzinę i 45 minut, przyjmując za prawdę to, co napisano w gorzowskim dodatku do "Wyborczej". "Jedynie" godzinę i 15 minut, biorąc pod uwagę to, o czym się mówiło - że wejście o 20, koncert od 21.

Czytaj dalej >>

Zjednoczonych łopot flag

Niektórzy mają to szczęście, a właściwie nieszczęście, że tegoroczne Święta i, w szczególności, Sylwestra spędzają kilka tysięcy km z dala od Polski. W Stanach Zjednoczonych. Nie, nie chodzi o mnie, ale o takiego jednego, który wprawdzie przeżyje powitanie Nowego Roku z innej perspektywy, ale nie oszukujmy się, w tym wieku jednak najbardziej chce się zmianę daty świętować w towarzystwie znajomych. W US i A takich mieć nie będzie, dlatego też na osłodę przygotowałem mu kilka piosenek o kraju zza Wielkiej Wody oczami polskich (i nie tylko) artystów. Aha, czemu o tym już dzisiaj? Wylot nazajutrz, chociaż chłop sprawdzi to wszystko jeszcze na polskim łączu.

Czytaj dalej >>

Sześć stóp pod ziemią


Bardzo lubię oglądać seriale. Szczerze mówiąc, nie wiem, czemu wolę je od filmów. Przecież zazwyczaj jest tak, że wątki są niemiłosiernie rozciągane tylko po to, aby dorobić parę dodatkowych odcinków i - tym samym - zgarnąć jak najwięcej pieniędzy. Nie da się jednak tego powiedzieć o "Sześć stóp pod ziemią", czyli o najlepszym serialu, jaki miałem sposobność kiedykolwiek oglądać.

Czytaj dalej >>

Run, Biegaj, run!!!

Kto by pomyślał, że można tworzyć pod ksywką "Biegaj". Co będzie następne? "Żryj"? "Pij"? "Bywaj"? "Spływaj"?

Tak sobie tylko żartuję, choć Biegaj istnieje. Serio. Jest producentem, tworzy - jak sam mówi - muzykę z pogranicza rapu i trip-hopu. Wczoraj podesłał mi swój album - "Night noise". Widzę, że nie tylko mi, bo wpis o nim pojawił się też na Rzygu kulturalnym. W każdym razie, jest to materiał w dużym stopniu instrumentalny, tylko w dwóch kawałkach ktoś udziela się wokalnie (nie tyle "ktoś", co raperzy, marni zresztą). Jak zauważył Kryniu - muzyka Biegaja świetnie spisuje się w roli tła tudzież "relaksatora", wycziluwującego po dniu pracy, pracy i obowiązków. Są w tej kwestii lepsi twórcy, to chyba oczywiste. Ale przecież nie o to tu chodzi. Sukcesem dla Biegaja będzie choćby to, że ktoś ściągnie jego płytę i przesłucha ją nawet jeden głupi raz. Także tego, wiecie co macie robić:

DOWNLOAD

Kult - MTV Unplugged (2010)


Kult
MTV Unplugged
SP Records, 2010

3.5

Musiało minąć 21 lat, żeby grupa Kult postanowiła ponownie nagrać płytę koncertową. Złe doświadczenia wynikające z wydania albumu "Tan", będącego zapisem dwóch występów, które odbyły się 1 i 2 lipca '88 roku w warszawskim Remoncie, sprawiły, że zespół Kazika Staszewskiego, a w dużej mierze sam Kazik, nie mógł przekonać się do takiej formy prezentowania swoich umiejętności gry na żywo i to mimo tego, że, wedle obiegowej opinii, Kult jest zespołem stricte koncertowym, pokazującym swoje najlepsze i najpełniejsze oblicze właśnie podczas występów przed publicznością. W końcu ten przeogromny potencjał zauważył ktoś, kto zdecydował się zrealizować coś, co zrealizowane powinno być już dawno. Płyta koncertowa Kultu stała się faktem. Co ciekawe, podobnie jak "Tan" znacząco odbiega od tego, co grupa tak naprawdę pokazuje podczas swoich występów. Tym razem był to jednak efekt zamierzony - format "MTV Unplugged" zobowiązuje.

Co spowodowało, że mimo swoich awersji Kult zdecydował się na nagranie takiego krążka? Powody można wymieniać bez końca: muzycy dojrzeli do tego pomysłu, Kazikowi udało się nagrać udaną płytę koncertową z KNŻ, co dało mu do myślenia. Oprócz tego, nie bez znaczenia okazało się wsparcie MTV, które na pewno wspomogło zespół w okiełznaniu wielu technicznych zawiłości - specom z muzycznej stacji znanym doskonale, ludziom związanym z Kultem i SP Records tylko w teorii. Poza tym, repertuar formacji obecnie jest bez porównania bogatszy niż 21 lat temu. Dziś Kazik z zespołem może zapełnić dobrymi piosenkami trzygodzinny występ, w dodatku nie powtarzając takiego samego zestawu na każdym koncercie. W '88 roku było to niemożliwe.

Koncert odbył się pod koniec września w warszawskim Teatrze Och. Swoją drogą, lokalizacja bardzo ciekawa, choćby zważywszy na to, że miejsca dla publiczności znajdują się z dwóch stron sceny umiejscowionej w centralnym punkcie sali (przynajmniej tak było podczas kultowego występu). W związku z pojemnością teatru, na koncert mogła przyjść zaledwie garstka, porównując do normalnych muzycznych eventów z udziałem zespołu Kazika, fanów. Fanów? W pewnej części tak, lecz przez to, że koncert nie był biletowany, a wejściówki można było jedynie wygrać w konkursach organizowanych przez m.in. SP Records i polski oddział MTV, w Teatrze Och pojawiło się też pewnie trochę przypadkowych osób. Wszystko to złożyło się na pewną specyfikę tego występu, tak odległą od tego, co Kult pokazuje choćby na "Pomarańczowej Trasie".

Koncert przyjął charakter czegoś w rodzaju benefisu, choć przecież ani Kazik, ani jego zespół nie obchodzą w tym roku żadnego, okrągłego jubileuszu. Było oryginalnie, kameralnie, nietypowo i... wzniośle - atmosfera trochę przypominała to, co działo się podczas słynnego "koncertu życzeń", który odbył się z okazji XXV-lecia Kultu na antenie radiowej "Trójki". Po środku tego wszystkiego siedział Kazik, wyglądem i zachowaniem trochę kontrastujący z otoczeniem. Gruby, niechlujnie ubrany (widoczna gołym okiem, obecna na co drugim kadrze dziura w t-shirce wielkości dwuzłotówki), kręcący się w kółko na swym krześle obrotowym (acz taki był chyba zamysł reżysera przedstawienia) i wykonujący przedziwne, często obrzydliwe miny i gesty. W dodatku mocno stremowany. Co by nie mówić, Kazik często denerwuje się w czasie koncertów, lecz podczas występu w Teatrze Och zdenerwowanie przybrało kolosalnych rozmiarów, przez co "uprawianie konferansjerki" wychodziło mu dość pokracznie. Z drugiej strony, pozytywne w tym było to, że trema nie wpłynęła na jakość wokalu i Staszewski nie próbował jej w żaden sposób tuszować - był to koncert "bez prądu" podwójnie, nie tylko dlatego, że materiał był grany w akustycznych wersjach.

Zdenerwowanie Kazika stopniowo, wraz z wykonywaniem kolejnych piosenek, zmniejszało się, choć, trzeba to przyznać, mała niepewność w głosie pozostała do końca i w niektórych momentach liderowi Kultu po prostu brakowało słów. Bawił się natomiast znakomicie w momencie, gdy odkładał mikrofon. Wokalnie popisywali się wtedy zaproszeni goście, a Staszewski mógł w tym czasie poleżeć sobie na scenie, pospacerować z walizkami między publicznością lub pobiegać i poskakać z flagą Kultu na biało-czerwonym tle. Zespół wspierali starzy, dobrzy znajomi - Dr Yry, lider El Dupy i TPN25 ("Nie dorosłem do swych lat"; mnie pozytywnie zaskoczył), Tomasz Kłaptocz, wokalista Buldoga, ex-Akurat (pewne wykonanie "Bliskich spotkań 3 stopnia") oraz zwariowany Zacier, który nie umie śpiewać, ale przyniósł kolorowe baloniki, co by osłodzić rozczarowanie ("Gdy nie ma dzieci", a jakże).

Jeśli już wywołałem temat repertuaru, należy wyraźnie podkreślić, że nie jest to do końca to, co chciałem. Trochę naiwnie oczekiwałem, że koncert "MTV Unplugged" okaże się zarazem takim "the best of" Kultu, tylko że w wersji akustycznej. Muzycy Kultu zastosowali jednak całkiem inny klucz. Wiele hitów zostało pominiętych. Nie ma "Wódki", "Po co wolność", "Krwi Boga", "Do Ani" i kilku innych przebojów, bez których normalne występy na żywo zespołu Kazika się nie odbywają. Być może chodziło o to, żeby zaprezentować utwory nie tyle mniej znane, co nie aż tak popularne, a zasługujące na pokazanie jej szerszej publiczności (tę publikę miał załatwić oczywiście kontrakt z MTV). Inna, znacznie trafniejsza hipoteza mówi, że o doborze poszczególnych piosenek decydowała łatwość przearanżowania danego numeru - w taki sposób, by można było go zagrać akustycznie. Za tą teorią przemawia choćby to, że taka "Arahja" - w połowie zagrana na samych trąbach i okazjonalnym brzęknięciu gitary - została dodana do setlisty dopiero na jednej z ostatnich prób, a "Baranka" i "Polskę" zagrano na bis właściwie ad hoc, bez żadnego wcześniejszego przygotowania. Swoją drogą wyszło bardzo dobrze, w końcu to genialne kawałki i nie mogło być inaczej.

Ich wykonanie niczym jednak nie zaskoczyło, w przeciwieństwie do tych kilku piosenek, w których pokuszono się choćby o drobną zmianę w aranżacji, dodanie jakiegoś znaczącego detalu, zastąpienie jednego dźwięku innym, bardziej wyrazistym i przy okazji bardziej "unplugged". Wspomniana "Arahja" to przykład najoczywistszy i, bez wątpienia, numer, który przeszedł największą przemianę. Spodobało mi się kilka innych pomysłów, w tym m.in. podkręcenie tempa w "W czarnej urnie" i w drugiej połowie "1932 Berlin", czy użycie dzwonów rurowych w "Komu bije dzwon" (tu jako "Komu bije dzwon czyli piosenka o Szczocie"). Wydaję mi się też, że "Zegarmistrz światła" (swoja droga, jedyny wykonany cover) zyskał trochę na przebojowości. Na zwykłych koncertach jest to pieśń melancholijna, raczej spokojna, kończąca, na przemian z "Komu bije dzwon", podstawowy set. A tu proszę, utwór Tadeusza Woźniaka był pierwszym, który w takim stopniu poderwał publiczność w Teatrze Och. Ludzie wcześniej raczej siedzieli - tu już wstali z tyłków i zaczęli reagować bardziej żywiołowo.

Kult to bodajże czwarty zespół z Polski, który MTV zauważyło i który został zaproszony do popularnego formatu (plotki o tym przedsięwzięciu pojawiały się już od jakiegoś czasu, więc możliwe jest, że zakusy tej stacji na zespół Kazika miały miejsce wcześniej, niż podpisanie kontraktu z Wilkami). Kayah i grupa Roberta Gawlińskiego to inna bajka, lecz od porównań między występami Kultu i Hey już nie uciekniemy. W kwestii wideorealizacji 3 lata różnicy między premierami obu wydań DVD zrobiły swoje - ekipa z MTV nabrała w tym czasie sporo doświadczenia i trudno tego nie zauważyć. Pod każdym innym względem Hey, niestety, przebiło Kult. Najbardziej czuć to po aranżacjach - Nosowska z kolegami poszli na całość, zapraszając cały tabun muzyków towarzyszących, m.in. skrzypków, wiolonczelistów, trębaczy, puzonistów. Kult sam w sobie ma dość rozbudowane instrumentarium, więc w sumie zrozumiałe jest to, że go jeszcze bardziej nie powiększał na potrzebę jednego występu. Niemniej, nie da się ukryć, że to Hey zaprezentowało ciekawsze i oryginalniejsze pomysły (acz za "bezprądową" i bezpardonową "Arahję" należy chylić czoła!). Poza tym, może i Yry, Kłaptocz i Zacier to sympatyczni kolesie, zwłaszcza ten ostatni, lecz Agnieszka Chylińska wraz ze swoimi fantastycznym głosem, który teraz, nie wiedzieć czemu, marnuje się w jakichś plastikowych pop-produkcjach, zostawiła całą trójkę w tyle o mniej więcej pierdyliard pierdyliardów lat świetlnych. Mało tego, nawet sama Nosowska, która zawsze piosenki po prostu wykonywała, nigdy nie nawiązując z koncertową publiką większego kontaktu, wypada może nie tyle na mniej stremowaną, co po prostu naturalniejszą od Kazika, a tego to już by się chyba nikt nie spodziewał.

Co by jednak nie mówić, te dwa kompakty i płyta DVD z koncertem "MTV Unplugged" Kultu w wersji audio i video cieszą mnie cholernie. To jest, jak mniemam, takie ukoronowanie dotychczasowych osiągnięć zespołu, a że w przyszłości najpewniej wielu ich już nie będzie, to można też ten album nazwać pewnym podsumowaniem kariery. A zatem, cały ten benefisowy charakter ma w tym wszystkim jakiś sens i wytłumaczenie. Szkoda, że nie mogłem osobiście uczestniczyć w tym koncercie. Całe szczęście, Kult zapowiedział już występy "unplugged" w całym kraju - może uda mi się wybrać na jeden z nich? Byłoby świetnie.

Nie odejdę stąd

Przesłuchałem ze 2 razy to nowe POE. Wnioski?

Czytaj dalej >>

Alice

Dzięki "Alice" przejrzałem na oczy.

Czytaj dalej >>

Jelonek - Jelonek (2007)


Jelonek
Jelonek
Mystic Production, 2007

4.5

Wszyscy doskonale wiedzą, że psy szczekają, koty miauczą, krowy muczą, a bobry uprawiają beatbox, korzystając ze swojej znajomości 1000 bitów. To wiedza elementarna, której człowiek uczy się jeszcze w przedszkolu. A jakie odgłosy wydaje jelonek? Tego już nikt nigdzie, cholera, nie uczy. Kto słyszał o wykładach poświęconych komunikacji między jelonkami? Nikt? I bardzo dobrze. Bo Jelonek jest jeden. I gra na skrzypcach.

Tak nawiązując do tego, co napisałem przed chwilą. Nauczać ktoś nauczał. Konkretyzując, był to Jurek Owsiak. Jelonek wystąpił bowiem dwukrotnie podczas kostrzyńskiego Przystanku Woodstock - w tym i ubiegłym roku (parę miesięcy temu jako laureat Złotego Bączka 2009). Ale mnie rozpoznawania odgłosów wydawanych przez Jelonka nie nauczył, gdyż nie byłem obecny na jego występie. Dziś tego bardzo żałuję, bo usłyszeć te wszystkie dźwięki na żywo, to byłoby coś.

Jak wspominałem, Jelonek jest skrzypkiem. Chciałoby się napisać, że "cholernie dobrym skrzypkiem", lecz tego - na dobrą sprawę - nie potrafię stwierdzić. Nie znam się na żadnym gatunku muzyki, nawet na tych najczęściej przeze mnie słuchanych, a co dopiero mam się wypowiadać o tym, czy dany grajek technicznie zdumiewa, rzępoląc na swoim instrumencie. Z całą stanowczością mogę jednak powiedzieć, że twórczość Nigela Kennedy'ego (również faceta od skrzypiec), którego znam i z płyt, i z koncertu, podoba mi się mniej (no, jeśli chodzi o znany mi skrawek). Fakt, to inne granie, inne pomysły, inne podejście do tematu, lecz, subiektywnie rzec ujmując, wolę po prostu Jelonka.

Na czym polegają te różnice? Słychać je właściwie od razu, ale żeby to w pełni zilustrować, należy przypomnieć sobie Apocalypticę - taki fiński zespół, którego członkowie, grając właśnie na wiolonczelach, zabrali się za materiał Metalliki. I właśnie Jelonek robi coś podobnego. Tyle, że na skrzypcach. Tyle, że lepiej i ciekawiej. Poza tym gra swój materiał i nie posiłkuje się pomocą występujących gościnnie wokalistów (przynajmniej na płycie), co Apocalyptica w zwyczaju miała.

Skrzypce są tu więc instrumentem wiodącym i dominującym. Ogromną rolę odgrywa jednak ich akompaniament. Hard rockowy tudzież metalowy akompaniament. Gitara, bas i perkusja świetnie uzupełniają wyczyny Jelonka. Poszczególne utwory stają się dzięki nim jakby głębsze, pełniejsze, oryginalniejsze i bardziej zaskakujące. Ten "element zaskoczenia" robi zresztą sporo dobrego dla tej muzyki. Kawałki - zdawać by się mogło - melancholijne i spokojne w dosłownie chwilę potrafią przejść w mocne, agresywne uderzenie. I to jest fajne! (ok, może nie jest tak, że słuchacz ostrzejszego wejścia się kompletnie nie spodziewa, no ale...) Jelonek wcześniej pokazywał swoje umiejętności w takich zespołach jak Perfect, Wilki, Łzy, Closterkeller, Ankh i Hunter, lecz to właśnie granie w tej ostatniej formacji najbardziej przełożyło się na to, co słychać na debiutanckim solowym albumie.

Co tu dłużej pleść? Jelonek skrzypi. Ale umówmy się - nie skrzypi jak stare, nienaoliwione drzwi, tylko jak piękny smyczkowy instrument. W dodatku, gdy tylko się odezwie, może liczyć na odpowiedź swoich przyjaciół, innych mieszkańców muzycznego lasu (głównie tych z "metalowego podszytu")...

A mówiąc już tak kompletnie serio - zajebista muzyka. Rzadko kiedy potrafię zachwycać się dziełem instrumentalnym, dziełem bez żadnego tekstu i wokali. Jelonek jednak mnie kupił tym, że paradoksalnie jego album zawiera więcej treści, niż niejedna, przeładowana linijkami płyta. Wychodzi więc chyba na to, że czasem muzyka potrafi wyrazić więcej niż 1000 słów. A z resztą, co ja będę Wam dłużej pisał - posłuchajcie:

Klip rewelacja