Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W drugiej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – mówi m.in. o zdrobnieniach, kupie (dosłownie!), polskim i zagranicznym rapie oraz o winylach.
Litoslav: Lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"?
Kubson: A co, pewnie tak powiedziałem?
Nie, nie. Po prostu, czy lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"? Niektórzy tego nie lubią.
Nie wiem, jakoś nie zwracam na to uwagi.
A widzisz, bo tu chodzi o zdrobnienia. Studio, w którym nagrywasz, nazywa się "Pierwsze Pięterko". To "pięterko", to zdrobnienie, brzmi trochę dziwnie, kiedy się pomyśli, że jest to studio, w którym nagrywa Kubson, raper.
Pomysł na studio Pierwsze Pięterko narodził się na Tarchominie, tam nagrywaliśmy właśnie na pierwszym piętrze. Nigdy nie robiliśmy hip-hopu poważnego i mega prawilnego, mówiącego, jak masz żyć, co masz robić, jak postępować. To jest hip-hop trochę z przymrużeniem oka. Do tej nazwy mam duży sentyment, zawsze mi się ona bardzo podobała. Młody często do mnie dzwonił: - Przyjeżdżasz na Pierwsze Pięterko? Nagramy jakiś hit!
Jako, że ja też mieszkam na pierwszym piętrze i też zacząłem sobie inwestować w sprzęt i w końcu stworzyłem swoje studio, to automatycznie przeniosłem tę nazwę do siebie do pokoju. Nawet mam tu wrzut na ścianie – "Pierwsze Pięterko Studio".
Aha, czyli to nie jest to samo studio, w którym zaczynałeś? Jak pisałem o Tobie artykuł, to przez takie samo nazewnictwo stwierdziłem, że chodzi o dokładnie to samo studio, w tej samej lokalizacji.
Początkowo działaliśmy na Tarchominie. W końcu przestaliśmy ze sobą nagrywać, mimo że kontakt cały czas utrzymujemy. Uściślając, nie tyle przestaliśmy ze sobą nagrywać, ile Młody odbił od hip-hopu. Słucha go, ale nie ma czasu na nagrywki, bo każdemu życie się tam jakoś układa i jednak praca, rodzinne obowiązki zaczynają brać górę. Nie masz na to czasu albo zajawki. Czujesz, że robisz coś na siłę, że to ci nie wychodzi tak, jak kiedyś wychodziło, dlatego od tego odstępujesz.
Ja cały czas tę zajawę w sobie mam. Właśnie po debiucie miałem najwięcej: wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem, ładowałem w winyle, w kompresory, w kable, żeby to miało brzmienie i żeby to było profesjonalne.
A nazwa została nazwą, bo tak było u zarania. Ta nazwa była po prostu naturalna.
Co do nazewnictwa. Na debiucie był utwór "hehe". Będąc złośliwym, można się zastanawiać, czy kiedyś nie nazwiesz jakiegoś kawałka skrótem internetowym typu "zw"?
"Hehe" nie kojarzyło mi się kompletnie z Gadu Gadu, chociaż – prawda – jest to wyrażenie swojego stanu ducha, jedno z najprostszych. Ten kawałek nazywa się "hehe", bo po prostu było dużo śmiechu w tej całej historii. To określenie, co się tego wieczoru rzeczywiście działo. A może to był taki pijacki patent? Nic nie przychodziło do głowy, a to nie mógł być kawałek typu "Trzydziesty pierwszy dzień grudniowy", "Impreza u Agaty" albo "Osiemnastka Tadka"? Nie wiem, dlaczego tak zostało. Zresztą, mam bardzo dużo kawałków, których tytuły są od czapy. Generalnie ważne jest to, co jest w środku w tym kawałku. A tytuł? Podchodzę do tego tak, że nawet nie myślę, czy ktoś będzie się zastanawiał nad tytułem. Często mam coś takiego, że gdy ktoś pyta mnie, czy słyszałeś kawałek Ostrego pt. "Bach, bach", to wiem, że go na pewno słyszałem, ale nie kojarzę kawałka z tytułem.
Kazika Staszewskiego znasz?
Osobiście nie.
Ale twórczość, samą osobę?
Tak, kojarzę osobę.
A znasz może taki jego utwór "Anarchia w WC"?
Nie.
To jest utwór, w którym Kazik pozuje na anarchistę, którego anarchizm objawia się w niespuszczaniu wody w toalecie.
Aha...
Skojarzyło mi się to z początkiem jednego z Twoich utworów. Konkretnie z "Kilo artystów proszę". "Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody" z akcentem na "KUPĘ". Nie myślałeś o tym, że ktoś może w ten sposób się do Twojej twórczości zniechęcić? Dajmy na to, ktoś mówi sobie "sprawdzę tego Kubsona", wybiera losowo jeden numer i pada na "Kilo artystów proszę". Słyszy pierwszy wers i wymięka.
Wystarczy, że posłucha pięć sekund dalej i tam jest rozwinięcie tej myśli: Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody / Na ulicach od smrodu stanęłyby samochody / Wszystkich raperów, co robią dobre gówno / Na jeden dzień do takiego miasta wysłałbym jutro. Ta "kupa" nawiązywała do tego szitu, który jest obecny wszędzie w hip-hopie i niestety Polska go teraz łapie. Zaraz, nie teraz, już od dawna. W stanach "shit" ma zupełnie inny wydźwięk niż u nas. Jak tutaj widzę przebranego gościa, bo on tak na pewno nie ubiera się naturalnie – bandana, czapka i "sprawdź to gówno ziooom!!!" – to w ogóle to do mnie nie trafia. "Kupa" była łagodniejszym słowem, zresztą nie chciałem powtarzać 2 razy słowa "gówno". Wiem, że wstęp do tego kawałka jest mało smaczny, ale z reguły mam tak, że kawałków nie poprawiam – kreślę do tego momentu, aż mi się nie spodoba. Jeśli to weszło, to znaczy, że tak miało być.
To jeśli już przy tym jesteśmy. Słuchasz w ogóle polskiego rapu?
Mam parę wybranych person, które śledzę. Poza tym, nie ogarniam tego wszystkiego, co wychodzi. Kiedy swoją premierę miała "Igła...", to sprawdzałem, co wychodzi równolegle. Ostatnio słuchałem płyty Weny, bardzo fajnej zresztą. Śledzę też wydawnictwa Asfaltu, jakoś mi do nich najbliżej.
O właśnie. Jaki masz stosunek do Ostrego. To jego wydawanie rok w rok. Nie nudzi Cię to? Jego płyty zdają się być ciągle o tym samym.
Już kiedyś o tym z kimś rozmawiałem, chyba po siódmej płycie Ostrego. Gadałem z takim gościem, który bardzo dużo muzyki słucha i powiedział: - Wiesz co, te płyty Adama brzmią tak samo.
Trochę inaczej na to patrzę, bo sam robię muzykę. Sam ją produkuję i dzięki temu wiem, że Ostry jest niezłym kozakiem, skoro nie dość, że jego płyta jest zawalona od pierwszej do ostatniej sekundy (ile miejsca jest na płycie, tyle on po prostu ładuje muzyki), nie dość, że popisuje się lirycznie i pod względem flow, to jeszcze te bity. Doceniam to jakby z dwóch stron – producenta i słuchacza. Wiadomo, jakiś tam temat się powtórzył. Ale zaznaczmy, że jest nawinięty inaczej: nie ma użytych tych samych wersów, tej samej gry słów, tych samych określeń. Jest to może o podobnych rzeczach, ale nawinięte w inny sposób. No i produkcja. Produkcja przede wszystkim.
A zagraniczny rap? Słuchasz, śledzisz?
Praktycznie nie. To znaczy, jak chodzę do zaprzyjaźnionego sklepu na Chmielnej, do Side One, to tam pracuje taki diabeł o imieniu Wojtek. I Wojtek, jak widzi, że ja jestem, to zawsze coś proponuje. I zawsze trafia po prostu w sedno. Proponuje mi coś, ja sobie to przesłuchuje i zazwyczaj z tą płytą wychodzę. Ostatnio kupiłem płytę dwóch niemieckich producentów J.R. i PH 7, którzy skupili na tym krążku - to jest podwójny winyl - po prostu śmietankę światowego rapu. Płyta ma takie brzmienie, jakie ja lubię: czuć, że powstała z winyli, jest zrobiona na winylu i jeszcze ma mega gwiazdy. Nie śledzę nowych tytułów, które wychodzą. Czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham.
Coś oprócz rapu? Jakieś inne gatunki?
Zdecydowanie. Jaram się muzyką głównie z lat 70. Mam generalnie zboczenie, jeśli chodzi o czarne krążki – te płyty opowiadają jakąś tam historie. Nie ściągam w ogóle płyt z Internetu. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Ale jeśli już się tym zainteresuje i wiem, że jest to jakiś starszy rocznik, to szukam, czy nie mogę tego gdzieś znaleźć na placku. Tak było m.in. z płytą 24 Carat Black – Ghetto Misfortune's Wealth. Mistrz po prostu nad mistrzami, a przesłuchałem ją po raz pierwszy z czyjegoś polecenia. Szukałem dobre dwa, może nawet trzy, miesiące miejsca w sieci, w którym mógłbym ją zamówić – napisałem maila do sklepów winylowych w Warszawie, czy mogą mi je ściągnąć.
I z tą płytą jest śmieszna historia, bo jednego dnia dostałem potwierdzenie możliwości odbioru, jednocześnie właśnie z tych trzech miejsc. W jednym miejscu kupiłem, z dwóch pozostałych próbowałem się wymiksować, ale dosadnie mi to wyperswadowano. Tym samym mam w domu 3 placki zajebistej płyty. Jeśli kiedyś ktoś do niej dotrze, to też może poszuka, akurat może ja będę wystawiał jedną gdzieś na Allegro i zarobię na tym fortunę.
Wracając do pytania, słucham. Dużo słucham funku, jazzu. Jak tylko są jakieś kiermasze winylowe, czy stoi jakiś dziad na ulicy i sprzedaje, to zawsze jakiś smaczek złapie. W zeszły weekend byłem na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. Tam jest taki Park Kultury Powsin. Stał tam właśnie ktoś i sprzedawał płyty winylowe. Między Marylą Rodowicz, Czerwonymi Gitarami i innymi rzeczami była płyta zespołu Ptaki, którego w ogóle nie kojarzyłem. Bardzo lubię oryginalne okładki i właśnie tak było z tymi Ptakami – widziałem, że okładka jest inna niż wszystkie. Zresztą też rok wydania, jakieś lata 70. chyba. Tak mi się wydaje, bo stare polskie płyty mają to do siebie, że rzadko kiedy jest na nich wypisana data produkcji. Ale tak reasumując, Ptaki kosztowały mnie 5 złotych, a myślę, że z 3 zajebiste bity z tego powstaną. Jak wróciłem do domu, to po prostu szczęka mi opadła, jak usłyszałem niektóre breaki na tej płycie. Tak jak mówiłem, czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham. Ogólnie dużo słucham, dużo kupuję i generalnie często nastawiam się na kradzież z tych płyt, pod tym kątem często je przesłuchuję.
To ile masz tych winyli?
Trudno powiedzieć, ja ich nie liczę. Zajmują znaczną część pokoju. W piwnicy też jest trochę – takich, których nie słucham albo takich, które kiedyś od kogoś dostałem, przesłuchałem raz i stwierdziłem, że jednak nic z nich nie będzie. Nie będę strzelał. Nie liczy się to na pewno w tysiącach, ale myślę, że koło pięciuset jest ich na bank.
Ciąg dalszy nastąpi...
Afro Kolektyw unplugged (przynajmniej przez chwilę)
Jakieś półtora roku temu Afro Kolektyw wystąpił w gorzowskim Magnacie. Był trochę syf. 15 osób, z czego szóstka zainteresowanych koncertem. Afrojax popeliny może nie odwalił, ale pograł mniej niż godzinkę i na bisy już nie wyszedł. We wtorek, 21 czerwca, miałem sposobność przekonać się, że całkiem inaczej występuje mu się przed szerszym audytorium - jakąś setką, może nawet dwusetką, ludzi, którzy widzą w nim kogoś więcej niż zabawnego grajka za 2 złote.
Miało to miejsca w Warszawie, w klubie 1500 m^2. Różne rzeczy się o tej spelunie słyszało - choćby, że największe stężenie snobów na metr kwadratowy w "Warszafce". Ale co to ma do rzeczy? Miejsce ogółem całkiem klimatyczne, tylko piwo drogie jak cholera - za 8 zł to ja kupiłem płytę Public Image Ltd. w Empiku na Marszałkowskiej. No dobra, takie tutejsze standardy niby, ale chłopaka z prowincji to boli.
Zaczęło się od utworu, który będzie otwierać nowy album Afro Kolektywu. Tu spostrzeżenie: tych nowych utworów zagrano od cholery i jeszcze trochę więcej. I były całkiem spoko, serio. Chłopaki idą w kierunku bardziej melodyjnym, co niektórym może nieco śmierdzieć, ale ja to kupuję. I myślę, że kupi to znacznie więcej osób niż poprzednie krążki. Forma bardziej przystępna, bardziej przebojowa, a treść równie mocno zajadła i zabawna, co wcześniej. "Wiąże sobie krawat" wkręca się niesamowicie, a na koncercie sprawdza się doskonale. Niech o tym świadczy fakt, że we wtorek wykonano ten numer dwa razy - trochę dlatego, że przy pierwszym podejściu pierdolnął prąd, ale jednak numer publika przyjmowała entuzjastycznie.
Staroci też nie brakowało. Głównie rzeczy z "Połącz kropki" - prawdziwymi hitami Afro Kolektyw podziękował żywiołowej i zaangażowanej widowni (pomijając "Seksualną czekoladę", którą zagrano w podstawowym secie). Zresztą najoryginalniejsza polska grupa hip-hopowa wg Marcina Flinta na bisy wychodziła dwukrotnie. Za pierwszym razem - "Karl Malone", "Czytaj z ruchu moich ust" (w jakiejś nowej, bębenkowej i skróconej wersji) oraz "Wiąże sobie krawat". Za drugim - "Gramy dalej", w którego wykonaniu pomogła grupka fanów, gdyż Afrojax zwyczajnie nie pamiętał tekstu.
Tekstu nie pamiętał, ale show robił fantastyczne. Kontakt z publiką opanował do perfekcji - najbardziej podobał mi się - może trochę ograny, ale i tak fajny - patent z wchodzeniem w widownię. Twarz Afrojaxa znajdywała się tak blisko niektórych osób, że rapując do mikrofonu, pewnie opluł tego i owego. Czego on tam jeszcze nie wyrabiał? Na bieżąco żartował w swoim wysublimowanym stylu albo podbierał swoim kolegom instrumenty i pokazywał swoje skillsy a.k.a. "dodatkowe" muzyczne supermoce. Tymi, zazwyczaj prostymi, zagraniami Afrojax wytworzył zajebistą atmosferę i pod sceną, i w całym klubie. Za to szacun.
Nie ma co porównywać z gorzowskim koncertem.100x więcej energii. Ludzie bawili się wyśmienicie - pod sceną kocioł, skoki, okrzyki, podrygiwanie. Nie można przecież zapominać, że Afro Kolektyw to nie tylko prześmiewcze teksty Michała Hoffmana, ale też zwyczajne, zajebiste granie, do którego nóżka sama chodzi (ba, nie tylko nóżka!). Sam się zdziwiłem, że na żywo zespół brzmi tak fajnie - albo przez półtora roku tak się podszkolili, albo rzeczywiście gorzowski koncert był tak słaby. Nie ważne.
Koniec końców był to bardzo udany wieczór. I dla tych, co słuchali, i dla tych, co wykonywali. Swoją miną Afrojax się zdradził, że trochę się tak znakomitym odbiorem wzruszył. Nie spodziewał się, czy co?
Arcade Fire w Warszawie
Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Arcade Fire 24 czerwca zagrało w warszawskiej hali Torwaru. Kanadyjczycy dali prawdziwe show, którego nigdy nie zapomnę. Kto nie był, może żałować. Ale po kolei.
Arcade Fire to oktet. Ośmiu grajków - sporo jak na zespół rockowy. Dałoby to się jeszcze jakoś przełknąć, wszakże istnieją zespoły, w których muzykuje porównywalna liczba osób. Tyle że ta ósemka grajków to nie żadni tam zwykli muzycy, żadni gitarzyści, żadni perkusiści, żadni basiści. To multi-instrumentaliści. Każdy gra tu na wszystkim lub prawie wszystkim. Dla zwykłego śmiertelnika sztuką jest opanowanie gry na jednym instrumencie, a co dopiero na paru?
Piątkowy koncert tylko podkreślał przypadłość członków Arcade Fire do sięgania po różne instrumenty. Dosłownie co piosenkę na scenie dokonywały się roszady - jeden porzucał organy i łapał za wiosło, drugi robił na odwrót, ktoś zostawiał bębny i brał się za klawisze, a na perkusji zastępowała go osoba, która do tej pory tylko śpiewała. I tak w koło, Macieju. Nie można było narzekać na nudę. Ba, czerpało się dodatkową radość z obserwacji tego, kto kogo teraz i na czym zastąpi. A może wyskoczy z instrumentem, którego dotąd nie było słychać? I takie rzeczy się działy. Właściwie tylko jedna ze skrzypaczek nie porzucała swego grajpudła, pozostałe siedem osób wręcz żonglowała instrumentami.
Mało tego, każdy z muzyków wczuwał się w swoją rolę. Nikt tu nie odwalał Artura Rojka i nie stał na baczność, tylko autentycznie żył muzyką. Ba, nie tyle muzyką, co każdym wydobywanym przez siebie dźwiękiem. Pod tym względem prym wiódł William Butler, którego żywiołowe i energiczne reakcje, czy to grając na gitarze, czy ksylofonie, czy instrumentach perkusyjnych, robiły niewiarygodne wrażenie. - Albo ten koleś coś ćpał, albo jest zdrowo pojebany - myślałem co chwilę, uśmiechając się na widok tańców, hulańców, min i innych akrobacji w wykonaniu młodszego brata lidera Arcade Fire. Gdyby pokłady swojej energii wykorzystywał w polityce, już dawno zażegnano by bliskowschodnie konflikty, a słowo "głód" na zawsze wyparto by ze słownika.
Program koncertu, mimo braku moich ulubionych piosenek ("Crown of Love", "My Body Is A Cage", "In The Backseat"), usatysfakcjonował mnie. Zespół zagrał swoje największe hity i z "Funeral", i z "Neon Bible", i z zeszłorocznego "The Suburbs". Aranżacje poszczególnych utworów zdawały się być jednak nieco ostrzejsze niż na płytach, jakby zostały wykonane z większą werwą i pierdolnięciem. Ostrego pogo przy tym wprawdzie nie było, to nie punk rock, ale energii sporo, podskoków równie wiele, tak samo jak i nieokiełznanego wymachiwania rękami. Bez wątpienia działo się pod sceną, na co spory wpływ miał znakomity kontakt Kanadyjczyków z publicznością.
To był chyba najlepszy koncert, w jakim uczestniczyłem. Mega show mega gwiazdy, która nie do końca poczuwa się do swojego gwiazdorstwa. Arcade Fire to zespół wyjątkowy - nie gra prostych kompozycji, a mimo to potrafi osiągnąć sukces komercyjny. Choć chyba nie w Polsce, gdyż w hali Torwaru może nie tyle było pusto, co nie brakowało "osobistej przestrzeni". Na TAKIM koncercie TAKIEJ grupy powinien być ścisk jak w Rwandzie.
Król undergroundu znów w Gorzowie
- Średnia wieku żadna, a z głośników napierdala ochotnicza straż pożarna - te słowa Afrojaxa doskonale oddają to, co widzę i słyszę w sobotę, 25 marca, zaraz po tym, jak wchodzę do gorzowskiego Metronomu - takiej miejscowej techno-remizy, w której tego dnia wystąpić miał Małpa - w ostatnich latach niepodważalny król undergroundu i - jak się okazuje - władca serc piętnastoletnich fanek "Paznokci".
Wchodzę i nie wierzę własnym oczom: - Dziś gra raper, czy są jakieś balety? Połowa osób w klubie to odpicowane nastolatki z gimnazjum, które po paru piwach mogą wyglądać na pełnoletnie. Drugie 50% to chłopcy w za szerokich spodniach i bluzach - prędzej ulica niż truskul. Założę się, że może nie wszyscy, ale wielu z nich wpada do Metronomu nie tylko na hip-hopowe koncerty, które się niestety tutaj zdarzają. Mówiąc krócej, stała klientela tej wieśniackiej speluny. Aha, tego dnia nie tylko gra Małpa. O 23 miejscowy wodzirej ("DJ" nie przechodzi przez klawiaturę) rozkręca zabawę! Wszystko staje się jasne!
Supporty? Raz, że za dużo (ile tych składów było? 7?). Dwa, że koszmarne. Sami wack MCs. O zgrozo nie tylko z Gorzowa, także przyjezdni. Ksywek nie ma co wymieniać - wszyscy bez dykcji, bez charyzmy, bez tekstów, bez pomyślunku. Wszyscy tandetni i sztampowi do szpiku kości.
A Małpa? No spoko. Nie ma scenicznego doświadczenia Eldoki, Ostrego, czy Mesa, co widać, słychać i czuć, ale ogólnie daje radę. Nie odpuszcza, mimo że publika jest, jaka jest. Co z tego, że połowa ma po piętnaście lat, skoro ta połowa płaci za koncert tak, jak inni? Trzeba się przyłożyć. I Małpa się przykłada. Gra swoje największe hity z "Kilku numerów o czymś" - od "Intra", przez "Nie byłem nigdy" i "Paznokci", po "Męczennika" - gra swoje zwroty z "Nagapiłem się" Pezeta i Małolata, gra jakiś numer, może dwa, których kompletnie nie kojarzę. Małpę wspomaga Jinx, ale zero informacji odnośnie zapowiadanej płyty Proximite. A szkoda, bo czekam.
Kontakt z publiką bardzo dobry. Świetny patent z rapowaniem poszczególnych wersów, patrząc się w oczy jednej, wybranej losowo z widowni, osoby. Niektórych może to peszy, ale zdecydowana większość powie, że to tylko zmniejsza dystans między artystą a fanem.
Małpa gra godzinę. Bez bisów (w sumie i tak raczej nie ma już żadnego repertuaru w zanadrzu). Schodząc ze "sceny", zostaje zatrzymany przez tłum fanów, już nie tylko piętnastoletnich. I wiadomo - piątki, autografy, zdjęcia, rozmowy. Nie wiem, na jaki czas go przystopowano - zaczynają do mnie docierać dźwięki, których bynajmniej nie puszcza DJ Chwiał, więc wychodzę z tej techno-remizy, co by dać odpocząć uszom.
Łukasz Małkiewicz ma jeszcze przed sobą daleką drogę, żeby dorównać tuzom polskiej sceny hip-hopowej. O ile w studio często ich dogania (ba, czasami wręcz ich przewyższa!), o tyle na koncercie wychodzą nie tyle braki, co różnice na niekorzyść rapera z Torunia. Raz myli zwrotki, raz wypada z bitu, raz i on, i hypeman nie kończą wersów. To drobne wpadki, wiadomo. Ale to właśnie one decydują o tym, że ktoś jest gwiazdą polskiego hip-hopu, a ktoś tylko królem undergroundu i piętnastoletnich fanek malowanych paznokci.
PS Daniel Drumz kończył koncert Eldo "Beautiful Losers" Hocus Pocus, DJ Chwiał Małpy jakimś nowym kawałek Weny. To też robi różnice.
System Of A Down @Kindl-Bühne Wuhlheide - Berlin
Prawie dwa tygodnie temu, 15 czerwca, w Berlinie wystąpiło System of a Down. Mnie tam nie było, ale rolę korespondenta całkiem nieźle spełnił Mikołaj Horyd. Poniżej jego relacja:
Arena (tudzież stadion lub jakkolwiek nazwać ten półkolisty układ sceny i widowni) znajdowała się w sercu dość rozległego parku wypełnionego dziećmi, budkami z piwem i fajnymi, "zakręconymi" placami zabaw. Na koncert mogliśmy poczekać swobodnie, spożywając zaopatrzenie w miejscu publicznym, co jest nie do pomyślenia w polskich warunkach.
Gdy tylko udostępniona została taka możliwość, najbardziej hardkorowi fani (w tym my) ustawili się pod sceną już 2 godziny przed - wszystko w fantastycznym porządku i bardzo sprawnie, pomimo, zdawałoby się, ogromnej liczby czarno odzianych ludzi.
Spiekota i duchota, już na początku dająca się we znaki, zwiększała się wprost proporcjonalnie do liczby ludzi przybywających na miejsce. Ku mojemu zdziwieniu niektórzy zaczęli zajmować miejsca na tyłach. - Dziwni ludzie - pomyślałem i oddałem się dalszej konsumpcji w oczekiwaniu na jakąkolwiek akcję.
Rozpoczęło się supportem zespołu, którego nazwy zabijcie-mnie-nie-pamiętam. Według mnie grali całkiem przystępnie, jednak niektórzy wyrażali gesty dezaprobaty wobec przedłużonego oczekiwania na Ten Jeden Właściwy Zespół. Aby nie dopuścić do zbiorowych rozruchów, perkusista SOAD, John, objawił się na scenie, by paroma oklaskami wesprzeć mniej doświadczonych kolegów. Większość miejsc była w tym momencie już zajęta, co za chwilę okaże się zgubne...
Zza rozpostartej kurtyny rozległ się pierwszy dźwięk klasycznej piosenki, którą System zaczyna koncerty - "Prision Song". W tej samej chwili ludzie zaczęli napierać... Nie było już żadnej szansy na ratunek! To było jak gaszenie polanej benzyną koszulki w środku cysterny z gazem - można było tylko stać i podziwiać fajerwerki.
Niesamowicie rytmiczne wejście objawiło wspaniały talent Niemców do pogo... Królował typ 2 metrowych wikingów z nagą piersią - nie przeszkodziło to jednak w zabawie do wymyślnie przetworzonych i zagranych z całą wirtuozerią hitów Systema.
Muzycy bawili się nie gorzej od publiczności: Serj tańczył i podskakiwał, Daron urządził sobie potupajkę z gitarą oraz wplatał różne humorystyczne akcenty (jak "You should be never crowdsurfin on cheapseats" na widok człowieka, który znalazł się drogą powietrzną na wyżej ulokowanych miejscach), Shavo jak zwykle wykazał się zaawansowanym ADHD. Jedynym niewidocznym był John, który zagrał jedynie wstęp do "Radio/Video" na tamburynie.
Na koniec koncertu (niestety bez bisów) rozrzucili kilka gadżetów. I się zmyli. Było to dosyć bolesne, jako że "loudest audience on this tour" była rozgrzana już do czerwonośći i - tak, tak - chciała więcej. "Krótki", 2,5-godzinny występ nie zwrócił lat zawieszenia zespołu, jednak z areny wyszedłem z poczuciem spełnienia.
Koncert przerósł oczekiwania. Był wszystkim tym, czym zawsze uwodził System. Agresywny, zabójczo rytmiczny, a jednak chwytający za delikatne strefy duszy i serca. Polecam każdemu - ja zobowiązałem się już jechać na następny.
Gustoprześwietlacz: PODSUMOWANIE
Było 37 gustoprześwietlaczy. 36, nie licząc mojego.
370 piosenek. Niektórzy artyści przewijali się wielokrotnie.
Dwukrotnie: IAM, Zkibwoy, KSU, Faith No More, Beastie Boys, AC/DC, L.U.C, Bonobo, Florence + The Machine, Burial, Daft Punk, Massive Attack, Gentleman, The Beatles, Shakira, Manaam, System of a Down, Paktofonika, DubFX, Hey, O.S.T.R., The Roots, Pink Floyd, Jill Scott, Björk, Gang Starr, Łona, Eric Clapton, Maluch, Bajzel, John Frusciante, Cypress Hill.
Trzykrotnie: Strachy na Lachy, Eldo, Pablopavo i Ludziki, Bob Marley, Nas, Gorillaz, Afro Kolektyw, Fisz, The Fugees, The Cranberries, Lao Che.
Pięciokrotnie: Kult, The Prodigy.
Sześciokrotnie: Red Hot Chilli Peppers.
Nie wszyscy chcieli podzielić się równo dziesięcioma utworami. Groszka pokazała 9, niżej podpisany 11 kawałków.
"10" najbardziej trafiająca w moje gusta: Górek i Horbi ex aequo
Najbardziej zaskakująca "10": Agniecha
Najbardziej undergroundowa "10": Davio
Najśmieszniejsze opisy: Deliszys
Najzabawniejsza "10" ogółem: Zawył wół
12 utworów pojawiło się więcej niż 1 raz. Jedenaście dwukrotnie, jeden trzykrotnie.
IAM - Demain c'est lion
Dziewięć kurwa minut kozackiego rapowania do dość prostego i monotematycznego bitu.
Zkibwoy & DJ Ader - Skandale (feat. Pan Wanxxx)
Klasyczny bit, klasyczne zwroty Jobiksa i Wankeja.
AC/DC - T.N.T.
Nic nie będę pisać - posłuchajcie.
Bajzel - Wsioryba
Nie jestem pewien, ale ten cały Bajzel wypłynął chyba na Męskim Graniu. "Wsioryba" szybko się wkręca.
Pablopavo & Ludziki - Do stu
Nie mam pojęcia, dlaczego akurat ten numer z "Telehonu" znalazł uznanie więcej niż jednej osoby. Ktoś ma jakiś pomysł?
The Prodigy - Omen
To jest dobre. I tyle na ten temat jestem w stanie powiedzieć.
Bob Marley - Iron Lion Zion
Mój ulubiony kawałek Boba. A w mojej "10" go nie było.
Nas - Nas is like
Klasyczny bit. Bardzo go lubię.
Afro Kolektyw - Karl Malone
Karl Malone, czyli BANANEK! Absolutne TOP3 Afro Kolektywu. Listoooonosz naaaasz!
The Fugees - Fu-Gee-La
Najlepszy numer od The Fugees. Najlepszy, do którego rękę przyłożyła Lauryn Hill. I ten bit!!! Mega rzecz.
The Prodigy - Girls
Aż 2 numery The Prodigy pojawiały się na czyichś listach dwukrotnie. Ciekawe, ile z tym wspólnego ma fakt, iż brytyjski zespół wystąpi w sierpniu na Przystanku Woodstock...
Gorillaz - Feel Good Inc.
3 - tyle razy ktoś umieszczał "Feel Good Inc." w swojej "10". Sam, jeśli chodzi o Gorillaz, wolę "Clinta Eastwooda", ale i ten numer kosi.
Nie wszyscy zdążyli dosłać swoje "10". A szkoda. Będzie druga edycja gustoprześwietlacza, tak mi się wydaję. Ale nie będzie ona przeznaczona dla moich znajomych. Zobaczycie dla kogo.
