Wywiad z Kubsonem - część czwarta

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W czwartej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – odpowiada na pytania odnośnie szeroko pojętych planów na przyszłość oraz spędzania wakacji.

Litoslav: Jakie plany na przyszłość? Trzeci krążek, featuringi, produkcja bitów dla innych raperów, jakieś koncerty?

Kubson: Produkcja jak najbardziej. Bardzo się cieszę, jeśli ktoś rapuje pod to, co zrobiłem. Chyba, że mi się tak podoba bit, że chcę go sam wykorzystać, robiąc na nim sławę i pieniądze. (śmiech)

Featy? Jeżeli ktoś mnie zaprasza na płytę, to pewnie. Ale tego jest bardzo mało. Nie jestem popularną osobą w hip-hopie. Ani Internet się jakoś do mnie nie przekonał, ani legalna dystrybucja – ani z jednej strony, ani z drugiej to nie chwyta. Zaprosił mnie na swoją płytę Siódmy, to była płyta "Fundament", która też jakiegoś super-szału nie zrobiła, mimo że jest bardzo fajną produkcją. Teraz nagrywam z Kfiatem z Siły Dźwięq. Bardzo fajny, funkowy kawałek, bit wyprodukował DJ Spike, mistrzostwo świata. Nie nagrywam ze śmietanką polskiego hip-hopu, ale też na swoje płyty nie mam potrzeby zapraszać wielu osób. Wychodzę z takiego założenia, że musiałbym z kimś usiąść, pogadać na jakiś temat, przyjść do domu, pomyśleć nad tym i stwierdzić: – Kurde, mógłbym nagrać z nim ten kawałek. On miał fajny pogląd na ten temat.

Nie szukam gości na płytę tylko po to, żeby podbijać jej sprzedaż.

A co z koncertami?

Koncerty gram, jeżeli ktoś akurat organizuje i mówi mi, że fajnie by było, jakbym zagrał. Nie mam managera, sam ogarniam wszystko. Muzykę robię z zajawki, tylko i wyłącznie. Jeżeli mam jakieś swoje zajęcia, które przynoszą mi wymierne korzyści materialne, to właśnie im się poświęcam, a zajawkę traktuję jak zajawkę. Jeżeli płyty się sprzedają, to się bardzo cieszę. I jeżeli ktoś zadzwoni i powie: - Kurde, fajnie byłoby mieć cię tu na żywo. Przyjeżdżaj, zagrasz coś - to też fajnie. Ale bynajmniej telefon mi się nie urywa. Głównie koncerty gram w Warszawie, bo tutaj znam parę osób, które organizują imprezy tematyczne i na nie mnie często zapraszają. Ale wiesz, ciężkie jest życie rapera. (śmiech)

Bejdełej - dostałem się na X edycję Mazury Hip-Hop Festiwal! Po tym jak wydałem płytę, ktoś napomknął mi o organizowanym konkursie. Wysłałem zgłoszenie, zebrała się komisja i mnie chcą. Fajnie.

A trzecia płyta?

Być może nawet nie hip-hopowa. Nie mówię, że będzie "luzik, arbuzik", ale zawsze się jarałem takimi chilloutowymi, spokojnymi kawałkami. Jeżeli wydam trzecią płytę, to wydaję mi się, że wyjdzie ona tylko na winylu, bo te winyle ["Igła w stogu PCV" na placku – przyp. Lite] mają o wiele lepsze branie, a o pudła z cedekami się w domu potykam. Spełniłem swoje życiowe marzenie – wydałem projekt na wosku.

Być może, wydając kolejną płytę, skupię się tylko na instrumentalach. Nie będzie to płyta hip-hopowa, choć może będzie miała trochę taki charakter. Najbardziej nastawiam się na chilloutowe jazdy, bez rapowania (ew. jakiś jeden kawałek będzie do niej przewinięty).

Nie widzę większej szansy, jeśli chodzi o hip-hop. Jest przesyt rapu i ludzie boją się otwierać na rzeczy, które nawet brzmią fajnie i ciekawie, ale trudno jest inwestować pieniądze w takiego kota w worku. Kupię sobie płytę jakiegoś tam Kubsona, ale nie wiem, czego się po nim spodziewać. Lepiej kupić płytę gościa, który wydał już empikowe płyty i ma teledyski, bo ja już wiem, jak on rapuje. Wielki jest problem, żeby dotrzeć do ludzi – nie do masowego odbiorcy, tylko do zajawkowiczów.

Teraz napisał do mnie gość spod Krakowa – Witek – z pytaniem, jakiego sampla użyłem w którymś tam kawałku. Sprawdziłem sobie Witka w historii maili i się okazało, że Witek kupił u mnie płytę na Allegro. Napisałem mu, że wszystkie płyty, z których brałem sample, opisane są w książeczce do wydania CD i może sobie spokojnie przeczytać. Następnie Witek odpisał, że on generalnie okładek nie ogląda, bo jest niewidomy. Od razu dostałem strzał na plecy. Zresztą napisał mi o samplu, który był tylko we fragmencie kawałka. Jest taki numer "Wkręt" – tekst: "...przytłumione dźwięki..." i wchodzi inny bit. I on mi napisał właśnie o tym numerze, o tym fragmencie, którego nie brałem pod uwagę, projektując okładkę. Znalazł coś, do czego nie ma informacji.

Zacząłem z nim pisać. Cieszę się, jak trafiam na takich zajawkowiczów. Okazało się, że Witek produkuje, przesłał mi paczkę bitów. Nie biorę tu absolutnie poprawki na to, że nie widzi, ale te bity nie różnią się absolutnie od tego, co może zrobić osoba w pełni sprawna. Czysta zajawa. Taki słuchacz jest warty stu słuchaczy, którzy siedzą na hip-hop.pl i codziennie na rapidszopie "kupują" płyty.

Powoli kończymy. Niektórzy już mają wakacje. Ja już od miesiąca. Natrafiłem na taki Twój kawałek w sieci, którego nie ma na żadnej płycie. "Wyjazdy". O zagranicznych podróżach. Jakie wspominasz najmilej? Co masz w najbliższych planach? Jakie jest Twoje największe marzenie?



Najmilej wspominam oczywiście wypady z moją Lejdi, z którą śmigam sobie już od 2 lat w różne miejsca, czy to na świecie, czy w Polsce. Byliśmy m.in. w Egipcie, w którym jej się bardzo podobało, bo było ciepło. Ale tak jak było w tym kawałku - trzecia zwrotka o Budapeszcie – pojechałem też na taki męski wyjazd i go również wspominam przecudownie.

Jak pozwolą finanse, to być może sobie w tym roku gdzieś pojadę. Na pewno na Mazury, zresztą już w ten weekend do Olecka, do swoich ziomów, m.in. właśnie do Galusa. A marzenie wyjazdowe? Chciałbym pojechać do Kanady na dechę. Ogólnie wolę wyjazdy takie zimowe niż letnie. Może tak niezbyt wakacyjnie to zabrzmiało, ale tak właśnie jest. Chciałbym tam pojechać, pojeździć na snowboardzie.

To się żegnamy. Chcesz dodać jakieś 3 słowa na koniec? Do słuchaczy, czytelników, zajawkowiczów, kogokolwiek?

Pozdrawiam serdecznie. Osoby, które nie zetknęły się jeszcze z moją płytą zachęcam do tego, żeby przesłuchały chociaż jeden kawałek – koniecznie z "Igły..." - być może nawet nie ten, który zaczyna się od słowa "kupa". (śmiech) Miłego!

Dzięki za wywiad.

Dzięki.

korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Co Ci tylko zostało? Twój strach, strach, strach...


"Proces". Taka książka. Franza Kafki. Bardzo dobra, parę dni temu przeczytałem. Pozycja obowiązkowa, jak mniemam. Kiedyś w kanonie lektur, dziś tylko w rozszerzonym. A szkoda. Moim zdaniem licealiści prędzej powinni czytać właśnie takie książki jak "Proces" czy "Rok 1984" niż kolejne dzieła polskich wieszczów, w której Polacy walczą za ojczyznę, płaczą za ojczyzną i tak dalej. Nuda straszna, po co tyle książek o tej tematyce, gdy światowa literatura zawiera tyle godnych polecenia pozycji?

Ale ja nie o tym. "Proces". Także film. Dwa filmy. Jeden z '62. Reżyseria Orson Welles. Produkcja francusko-włosko-zachodnioniemiecko-jugosławiańska. W roli głównej - Anthony Perkins. Drugi z '93. Józefa K. gra Kyle MacMahlan, niezapomniany Agent FBI Dane Cooper z "Miasteczka Twin Peaks" (ostatnio wystąpił w paru odcinkach "How I Met Your Mother"). Na plakatach promocyjnych znalazł się jednak nie on, a Anthony Hopkins, kreujący postać kapelana więziennego. Na ekranie jakieś 10 min, ale że gwiazda, to idzie na poster. Beka.

Oba filmy całkiem spoko. Z książką jednak bez porównania. Wiecie, Franz Kafka nie nakreślił żadnej wartkiej akcji. Tu jest dużo opisów, dużo gadania. I oba obrazy właśnie takie są - przegadane (ten sam problem jest z ekranizacją "Roku 1984"; swoją drogą, tam jest świetny soundtrack, polecam!). Bez czytania książki nie ma sensu ich oglądać. Ale już się ogarnie temat, to warto zobaczyć. Choćby po to, żeby poznać dwie, wcale nie takie same, wizje "Procesu". 30 lat różnicy to w przypadku kinematografii istna przepaść plus, wiadomo, różne spojrzenia na sprawę (dobrze powiedziane) dwóch różnych reżyserów.

Kim jest główny bohater książki, Józef K.? Prokurentem bankowym, którego w dniu urodzin budzi dwójka panów, mówiąc: - Sorry ziom, ale jesteś aresztowany. Nie wiadomo, kto go oskarża, o co i tak dalej. Słowem, niezła paranoja.

A co Józefie K. mówi na "Bułgarskim Centrum" Grabaż, wokalista i frontman Pidżamy Porno? To, co wiedzą inni. Wszystko i nic. A zresztą, sami posłuchajcie:

Mroku - Bajki robotów (2011)


Mroku
Bajki Robotów
self-released, 2011

2.0

Mroku, raper z Koszalina, po nieudanym wejściu na legal ze swoim składem, Bla-Bla, konsekwentnie nagrywa kolejne, solowe płyty w podziemiu. Niestety, z konsekwencją w końcu przesadził.

Konsekwencja bowiem doprowadziła do tego, że wypuścił album niby nowy, ale gdzieś już wcześniej słyszany. Więcej tego samego? Wręcz przeciwnie. "Bajki robotów" są od bardzo dobrych "Mrocznych nagrań" o połowę krótsze, o połowę gorsze, dwa razy nudniejsze i - zarazem - prawie identyczne. Mniej tego samego? Też mi polityka...

Właśnie, polityka. Dużo tu jej - choćby w tytułowych "Bajkach robotów" koszaliński MC nawołuje, zupełnie jak Kazik, do spalenia parlamentu. Że nie było tyle krajowego podwórka na "Mrocznych nagraniach"? Racja, ale już na nieco wcześniejszym "Znamy się ze słyszenia" owszem. Zamykanie obywateli w niedzielę w kościele, "Mam dość gier tych" - pamiętacie, czy już zapomnieliście? Może i nie miałbym z tym problemów, w końcu parę lat minęło, zmieniła się władza i tak dalej - słowem, można wrócić do tematu - lecz to polityczne narzekactwo stoi na poziomie demotywatorów. Prawdziwe i głoszone przez wszystkich, jednocześnie niezbyt odkrywcze i przywdziane w mało oryginalną formę. Można się spierać, czy raper powinien być rodzajem trybuna ludowego, ale nawet jeśli tak, to nie może upodobniać się do nastolatków korzystających z uroków Web 2.0.

Mroku albo powtarza sam siebie, albo powtarza innych MCs. Ile można słuchać o minusach cyberprzestrzeni? Bądź o mieście, w którym urodził się i/lub żyje dany raper? Ile można słuchać historii, które niby są całkiem odmienne, niby są inaczej opowiedziane, lecz tak naprawdę chodzi w nich dokładnie o to samo, co zawsze? Trudno wręcz nie usnąć z nudów. Zwłaszcza, że Mroku nie rozwinął się i pod innymi względami. Flow, technika, umiejętności - od dwóch lat bez zmian.

Instrumentalna wersja "Bajek robotów" także nie naprawiłaby sytuacji. Mahyn i BobAir to naprawdę nieźli producenci, zwłaszcza ten drugi potrafi czasem pozytywnie zaskoczyć, ale jednak bitami na tym albumie rozczarowują. Może pojedynczo są to dobre podkłady, ale razem, w dodatku zestawiając z "Mrocznymi nagraniami", zwyczajnie nużą. Obaj panowanie przez te 2 lata nie próżnowali, niewątpliwie poprawili swój warsztat, a mimo to ma się wrażenie, że ich kompozycje już się gdzieś - konkretyzując: na poprzedniej płycie Mroka - słyszało.

Na "Bajki robotów" nie ma właściwie żadnej rady. To nudna, odtwórcza pod wieloma aspektami produkcja. W dzisiejszych czasach, gdy wychodzi po kilkanaście płyt dziennie, wręcz głupio tracić czas na rzeczy, które nie są ani trochę świeże. Z drugiej strony wydaję mi się, że ktoś, kto nie słuchał "Mrocznych nagrań", z nowej solówki Mroka może być, paradoksalnie, zadowolony. Czar jednak pryśnie, gdy dotrze do poprzedniczki "Bajek robotów".

Wywiad z Kubsonem - część trzecia

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W trzeciej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – pytam go m.in. o sprzedawanie rękopisów, o to, co go łączy z Eldoką, słuchanie własnych utworów i grę na flecie.

Litoslav: Na pierwszej płycie mówiłeś – "rękopisy nie płoną". Co myślisz o ich sprzedawaniu? Z pół roku temu swoje rękopisy próbował sprzedać Eldo.

Kubson: Jeżeli jest taka sytuacja w życiu, że brakuje Ci pieniędzy i już nie wiesz, co masz robić, to możesz się do takiego kroku posunąć. Wg mnie rękopisy mogą sprzedać nasze wnuki, kiedy już nas nie będzie. Co do rękopisów Eldo – być może ktoś je kupił, bo wie, że kiedyś w przyszłości je po prostu dobrze opchnie. W kominku sobie nie rozpali, bo nie płoną. (śmiech)

I właśnie na tych rękopisach, na niektórych tekstach widniała ksywka Kubson. "Bit: Kubson".

O proszę, tego nie wiedziałem…

Eldo kiedyś był u mnie w domu i słuchał rzeczywiście bitów. Tylko że wybrał akurat nie moje. Miałem u siebie bity mojego koleżki, Mr. White'a. Moje mu się w ogóle nie podobały. No, może jeden – ten do numeru "Mądry człowiek", który mam na nowej płycie. Ale powiedziałem mu, że bit jest na pewno zajęty, bo ja pod niego będę pisał, mimo że jeszcze kawałka nie miałem gotowego, ale wiedziałem, że z niego powstanie po prostu dobry sztos i nie chciałem go oddawać. Natomiast Eldo, jak mówiłem, wybrał podkłady Mr. White'a. I zresztą na płycie, tej z pięścią ["Nie pytaj o nią" – przyp. Lite], jest rzeczywiście jeden jego bit. Być może napisał sobie skrót myślowy – miał bity przesłane przeze mnie, ale nie moje.

I jeszcze co do Eldo – podobnie jak on jesteś zafascynowany miejskim klimatem, Warszawą. Skąd to się bierze?

Teraz są takie reklamy na przystankach – "Zakochaj się w Warszawie". Ale jeśli ktoś przyjeżdża do Warszawy, wysiada na Dworcu Centralnym, a potem idzie kilometr, żeby dotrzeć do jakiejś zieleni, bo zewsząd otaczają go rusztowania, budowy, przekopki i tak dalej, to raczej trudno mu się zakochać w Warszawie. Ja kocham Warszawę np. za miejsce, w którym siedzimy [Park Saski – przyp. Lite], za aurę, która nam tu akurat towarzyszy. I takich miejsc w Warszawie trochę jest, tylko trzeba pochodzić i poszukać. Myślę, że ktoś, kto mieszka tutaj około roku, znajdzie sobie już takie swoje ulubione miejsce – czy to będzie knajpa, czy park, czy kościół, czy cokolwiek innego. Wtedy idei "Zakochaj się w Warszawie" jest w stanie przybić piątkę.

Na nowej płycie przepraszasz muzyków, że na niczym nie grasz. Nie ma żadnego instrumentu, na którym chciałbyś zacząć grać?

Jest taki instrument. Nawet w kawałku "Burdel Czill" gram na nim. Na flecie basowym. Kiedyś oglądałem taki program, gdzie gość robił beatbox i grał na flecie. Zacząłem szukać dźwięku tego instrumentu. Okazało się, że to jest flet basowy, tzn. tak mi się wydawało. Później wyszło, że to jest flet poprzeczny, a ja kupiłem prosty. Zacząłem szperać na Allegro. Znalazłem flet basowy prosty. Kupiłem to cholerstwo, kosztowało mnie to straszne pieniądze. Opłacało się pod tym względem, że teraz mogę puścić sobie w domu "Burdel Czill" z winyla i słyszę brzmienie tego fletu basowego i wiem, że 3-4 miesiące temu rejestrowałem go w tym samym pokoju. I to jest super sprawa.



Nie opanowałem gry na tym instrumencie, zagrałem tam bardzo prostą melodię, niemniej jestem zadowolony, że to wyszło. A muzyków przepraszam, że nie opanowałem geniuszu. Chociaż jakbym poświęcił trochę swojego wolnego czasu, którego zresztą mam dużo, to być może nie musiałbym takiego wersu pisać.

Po tej odpowiedzi nasuwają się 2 pytania: Często słuchasz swoich utworów? I drugie: Może powinieneś się zapisać na jakieś lekcje fletu?

Słucham często swojej płyty. Słucham, bo mi się te kawałki po prostu podobają. Jestem chyba osobą, która przesłuchała tę płytę najwięcej razy. Też tak do tego podchodzę, że sprawdzam siebie samego, czy to wyszło, tak jak miało wyjść, czy są jakieś niedociągnięcia. Po kilkudziesięciu przesłuchaniach płyty widzę pewne rzeczy, które mogłyby brzmieć trochę lepiej.

Nie wiem, jak będzie przy następnych produkcjach, ale "Materiału numer jeden" nie słucham w ogóle. Jak coś nagram, to skatuję do bólu. Nawet jak teraz, po tej płycie, nagrałem sobie jeden kawałek, to słucham na iPodzie, i słucham, i słucham, i słucham i myślę sobie: on jest lepszy od tych, które nagrałem wcześniej. Nie odcinam się od tego, co było, ale "Materiału..." nie słucham, bo wg mnie był poziom niżej od tego, co prezentuje teraz. A kawałek, który nagrałem ostatnio? Wydaję mi się, że jeśli wejdzie na następną płytę, to również będzie krokiem do przodu.

A co z tymi lekcjami fletu?

Z jednej strony bym chciał, z drugiej - ja tak zawsze gadam. Zapalam się do wielu zajawek, a potem dziesięć miesięcy wymówek, żeby tego jednak nie robić. Mam słomiany zapał, jeśli chodzi o takie rzeczy. Nikt mnie nie musiał uczyć robić bitów, tylko byłem samoukiem, zresztą cały czas to szlifuję, ale widzę, że mi to wychodzi. Jeśli chodzi o naukę gry na instrumencie, musiałbym posłuchać kogoś mądrzejszego, ileś lekcji poświęcić rzeczom czysto teoretycznym, nie pasującym do mnie. Nie umiem słuchać osób, które chcą mi jakoś lepiej doradzić. Myślę, że w gruncie rzeczy by to nie wypaliło. Nawet gdybym się zapisał i pochodził na lekcje przez miesiąc, to bym jednak stwierdził, że to nie jest to.

O wiele większą zajawę miałbym z instrumentu, który od razu przyniósłby mi pewne efekty. Nie wiem, czy takim instrumentem jest perkusja, ale robienie bitów całymi ramionami i stopami, to jest zupełnie inna rzecz niż produkcja przy użyciu samplera. To na pewno trudny instrument, ale gdybym wiedział, że te werble i hi-haty sobie dodaję na żywo, to by było coś. A gdybym sobie brzdękał i nie zauważył żadnego postępu, to tylko traciłbym czas.

"Imię, nazwisko, instrument – to dla mnie tyle, co inspiracja, podziw i szacunek" – kto dla Ciebie jest największą inspiracją, a do kogo masz największy szacunek, jeśli chodzi o muzyków?

Może nie z imienia i z nazwiska – inspirują mnie może nie całe utwory, co dźwięki, które wywołują ciarki od lędźwi do karku. Jest tak czasem, że słucham utworu, który ma brzmienie z potencjałem na samplowanie z niego i przerobienie tych sampli na hip-hop. Wiesz, że wchodzi jakaś pięciosekundowa sekwencja, która wali na kolana i myślisz sobie: - Ja pierdzielę, ktoś na to wpadł i ktoś to zagrał na żywo. Nie stworzył tego znikąd, nie ściągnął z nieba, tylko ktoś to wymyślił.



Mam wielki szacunek do Jerzego Miliana – to jest bardzo znana postać, jeśli chodzi o jazz, szczególnie w latach 70., początku 80. Wibrafonista. Z Orkiestrą Rozrywkową Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach nagrał dwie takie płyty, które do dziś są wykorzystywane – np. na składankach "Polish Funk". One są cenione na świecie niebywale – sam musiałem się napracować, żebym mógł pozwolić sobie na zakup tych winyli. Dwie stówy kosztował placek Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod batutą Miliana.

Warto było, mimo że wcześniej miałem na CD – po rozmowach z Galusem o tym, żeby samplować tylko z winyla, jakoś tak to do mnie dotarło, że musiałem sobie to kupić. Inwestycja w winyle jest taka, że raczej na tym nie stracisz – jak kupujesz dobrą płytę i nie będzie nikt jej reedytował, to kiedyś na niej zarobisz. Myślę, że nie będę to ja, ale po moim odejściu ktoś wyciągnie z tego sporo pieniędzy. Ja nie sprzedaję zakupionych płyt. No chyba, że mam trzy takie same.

Ciąg dalszy nastąpi...


Korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Nieznany, a szkoda: Andreas Grega

W 2009 roku szwedzki raper Promoe (Looptroop Rockers) wydaje swoją pierwszą solową płytę nagraną w rodzimym języku. Na przebój z "Kråksången" lansowany jest numer "Svennebanan" - szwedzka odpowiedź na "W Aucie" Sokoła i Pono. Utwór szybko staje się hitem, ale jeszcze lepiej zostaje przyjęty kolejny singiel z albumu - "Mammas Gata". Wszystko za sprawą bohatera dzisiejszej opowieści, Andreasa Gregi. No i dzięki niezwykłemu teledyskowi. Widzieliście kiedyś hip-hopowy klip o "matkach ulicy" (tak należy tłumaczyć tytuł kawałka) utrzymany w konwencji... fantasy? Nie? To sprawdźcie:



Zatem: Andreas Grega. Jako dzieciak żyje w dwóch miejscach: w Szwecji, w Hässelby Gård w Sztokholmie - wraz z matką i siostrą - oraz w Grecji, na wyspie Rodos - do spóły z ojcem i dwoma braćmi. Uczy się pilnie i zdobywa wiedzę. Ale pierdoli system. System szkolnictwa. Nie jest jednak szwedzkim Bartem Simpsonem i nie jest częstym gościem w gabinecie szwedzkiego dyrektora Skinnera. Po prostu nie widzi sensu w uczeniu się teoretycznych zagadnień. Woli praktykę. A najlepiej, jeśli ta praktyka łączy się ze sztuką i artyzmem.

Także młody Andrzejek bierze się za wzornictwo. Tak jak polscy raperzy znani są z opowieści o tym, jak to kreślili pierwsze zwrotki na licealnych ławkach, tak Grega pewnie mógłby sprzedać niezłą historię o przerabianiu krzeseł w szkolnej stołówce na łowiecką wycinankę. Swoją drogą, trop meblarski jest naprawdę dobry: jakiś czas później Andreas skręca w lewo jak Tomasz Gollob i ima się nowego zajęcia. Zostaje stolarzem. Nie tyle stolarzem, co pomocnikiem stolarza, który zajmuje się wzorkami. Czyli nie do końca skręt w lewo. Chyba, że potraktować "skręt w lewo" właśnie w kontekście Tomka Golloba - każdy następny to krok bliżej sukcesu.

Czy to opowieść o stolarzu, który - śpiewając sobie, jak zawsze, w pracy - zostaje zauważony przez przebywającego przypadkiem w stolarni Promoe, który - słysząc ten świetny głos - mówi szwedzkie "do stu piorunów" i zapewnia siebie, że wciągnie tego chłopaka do skandynawskiego show-bizu? Nie.

Jeszcze w '97 roku Andreas Grega zakłada zespół - Kungers. Jest ich pięciu. Oprócz niego, wokalisty, Kungers współtworzą: Skoob (gitara), Alex (też gitara), Sigge (znów gitara, ale basowa) oraz Jimbo (perkusja). Co grają? Wikipedia mówi o unikalnym dźwięku, łączącym 83,456% wszystkich gatunków muzycznych świata: rock, reggae, punk, rap, hardcore i folk. Czyli, jak mniemam, coś jakby Brunce Springsteen spiknął się z Bobem Marleyem, Sex Pistols, Nasem i ludowymi grajkami? No, mniej więcej.

Słuchając losowo wybranych utworów Kungers dostępnych na YouTube, można dojść do wniosku, że chłopaki z zespołu faktycznie nie lubią kurczowo trzymać się jednej stylistyki. Raz zespół brzmi jak wczesne Sekaku, tyle że z bardziej melodyjnymi refrenami. Kiedy indziej piosenki Szwedów jawią się jako smęty w kulminacyjnym momencie przeistaczające się w świetne numery (przykładem jest "Livet" - nie słyszałem tak potężnego przejścia od czasu podwójnie kultowego "Do Ani"). Innym razem Kungers bliżej do mniej zaskakującego i pokręconego System of a Down lub wczesnego Linkin Parku, w wersji bez Mike'a Shinody. Zdarza się i tak, że utwory są "czyste" gatunkowo, i tak, że nie sposób je zaszufladkować.

Swój debiut wydawniczy Kungers zalicza już w '98 roku, wypuszczając epkę "Andra sidan". Kolejny album swoją premierę ma dopiero... 9 lat później. Prawdopodobnie Andreas Grega pochłonięty jest stolarką, wzornictwem i robieniem zjawiskowych mebli z drewna i filcu. W każdym razie, dopiero w 2007 roku pojawia się długogrająca płyta pt. "Folkpunk". W ciągu następnych kilkunastu miesięcy Szwedzi nagrywają i wydają - pewnie chcąc pójść za ciosem po sukcesie poprzedniego krążka - "Galaxen".

2009 rok. Andreas Grega dogrywa się na płytę Promoe. To już wiecie. Ale to nie wszystko, co dzieje się przy powstawaniu "Mammas Gata". Andrzejek poznaje bowiem współproducenta "Kråksången" - Astmę. Co więcej, to spotkanie nie wpływa negatywnie na drogi oddechowe szwedzkiego wokalisty, a wręcz przeciwnie - przyczynia się do tego, że kolejny rok jest dla Gregi rokiem przełomowym.

Cyferki 2, 0, 1 i 0 są dla Andreasa szczęśliwe. Premierę ma jego solowy album - "En Sak I Taget" (pol. coś w stylu "Jedna rzecz na raz"). W całości komponuje go Astma, co wyraźnie słychać, widać i czuć. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż płycie Gregi bliżej do dokonań Promoe niż do dorobku zespołu, z którego się wywodzi?

Jak głosi oficjalna strona szwedzkiego śpiewaka, Astma nie lubi być wrzucany do jednego, wielkiego wora z napisem "hip-hop". No, to wiemy już, czemu tak spodobał się wokaliście formacji wędrującej po wszystkich rejonach muzycznego świata. Chęci szukania nowych dróg i rozwiązań trudno nie zauważyć. "En Sak I Taget" to płyta rozstrzelona stylistycznie, a jednocześnie nie da się o niej powiedzieć "niespójna". Jak podaje przywołana przed momentem oficjalka Andreasa Gregi: Multum instrumentów, masa nieregularnych zmian tempa - to wszystko sprawia, że ten krążek brzmi tak "cholernie cool".

I tak jest w rzeczywistości? Jeśli "cholernie cool" oznacza to samo, co "podoba mi się", to jak najbardziej. Melodie są tu konkretne, a wokal stolarza-wzornika nieziemski. Śmiem twierdzić, że na pewno na swojej solówce wykorzystuje go lepiej niż w zespole, który grał wszystko i nic jednocześnie.

Album promują dwa single. Pierwszym z nich jest numer "Dom hade mycket att säga" (pol. "Mieli wiele do powiedzenia"), który zapowiada "En Sak I Taget" już od połowy 2009 roku. Brzmi trochę tak, jakby Czesław Mozil, tyle że z potężniejszym głosem, spotkał się z sekcją dętą Kultu. Nie są to w żadnym wypadku szanty, a mimo tego Andreas Grega postanowia nakręcić do tego klip iście marinistyczny:



Następny z singli - "Där va vi förenade" - mający swoją premierę dokładnie rok później - 6 lipca 2010 - w większym stopniu uwypukla wokalne możliwości szwedzkiego piosenkarza. W tle gra właściwie wyłącznie lekko przytłumiona gitara akustyczna, brzmienie jest więc oszczędne i minimalistyczne, a właściwą melodię nadaje utworowi sam śpiew Andreasa. Mogę tylko przypuszczać, czy "Där va vi förenade" ma jakiekolwiek przesłanie. Klimatyczny teledysk z psami i włochatymi zwierzętami krowopodobnymi nie rozwiewa moich wątpliwości:



I tu właściwie mógłbym już skończyć. Ale 2010 rok przynosi jeszcze jedną rzecz. Andreas Grega dogrywa się do kawałka "Ruter" hip-hopowego składu Karpe Diem. Tym razem to on jest tu gwiazdą. Może to nie ta sama energia, co "Mammas gata", ale i tak ciężko przejść obok głosu szwedzkiego wokalisty obojętnie:



Co będzie dalej? Nie wiadomo. Andreas Grega może pozostać gwiazdą jednego sezonu. Z drugiej strony, dzięki swoim unikalnym umiejętnościom wokalnym jest w stanie osiągnąć wiele. Jakby tak zaczął śpiewać w bardziej zrozumiałym dla reszty świata języku to kto wie, czy nie prowadziłby wspaniałej, międzynarodowej kariery.

Biorąc pod uwagę jego przeszłość, możliwe jest także to, że na jakiś czas porzuci śpiewanie, zamknie się w swoim warsztacie i zajmie się tym, co lubi najbardziej: wzornictwem i stolarką... Taki już jest Andreas Grega: nieznany, a szkoda.
Bibliografia:
http://www.andreasgrega.com/nyheter
http://sv.wikipedia.org/wiki/Andreas_Grega
http://sv.wikipedia.org/wiki/Kungers
http://en.wikipedia.org/wiki/Promoe

Gdyby hip-hopowe evergreeny z Polski były kierunkami studiów

No i nadszedł ten czas - gimbus Lite skończył liceum, ładnie zdał maturę i rusza na studia. Powinien się dostać. Wyniki za jakiś tydzień. Ale to nieistotne. Dziś zamierzam sprawdzić, czym byłyby hip-hopowe evergreeny z Polski, gdyby były kierunkami studiów. Beka, co?

Ano. Wszakże - jak podaje Wikipedia - evergreenem określa się utwór muzyczny o niesłabnącej popularności. Przynajmniej przez jakieś 20 lat. Polski hip-hop nie ma tylu lat, także przyjąłem, że jednak ta wartość może być mniejsza. Zresztą, który z tych utworów byłby evergreenem poza hip-hopowymi kręgami? To temat na inną dyskusję. Dziś się śmiejemy, a jeśli nie, to chociaż słuchamy rapowych klasyków. Kto jest ze mną?

WWO i "Każdy ponad każdym", czyli FARMACJA


Wszyscy najmądrzejsi, jebani, myślą chyba, że są wybrańcami. Kopią dołki pod innymi, biorą udział w wyścigu szczurów. I tak dalej, i tak dalej. Takie pogłoski o studentach farmacji do mnie kiedyś doszły. Nigdy nie studiowałem farmacji. W ogóle niczego nie studiowałem. Także nie sprawdziłem.

Mezo, Liber i "Aniele", czyli ZARZĄDZANIE I MARKETING


Jaki kierunek, taki evergreen.

Peja i "Głucha Noc", czyli STOSUNKI MIĘDZYNARODOWE


Idąc na stosunki międzynarodowe, tłumaczysz sobie słowo "stosunek" w Tobie najlepiej odpowiadającym kontekście. Błąd. Czytając jedną 1000-stronicową książkę tygodniowo, raczej nie ma się czasu na nocne stosunki, niekoniecznie międzynarodowe. Noc jest więc głucha, a niejednokrotnie spędzisz ją na pasjonującej jak przemowy Waldemara Pawlaka lekturze.

O.S.T.R. i "Kochana Polsko", czyli BEZPIECZEŃSTWO WEWNĘTRZNE


To jest bagno zwane rzeczywistością. Bezpieczeństwo wewnętrzne.

WWO i "Damy radę", czyli PSYCHOLOGIA


Kim jest psycholog? Kimś takim, kto powinien wyciągnąć Cię z dołka i powiedzieć, że dasz radę przeżyć śmierć psa / niezdaną maturę / zawód miłosny / coś gorszego. Parę lat temu dokładnie to samo mówił Sokół z Jędkerem. Śmiem podejrzewać, że więcej chłopaków z bloków uwierzyło w siebie dzięki WWO niż dzięki wszystkim psychologom działającym w Polsce razem wziętych.

Sokół, Pono, Franek Kimono i "W Aucie", czyli BUDOWA MASZYN


Wprawdzie nie trzeba być specjalistą z budowy maszyn, żeby brać Cię - w aucie - Cię? - ehe, ale pewna znajomość przestrzeni wewnątrz auta jest chyba przydatna. W końcu to, czy dzieje się to w limuzynie, czy w Volkswagenie Polo, robi wielką różnicę, prawda?

Tede i "Drin za drinem", czyli MISH


W "Drin za drinem" dzieje się tyle, ile na MISH-u. Tyle, czyli czasem nic. Zależy od człowieka.

Wzgórze, Trzyha i "Ja mam to co Ty", czyli WSZYSTKIE KIERUNKI na Uniwersytecie Zielonogórskim i PWSZ w Gorzowie


Mam tak samo jak Ty - miasto moje a w nim - MOICH LUDZI. Mało który student w Polsce powiedziałby o mieście, w którym studiuje, że jest "jego". Studenci z Gorzowa i Zielonej już tak. Dlaczego? Uczelnie te przyjmują głównie osoby ze swoich miast i okolic. Takie są one poważane i wielkie, że z reszty kraju nikt się do nich nie wybiera.

Peja i "Jest jedna rzecz", czyli MATEMATYKA


Po świecie tułają się 3 grupy ludzi. - Jest jedna rzecz, dla której warto żyć: HIP-HOP! - mówią jedni. - Jest jedna rzecz, dla której warto żyć: MATEMATYKA - twierdzą drudzy. Trzeci uważają, że najchętniej nie żyliby tylko dla jednej rzeczy, ale jeśli już zostaliby do tego zmuszeni, to pewnie powiedzieliby, że chodzi o Widzew Łódź. Albo ŁKS. Zależy od dzielnicy.

Kaliber 44 i "+ i -", czyli MEDYCYNA


Oglądam ostatnio siódmy sezon "House'a". I tam ciągle jakieś testy robią. Wyniki są dwa: pozytywny lub negatywny. Plus lub minus. Chyba, że House stwierdzi inaczej. Co ciekawe, jak już się choruje, to lepszy jest minus. Medycyna jest bodaj jedyną dziedziną życia, w której minus jest lepszy niż plus. No cóż, wiedział o tym Magik - nie jest żadną tajemnicą, co miał na myśli, pisząc ten przebój. Może skoczył z okna, bo jednak to był plus?

Pezet/Noon i "Seniorita", czyli SOCJOLOGIA


Socjologiczna obserwacja. "Seniorita". Jaki temat, taka obserwacja.

Paktofonika i "Jestem Bogiem", czyli PRAWO


Jest wiele snobistycznych kierunków. Bo umówmy się - Bóg, jeśli w ogóle istnieje, jest niezłym snobem. Prawo jest jednym z takich kierunków. Tyle osób wybiera prawo, bo liczy na dobry kesz. Nie wiedzą jednak, ile to kosztuje pracy i jak to człowieka zmienia. Ile było filmów o szalonych prawnikach, którzy - widząc zakres swej władzy i swoją materialną potęgę - uważali, że są Bogami? W sumie... Nie wiem... Przyjmijmy, że jakiś musiał powstać. Jeśli nie, to zaklepuję pomysł na scenariusz!

Eis i "Najlepsze dni", czyli STUDIA BEZ STUDIOWANIA


Jedni najlepiej wspominają okres gimnazjum, inni czasy szkoły średniej. Najwięcej jest zwolenników studiów. Wszyscy się jednak zgodzą, że najlepsze dni życia byłyby wtedy, gdyby ze wszystkiego związanego ze studiami wyrzucić samo studiowanie. Ktoś podważy tę teorię?

Grammatik i "Friko", czyli EKONOMIA


I prawo ekonomii - NIC ZA FRIKO - znane jest w naszej cywilizacji mniej więcej od momentu, gdy samice gatunku ludzkiego odkryły, że dając mężczyznom to i owo, otrzymają w zamian pożywienie i bezpieczeństwo. Dopóki jednak Grammatik nie wyłożył I prawa ekonomii na legendarnych "Światłach miasta", polscy raperzy go nie znali. Imbecyle.

Fisz i "Czerwona sukienka", czyli MARKSIZM


W Polsce chyba nie ma takiego kierunku, to zrozumiałe. Ale w Chinach albo innym komunistycznym grajdołku nauka Marksa i Engelsa jako kierunek studiów na pewno jest możliwa.

Pezet/Noon i "Szósty zmysł", czyli MANAGER PRODUKTU


Paliwo, papierosy i alkohol będą sprzedawać się zawsze, niezależnie od ceny. Logika nakazywałaby, żeby menadżer produktu, konkretniej menadżer produktu alkoholowego, zarabiał dużo. Jak jest w praktyce? Cóż, manager produktu brzmi trochę dziwnie i jakoś zbyt wzniośle. To nie może być dobra fucha.

Fisz i "Bla bla bla", czyli FILOZOFIA


Czego się człowiek uczy na filozofii? Takich tam bla bla bla. Konkretyzując, tego, czego uczą wykładowcy. A czego uczą? Zwykłego bla bla bla. A co robią studenci filozofii, jak już przestaną być studentami, zamieniając się w - tak, tak - filozofów? No cóż, dalej takie bla bla bla, tyle że po pracy. Fizycznej.

O.S.T.R. i "A.B.C.", czyli POLITOLOGIA


I jak mam ufać pięknym przemówieniom posłów, gdy 3/4 z nich to banda dyplomowanych osłów? Ostry jest tu politologiem siedzącym w głowach 90% Polaków. Kto nie słyszał nigdy od kogoś, że najchętniej on by tych wszystkich posłów powystrzelał, niech pierwszy rzuci kamieniem! Na politologii pewnie tak wywrotowych myśli nie wykładają. Zresztą, czy na politologii czegokolwiek nauczają? To tylko taka lepsza filozofia.

PS Uprzedzam wszystkich - nie było tu Waszych ulubionych klasyków, bo po prostu ich nie było. To żaden prawilny ranking. Numery brałem pierwsze z brzegu.

Wywiad z Kubsonem - część druga

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W drugiej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – mówi m.in. o zdrobnieniach, kupie (dosłownie!), polskim i zagranicznym rapie oraz o winylach.

Litoslav: Lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"?

Kubson: A co, pewnie tak powiedziałem?

Nie, nie. Po prostu, czy lubisz, jak ktoś mówi "pieniążki"? Niektórzy tego nie lubią.

Nie wiem, jakoś nie zwracam na to uwagi.

A widzisz, bo tu chodzi o zdrobnienia. Studio, w którym nagrywasz, nazywa się "Pierwsze Pięterko". To "pięterko", to zdrobnienie, brzmi trochę dziwnie, kiedy się pomyśli, że jest to studio, w którym nagrywa Kubson, raper.

Pomysł na studio Pierwsze Pięterko narodził się na Tarchominie, tam nagrywaliśmy właśnie na pierwszym piętrze. Nigdy nie robiliśmy hip-hopu poważnego i mega prawilnego, mówiącego, jak masz żyć, co masz robić, jak postępować. To jest hip-hop trochę z przymrużeniem oka. Do tej nazwy mam duży sentyment, zawsze mi się ona bardzo podobała. Młody często do mnie dzwonił: - Przyjeżdżasz na Pierwsze Pięterko? Nagramy jakiś hit!

Jako, że ja też mieszkam na pierwszym piętrze i też zacząłem sobie inwestować w sprzęt i w końcu stworzyłem swoje studio, to automatycznie przeniosłem tę nazwę do siebie do pokoju. Nawet mam tu wrzut na ścianie – "Pierwsze Pięterko Studio".

Aha, czyli to nie jest to samo studio, w którym zaczynałeś? Jak pisałem o Tobie artykuł, to przez takie samo nazewnictwo stwierdziłem, że chodzi o dokładnie to samo studio, w tej samej lokalizacji.

Początkowo działaliśmy na Tarchominie. W końcu przestaliśmy ze sobą nagrywać, mimo że kontakt cały czas utrzymujemy. Uściślając, nie tyle przestaliśmy ze sobą nagrywać, ile Młody odbił od hip-hopu. Słucha go, ale nie ma czasu na nagrywki, bo każdemu życie się tam jakoś układa i jednak praca, rodzinne obowiązki zaczynają brać górę. Nie masz na to czasu albo zajawki. Czujesz, że robisz coś na siłę, że to ci nie wychodzi tak, jak kiedyś wychodziło, dlatego od tego odstępujesz.

Ja cały czas tę zajawę w sobie mam. Właśnie po debiucie miałem najwięcej: wszystkie pieniądze, jakie zarobiłem, ładowałem w winyle, w kompresory, w kable, żeby to miało brzmienie i żeby to było profesjonalne.

A nazwa została nazwą, bo tak było u zarania. Ta nazwa była po prostu naturalna.

Co do nazewnictwa. Na debiucie był utwór "hehe". Będąc złośliwym, można się zastanawiać, czy kiedyś nie nazwiesz jakiegoś kawałka skrótem internetowym typu "zw"?

"Hehe" nie kojarzyło mi się kompletnie z Gadu Gadu, chociaż – prawda – jest to wyrażenie swojego stanu ducha, jedno z najprostszych. Ten kawałek nazywa się "hehe", bo po prostu było dużo śmiechu w tej całej historii. To określenie, co się tego wieczoru rzeczywiście działo. A może to był taki pijacki patent? Nic nie przychodziło do głowy, a to nie mógł być kawałek typu "Trzydziesty pierwszy dzień grudniowy", "Impreza u Agaty" albo "Osiemnastka Tadka"? Nie wiem, dlaczego tak zostało. Zresztą, mam bardzo dużo kawałków, których tytuły są od czapy. Generalnie ważne jest to, co jest w środku w tym kawałku. A tytuł? Podchodzę do tego tak, że nawet nie myślę, czy ktoś będzie się zastanawiał nad tytułem. Często mam coś takiego, że gdy ktoś pyta mnie, czy słyszałeś kawałek Ostrego pt. "Bach, bach", to wiem, że go na pewno słyszałem, ale nie kojarzę kawałka z tytułem.



Kazika Staszewskiego znasz?

Osobiście nie.

Ale twórczość, samą osobę?

Tak, kojarzę osobę.

A znasz może taki jego utwór "Anarchia w WC"?

Nie.

To jest utwór, w którym Kazik pozuje na anarchistę, którego anarchizm objawia się w niespuszczaniu wody w toalecie.

Aha...

Skojarzyło mi się to z początkiem jednego z Twoich utworów. Konkretnie z "Kilo artystów proszę". "Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody" z akcentem na "KUPĘ". Nie myślałeś o tym, że ktoś może w ten sposób się do Twojej twórczości zniechęcić? Dajmy na to, ktoś mówi sobie "sprawdzę tego Kubsona", wybiera losowo jeden numer i pada na "Kilo artystów proszę". Słyszy pierwszy wers i wymięka.

Wystarczy, że posłucha pięć sekund dalej i tam jest rozwinięcie tej myśli: Niech każdy rano zrobi kupę i do południa nie spuszcza wody / Na ulicach od smrodu stanęłyby samochody / Wszystkich raperów, co robią dobre gówno / Na jeden dzień do takiego miasta wysłałbym jutro. Ta "kupa" nawiązywała do tego szitu, który jest obecny wszędzie w hip-hopie i niestety Polska go teraz łapie. Zaraz, nie teraz, już od dawna. W stanach "shit" ma zupełnie inny wydźwięk niż u nas. Jak tutaj widzę przebranego gościa, bo on tak na pewno nie ubiera się naturalnie – bandana, czapka i "sprawdź to gówno ziooom!!!" – to w ogóle to do mnie nie trafia. "Kupa" była łagodniejszym słowem, zresztą nie chciałem powtarzać 2 razy słowa "gówno". Wiem, że wstęp do tego kawałka jest mało smaczny, ale z reguły mam tak, że kawałków nie poprawiam – kreślę do tego momentu, aż mi się nie spodoba. Jeśli to weszło, to znaczy, że tak miało być.



To jeśli już przy tym jesteśmy. Słuchasz w ogóle polskiego rapu?

Mam parę wybranych person, które śledzę. Poza tym, nie ogarniam tego wszystkiego, co wychodzi. Kiedy swoją premierę miała "Igła...", to sprawdzałem, co wychodzi równolegle. Ostatnio słuchałem płyty Weny, bardzo fajnej zresztą. Śledzę też wydawnictwa Asfaltu, jakoś mi do nich najbliżej.

O właśnie. Jaki masz stosunek do Ostrego. To jego wydawanie rok w rok. Nie nudzi Cię to? Jego płyty zdają się być ciągle o tym samym.

Już kiedyś o tym z kimś rozmawiałem, chyba po siódmej płycie Ostrego. Gadałem z takim gościem, który bardzo dużo muzyki słucha i powiedział: - Wiesz co, te płyty Adama brzmią tak samo.

Trochę inaczej na to patrzę, bo sam robię muzykę. Sam ją produkuję i dzięki temu wiem, że Ostry jest niezłym kozakiem, skoro nie dość, że jego płyta jest zawalona od pierwszej do ostatniej sekundy (ile miejsca jest na płycie, tyle on po prostu ładuje muzyki), nie dość, że popisuje się lirycznie i pod względem flow, to jeszcze te bity. Doceniam to jakby z dwóch stron – producenta i słuchacza. Wiadomo, jakiś tam temat się powtórzył. Ale zaznaczmy, że jest nawinięty inaczej: nie ma użytych tych samych wersów, tej samej gry słów, tych samych określeń. Jest to może o podobnych rzeczach, ale nawinięte w inny sposób. No i produkcja. Produkcja przede wszystkim.

A zagraniczny rap? Słuchasz, śledzisz?

Praktycznie nie. To znaczy, jak chodzę do zaprzyjaźnionego sklepu na Chmielnej, do Side One, to tam pracuje taki diabeł o imieniu Wojtek. I Wojtek, jak widzi, że ja jestem, to zawsze coś proponuje. I zawsze trafia po prostu w sedno. Proponuje mi coś, ja sobie to przesłuchuje i zazwyczaj z tą płytą wychodzę. Ostatnio kupiłem płytę dwóch niemieckich producentów J.R. i PH 7, którzy skupili na tym krążku - to jest podwójny winyl - po prostu śmietankę światowego rapu. Płyta ma takie brzmienie, jakie ja lubię: czuć, że powstała z winyli, jest zrobiona na winylu i jeszcze ma mega gwiazdy. Nie śledzę nowych tytułów, które wychodzą. Czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham.

Coś oprócz rapu? Jakieś inne gatunki?

Zdecydowanie. Jaram się muzyką głównie z lat 70. Mam generalnie zboczenie, jeśli chodzi o czarne krążki – te płyty opowiadają jakąś tam historie. Nie ściągam w ogóle płyt z Internetu. Chyba, że ktoś mi coś poleci. Ale jeśli już się tym zainteresuje i wiem, że jest to jakiś starszy rocznik, to szukam, czy nie mogę tego gdzieś znaleźć na placku. Tak było m.in. z płytą 24 Carat Black – Ghetto Misfortune's Wealth. Mistrz po prostu nad mistrzami, a przesłuchałem ją po raz pierwszy z czyjegoś polecenia. Szukałem dobre dwa, może nawet trzy, miesiące miejsca w sieci, w którym mógłbym ją zamówić – napisałem maila do sklepów winylowych w Warszawie, czy mogą mi je ściągnąć.

I z tą płytą jest śmieszna historia, bo jednego dnia dostałem potwierdzenie możliwości odbioru, jednocześnie właśnie z tych trzech miejsc. W jednym miejscu kupiłem, z dwóch pozostałych próbowałem się wymiksować, ale dosadnie mi to wyperswadowano. Tym samym mam w domu 3 placki zajebistej płyty. Jeśli kiedyś ktoś do niej dotrze, to też może poszuka, akurat może ja będę wystawiał jedną gdzieś na Allegro i zarobię na tym fortunę.

Wracając do pytania, słucham. Dużo słucham funku, jazzu. Jak tylko są jakieś kiermasze winylowe, czy stoi jakiś dziad na ulicy i sprzedaje, to zawsze jakiś smaczek złapie. W zeszły weekend byłem na wycieczce rowerowej w Lesie Kabackim. Tam jest taki Park Kultury Powsin. Stał tam właśnie ktoś i sprzedawał płyty winylowe. Między Marylą Rodowicz, Czerwonymi Gitarami i innymi rzeczami była płyta zespołu Ptaki, którego w ogóle nie kojarzyłem. Bardzo lubię oryginalne okładki i właśnie tak było z tymi Ptakami – widziałem, że okładka jest inna niż wszystkie. Zresztą też rok wydania, jakieś lata 70. chyba. Tak mi się wydaje, bo stare polskie płyty mają to do siebie, że rzadko kiedy jest na nich wypisana data produkcji. Ale tak reasumując, Ptaki kosztowały mnie 5 złotych, a myślę, że z 3 zajebiste bity z tego powstaną. Jak wróciłem do domu, to po prostu szczęka mi opadła, jak usłyszałem niektóre breaki na tej płycie. Tak jak mówiłem, czysty przypadek decyduje o tym, czego słucham. Ogólnie dużo słucham, dużo kupuję i generalnie często nastawiam się na kradzież z tych płyt, pod tym kątem często je przesłuchuję.

To ile masz tych winyli?

Trudno powiedzieć, ja ich nie liczę. Zajmują znaczną część pokoju. W piwnicy też jest trochę – takich, których nie słucham albo takich, które kiedyś od kogoś dostałem, przesłuchałem raz i stwierdziłem, że jednak nic z nich nie będzie. Nie będę strzelał. Nie liczy się to na pewno w tysiącach, ale myślę, że koło pięciuset jest ich na bank.

Ciąg dalszy nastąpi...

Korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak

Człowień & Shot - Do zobaczenia później... (2011)


Człowień & Shot
Do zobaczenia później...
Grill Funk Records, 2011

3.0

Ile było hip-hopowych składów z Polski, w których 1 MC odstawał od reszty? W których 1 MC znacząco podnosił poziom wydawnictw? WWO, 2cztery7, Grammatik (przynajmniej z czasów "3"), Dinal, 834. I pewnie wiele więcej. Akurat te 5 grup nasuwa się od razu.

Na wspólnej płycie Człowienia i Shota - najmocniejszych ogniw dolnośląskiego Supa Skillz - nie ma tego problemu. Obaj raperzy uzupełniają się wzajemnie. Shot nie góruje nad Człowieniem i Człowień nie góruje nad Shotem. Żyją w idealnej symbiozie - najlepiej dowodzi temu to, że "Do zobaczenia później" wypada lepiej niż solowe pozycje obu panów z 2009 roku ("Człowiek z krwi i kości" oraz "Origami").

Nie są to może dwaj skrajnie inni MCs - na pewno nie ma między nimi tak głębokich różnic jak między Weną i Rasem (pamiętacie jeszcze, jak bardzo elektryzowało to połączenie przed premierą "Dużych Rzeczy"?). Ale niewątpliwie różnią się od siebie. I to nie tylko pod względem rapu. Prowadzą inne życie, mają inne poglądy i podejście do wielu spraw. Posłuchajcie sobie "Nieoczekiwanej zmiany miejsc" - numeru, w którym Shot ląduje w ciele Człowienia, zaś Człowień w skórze Shota. Tutaj najłatwiej dostrzec, że życie każdego z osobna to całkiem inna bajka.

I to odbija się na całym krążku. Znamienne, że "Sumienista" - kawałek, będący powątpiewaniem w istnienie siły wyższej - jest solowym dziełem Shota. Człowień, widocznie mający diametralnie inny pogląd na tę sprawę, polemizując z młodszym kolegą, tylko zmniejszyłby siłę oddziaływania tego utworu.

Różnorodność to w ogóle domena "Do zobaczenia później". Różnorodność tekstów, różnorodność brzmienia. Nie ma tu dwóch takich samych utworów. Szeroka tematyka, mnóstwo ciekawych pomysłów (np. "Niezapominajka" - numer o zapominalstwie z kozacką, gościnną zwrotką Jota) i bity od kilku, niestety przeciętnych, producentów obracających się w odmiennych stylistykach.

Różnorodnością cechowało się także "Origami". - Myślę, że zrobimy też przynajmniej epkę z Człowieniem. Temat wielokrotnie wałkowany przy nagrywkach - powiedział mi w wywiadzie parę tygodni po premierze krążka jego autor, Shot. Dobrze się stało, że płyta w końcu powstała i że - wbrew zapowiedziom - nie jest to epka. Bo choć "Do zobaczenia później" do czołówki nie ma startu, to na rozległym rynku hip-hopowych przeciętniaków prezentuje się w tym roku najokazalej. Taki średniak, tyle że mocny.

Pablopavo & Ludziki - 10 piosenek (2011)


Pablopavo & Ludziki
10 piosenek
Karrot Kommando, 2011

4.0

"Telehonem" Pablopavo zrywał z łatką ragga'owego wokalisty. "10 piosenkami" utwierdza w przekonaniu, że obecnie jest artystą bardzo trudnym do zaszufladkowania. Choć najchętniej założyłby koszulę w kratę, usiadłby gdzieś w okolicy warszawskich kamienic i raczyłby miejskim folkiem w stylu Stanisława Grzesiuka.

"10 piosenek" to tak naprawdę... 12 utworów. W dodatku smutnych. "Telehon" był nie tylko mieszanką stylów, ale i mieszanką nastrojów. Nowy album Pablopavo i Ludzików o ile dalej jest miszmaszem tego pierwszego, o tyle miszmaszu tego drugiego na nim nie uświadczymy. Nawet śpiewając do żywszej, przebojowe melodii (np. mój faworyt z płyty - "Oddajcie kino Moskwa"), Pablopavo atakuje wersami może nie tyle parszywie smutnymi, co smutnymi na swój nostalgiczny sposób. Micha się przy tym nie cieszy, głowa przy tym tak nie kiwa. To nie "XXL Yeti Funk".

A co z tym Grzesiukiem? Ano Pablo śpiewa tu choćby jego wersję "Ballady o Okrzei". Ale to jeszcze nic. Twórczość obu panów ma w sobie jakiś taki wspólny mianownik. Na czym to polega? Najprędzej na miłości do Warszawy i popularyzacji tego miasta w swoich piosenkach. Nawet tych smutnych.

I twórczość Grzesiuka, i twórczość Pablopavo, mimo jakiegoś tam podobieństwa, to - pod względem muzycznym - dwie zupełne różne bajki. Ludziki wokaliście Vavamuffin zgotowały taki rozstrzał stylistyczny, że głowa mała! Na "10 Piosenkach" znalazło się miejsce nawet dla tak odległych od reggae - "gatunku-matki" dla głównodowodzącego projektem - jak numer "Złoto". Aż szkoda, że Pablo również nie śpiewa na tuzin sposobów. Byłoby jeszcze ciekawiej.

Ale, ale! Muszę to zaznaczyć: Nie tylko Grzesiuk, ale też i Kazik. Tytułowe "10 piosenek" swoją konstrukcją mocno przypominają "12 groszy" - może nie jest to świadoma inspiracja, ale kojarzy się jednoznacznie.

Górnolotne stwierdzenia w stylu "płyta roku" zostawiam sobie na później. Trudno jednak nie przyznać, że "10 piosenek" to jedno z ciekawszych tegorocznych wydawnictw. Podobno druga płyta to umarł w butach, ale gdyby wierzyć we wszystkie "podobno". Pablopavo sprostał wyzwaniu, drugim krążkiem udowodnił, że "Telehon" nie był tylko jednorazowym wystrzałem "nieragga'owej" formy. Nie zaskakuje tak jak debiut, ale brzmi lepiej. Krócej, konkretniej i bardziej spójnie.

Wywiad z Kubsonem - część pierwsza

Nieznany, a szkoda. Kubson. Warszawski raper na koncie ma – jak do tej pory – dwa podziemne wydawnictwa: "Materiał numer jeden" oraz "Igłę w stogu PCV". Oba ukazały się na CD, ten drugi również na winylu. W pierwszej części rozmowy – przeprowadzanej 21 czerwca w warszawskim Parku Saskim – opowiada mi.n. o terminach, poligrafii, Internecie, telewizji i popkulturze.

Litoslav: Debiutancki album wydałeś w 2007 roku, a przygodę z rapem zaczynałeś około '98. To oznacza, że przez te 9 lat zbierałeś materiał na płytę?

Kubson: Nie. "Materiał numer jeden" powstał w 2007 roku, ponieważ musiałem dojrzeć do tej płyty. To nie oznacza, że nagrywałem ją 9 lat. Po prostu pierwsze numery nagrywaliśmy w '98, zajarani Molestą, Trzyha. Brat Włodka, Chochlik, przynosił do szkoły na kasetach pierwsze nagrywki Molesty i kiedyś stwierdziliśmy: - Kurde, my też byśmy chcieli tak robić. Siadaliśmy, włączaliśmy jakieś tam instrumentale z kaset zachodnich i pod to rapowaliśmy.

Pamiętam, że pierwsze nagrywki powstawały na dwukasetowym magnetofonie – z jednej kieszeni leciał podkład, czasem nawet trochę przegadany, a na drugą kieszeń na kasetę nagrywał się już kawałek, przy użyciu mikrofonu Panasonica za 30 zł. Nie było mowy o żadnym montażu i tak dalej, wszystko szło na żywo. Puszczaliśmy to znajomym i pytaliśmy, czy się podoba. Ich też wypełniała zajawka, bo hip-hopu wtedy nie było tak dużo. Nie było Internetu i nikt nie mógł przesyłać sobie kawałków, tylko dzieliłeś się nimi na żywo ze znajomymi. Tak to wyglądało.

A "Materiał numer jeden"? Z biegiem czasu rozwijała się technika, może trochę więcej sprzętu każdy z nas zaczął zdobywać. Młody na Tarchominie kupił przedwzmacniacz Behringera, wspólnie złożyliśmy się na jakiś porządniejszy mikrofon. Myśleliśmy wtedy, że mamy super profesjonalny sprzęt. Zresztą Młody całe studio wybudował. To właśnie on pchnął mnie do przodu. Kiedyś poszedł na bazar i od jakiejś baby wziął opakowania od jajek – wyłożył tym pół pokoju i mieliśmy profesjonalną, wygłuszoną kabinę. Właśnie tam rejestrowaliśmy numery, ale już na komputerze, a nie na kasecie. Potem wypaliliśmy je na płyty i była zajawa: - Ło fajnie, jeszcze można by ten wokal trochę podbić, ale już ma to brzmienie.

W 2005, może w 2006 roku, sam zająłem się produkcją. Początkowo wyglądało to tak, że brałem od ojca mały keyboard, który miał wgrane podstawowe dźwięki perkusyjne - stamtąd robiłem stopy i werble. Bez żadnej konkretnej linii melodycznej, tylko same bębny, które loopowałem. Później człowiek zaczął słuchać więcej muzyki – jazzu, trochę funku, Michała Urbaniaka na darmowych płytach dołączanych do gazet - stamtąd były super sample. Pamiętam, że właśnie przy jakiejś gazecie był soundtrack "Długu" bodajże.

Czyli kiedy zacząłeś zbierać materiał na debiut?

Gdzieś w 2006 roku. "Materiał numer jeden" został oficjalnie przyklepany po zaliczeniu mojego kolegi Mruwy, który musiał do szkoły zrobić materiał łączący dźwięk z obrazem. Zaprosił jednego koleżkę, który rejestrował obraz i wziął też mnie, bo wiedział, że sobie nagrywam swoje rapy. Zebrał trzyosobową bandę, ruszyliśmy gdzieś w miasto – ja rapowałem, Payo kręcił. Kiedy zobaczyłem, jak pierwsza zwrotka do kawałka "o Warszawie" prezentowała się w kadrze, byłem tak zajarany, że dopisałem szybko dwie kolejne zwrotki, zgadałem się znowu z Pajem i nakręciliśmy – powiedzmy – profesjonalny teledysk. Reszta kawałków już poszła z górki.



A jak to było z "Igłą w stogu PCV"? Premiera 2,5 roku później, niż początkowo zakładałeś.

To była zajawka po debiucie. Jak go nagrałem, zapomniałem, że powstawał on rok, a nie w dwa tygodnie. Myślałem, że następna płyta pójdzie mi po prostu z górki. Tym bardziej, że cały czas robiłem bity. Nie komponowałem ich już na komputerze, tak jak to było w przypadku "Materiału numer jeden", tylko kupiłem sampler i zacząłem produkcję tak, jak się to robi w Ameryce, jak czarni na teledyskach. Tych bitów kleiłem bardzo dużo. Tak mi się one podobały, mimo że ich dzisiaj słuchać nie mogę, że myślałem, że "Igła..." wyjdzie rok później i będę jak O.S.T.R. – co roku kolejna płyta.

Niestety rzeczywistość była inna. I bardzo dobrze. Bo ta płyta brzmiała inaczej, niż teraz brzmi. Przez ten czas dojrzałem, jeśli chodzi o szukanie dźwięków. Bardzo duży wpływ na wszystkie rzeczy mają rozmowy z ludźmi, dzielenie się swoimi doświadczeniami. Poznałem takiego producenta, Galusa a.k.a. Pokój Czarnych Płyt – gość, który teraz robi bity m.in. dla HiFi Bandy. Koleś z Mazur, z Olecka, pracujący na AKAI 2000XL. On mnie nauczył samplowania z winyli. Tylko i wyłącznie z winyli. Nawet nie z kompaktów, nie brania żadnych gotowych próbek perkusyjnych. Powiedział mi, żebym wszystko brał z winyli i wtedy zobaczę to pierdolnięcie i docenię ten charakterystyczny dźwięk. I rzeczywiście miał rację. To brzmienie jest oryginalne. Jestem zadowolony z tego, jak brzmi "Igła..." – nie dość, że cała wyprodukowana w ten sposób, to jeszcze czuć, że wszystko jest spójne.

Na "Igle..." mamy utwór "Japgaleria", atakujący "życie w Internecie". Tak się zastanawiałem, czy Kubson ma Facebooka?

Kubson nie ma Facebooka, ale firma Kubsona ma Facebooka. Kubson jest bezrobotny, skończył studia 2 lata temu i od tego czasu tuła się po różnych firmach. Żaden pracodawca mu nie pasuje, więc Kubson stwierdził, że założy swoją firmę, która zajmie się nadrukami na ciuchach i także produkcją slipmat.

Wracając do Facebooka, to jest kozackie źródło reklamy. Ludzie mogą wiedzieć, że coś konkretnego robisz. Nie wrzucam tam swoich zdjęć z wesel, nie dzielę się z ludźmi, że jestem "w związku", tylko istnieje tam po prostu moja firma – Muzografia.



To już wiadomo, skąd są te kozackie wydania "Igły w stogu PCV" – i wersja na CD, i na winylu to naprawdę pierwszorzędna robota.

To ogólnie ciekawe, bo w domu jestem uważany za największego brudasa i bałaganiarza, ale jeżeli chodzi o grafikę i prace, które później mają trafić do ludzkich rąk, to się do tego przykładam. Zresztą na studiach miałem taki przedmiot – "grafika i estetyka druku" - na którym co prawda nie miałem piątki, ale sporo się nauczyłem. I od tamtej pory to wykorzystuję.

Wracając do tego Internetu. Jesteś artystą undergroundowym i dla takich jak Ty Internet jest dobrą "platformą" promocyjną. Jeśli już krytykujesz te wszystkie Internety i Facebooki, bo oczywiście jest co krytykować, to może nagrasz też hymn pochwalny dla globalnej sieci, bo jednak jest też za co go wychwalać?

To nie chodzi o to, że tylko krytykuję Internet. Internet ma ludziom pomagać. Nie podoba mi się, jeśli zamiast wyjść na dwór, spędzasz czas przed monitorem. Albo zamiast iść do sklepu i po prostu szukać płyty, "kupujesz" ją na rapidszopie. To jest jego główny minus. Może inaczej: nie samego Internetu, ale podejścia do niego.

Skupiam się na tym, żeby moje płyty miały formę materialną. Żebyś mógł ją sobie otworzyć, włożyć do odtwarzacza, słuchać, jednocześnie przeglądać sobie dołączoną książeczkę i jeszcze zobaczyć na jakim patencie jest zrobiona okładka lub co jest w środku. Może jest wyjaśnienie jakiegoś kawałka?

Wiem, że teraz wychodzi pięć płyt dziennie. Ktoś, kto naprawdę śledzi polski hip-hop, chyba nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. Nie jest oczywiście powiedziane, że te wszystkie produkcje są jakieś górnolotne. Jednak wiele z nich może uchodzić mojej uwadze, a na pewno część z nich by mnie bardzo zainteresowała.

A co z telewizją? Tutaj też można przywołać utwór z Twojej ostatniej płyty - "Kilo artystów proszę", czyli ostrą krytykę wylewającej się z telewizorów popkulturalnej szmiry. Czy wg Ciebie jest coś w telewizji godnego zainteresowania?

Na przykład "Jeden z dziesięciu" – kozacki teleturniej, który oglądam codziennie do obiadu. Akurat mój tata przychodzi wtedy z pracy, razem jemy i odpowiadamy na wcześniej zadane pytania. Prześcigamy się w tym, kto jest większym kozakiem. Ale to jest "do kotleta". Nie krytykuję "Jeden z dziesięciu", bo to fajny program. Generalnie w telewizji lubię programy, podczas których możesz pomyśleć.

Bardzo fajny jest kanał TVP Kultura. Kiedy byś go nie włączył - zawsze leci coś naprawdę ciekawego. Oczywiście jeżeli się w to wkręcisz, kiedy nie oglądasz tego 3 minuty, tylko np. pół godziny. Jest masa interesujących rzeczy, na pewno. Ale np. jak jadę za granicę z Martą, moją dziewczyną, to z polskich kanałów dostępna jest m.in. Viva, której po 30 minutach nie da rady po prostu oglądać. Reklam jest pełno. I te gierki typu: "Wyślij sms-a, czy Piotrek ma być z Bartkiem"... Tragedia.

CIĄG DALSZY NASTĄPI...

korekta: Marcin "eNoiDe" Półtorak