Zeus, jak mogłeś? Czyli komu i o czym przypomniał Zeus

Gdzie się podział stary, dobry, osiedlowy Zeus? Na Olimpie, kurwa.

Dziś premiera jego trzeciej solówki wypuszczonej w oficjalnym obiegu. Przedpremierowych kontrowersji wokół "Zeus, jak mogłeś?" jednak co nie miara. Mniej więcej 99% z nich dotyczy fryzury łodzianina - mieszkaniec Bałut postanowił przypomnieć internetowej armii hejterów styl, który nieodłącznie kojarzy się z subkulturą emo. Kudły długie, grzywka na oko, wiecie o co chodzi. Całkowicie jebie mnie to, czy faktycznie Zeusowi spodobał się taki image, czy to tylko zamierzona akcja marketingowa. Jeśli to drugie, to trzeba przyznać, że postawiono na bardzo skuteczny sposób promocji - fora huczą od dyskusji, mimo że już od dawna wiemy, że połowa składu Pierwszy Milion jest zwykłą ofiarą mody...

Jakby nie patrzeć, Zeus zawsze konkretnym ludziom i grupom ludzi o czymś przypominał. Przez całą swoją karierę. No, przynajmniej od wydanego po 10 latach w undergroundzie "Co nie ma sobie równych", które całkiem słusznie ochrzczono debiutem 2008 roku. Na co takiego zwrócił uwagę reprezentant Bałut i do kogo swoje uwagi zaadresował?



- Na "CNMSR" pieprznął numer o graczach. I nie postulował w nim, żeby nie hejtować gracza i gry. Gier też nie hejtował, wręcz przeciwnie. Od "Crasha Bandicota" (wszystkie części) po "Age of Empires". I gdzieś tam ukryte przesłanie, że poświęcił jedną pasję (gry video) dla drugiej (muzyka). Zupełnie jak ja. Trochę nieświadomie ukrył przesłanie nr 2 skierowane do graczy: "Przypomnijcie sobie lata 90. - to były czasy! Granie na jednym kompie / konsoli z przyjaciółmi, wagary w salonach gier i mnóstwo straconych pieniędzy na żetony. A teraz? Macie te Steamy i Xbox Live'y, siedzicie w swoich chałupach, zbijacie bąki i myślicie, że strzelenie komuś kulki w łeb w "Call of Duty" to interakcja międzyludzka, bo przecież gracie przez sieć". Zeus, jak mogłeś spowodować depresję u milionów graczy pamiętających czasy PSOne?



- Na tym samym "Co nie ma sobie równych" przypomniał Magikowi, że coś go "ciągnie w dół". Zeus, jak mogłeś zabić Magika po raz drugi?



- Przed wydaniem "Albumu Zeusa" przypomniał hip-hopowcom, że arafatki to obciach. Sprzedaż arafatek wśród hip-hopowców spadła drastycznie. Słowo "arafatka" na forum Ślizgu zostało uznane za wulgaryzm. Podobnie jak na portalu z kreską, gdzie wyraz ten został pierwszym wyrazem, który postanowiono cenzurować. Zeus, jak mogłeś założyć a******ę?



- Na "Albumie Zeusa" przypomniał Polakom o ofertach typu last minute. Latem 2010 roku zachęcony polski turysta uderzył zagranicę. Głównie do Egiptu i Tunezji. Oba kraje do dziś liczą straty po wizycie skąpych Polaczków. Zeus, jak mogłeś wywołać rewolucję w świecie arabskim?



- Na tym samym krążku przypomniał nerdom i no-life'om, że poza twitterem, bloggerem i Golden Line istnieje jakiś świat. I tak właśnie odkryto Facebooka. Nie wierzcie w to, co nagadali Wam w "The Social Network". Zeus, jak mogłeś nie wziąć pieniędzy za spopularyzowanie "Lubię to"?



- I jeszcze przypomniał mi, że... nie lubię jeść. Tak, tak!!! Początkowo myślałem, że "Lubię jeść" będzie wzorowym zobrazowaniem mojego apetytu i umiłowania do jedzenia, ale po pierwszym odsłuchu zmieniłem zdanie. Sami wiecie dlaczego. Zeus, jak mogłeś wmówić mi, że nie lubię jeść?!

Okej, żartowałem. To jak wyglądasz jest nieważne. Płytę sprawdzę na pewno. Ale jak się okaże, że tyle szumu o nic, to na zwykłym "Zeus, jak mogłeś?" się nie skończy. Gwarantuję.

Gustoprześwietlacz: Agniecha

Kolejna niewiasta. Naprawdę nie ma na imię Agniecha, tylko Agata. Coś tam bredzi o matmie i fizyce, ale nie zwracajcie na to uwagi. Skupcie się na muzyce, bo w większości bardzo fajna!

Rozpocznę od tego, że mat-fizy rządzą, Nie żebym usprawiedliwiała swój bijący po oczach kompletny brak talentu pisarskiego. Nie. Po prostu tak jest. Dlatego też, ku chwale umysłów ścisłych, nie zamierzam się wielce rozpisywać. Po prostu lecę z koksem.

1. Blue Foundation - Eyes on fire


Kawałek idealny do leżenia do góry brzuchem i bezsensownego gapienia się w sufit. Właśnie dlatego tak często go słucham.

2. Björk - All is full of love


Björk nagrała swoje płyty po to, żeby matematyka była jeszcze przyjemniejsza w liczeniu. Tę piosenkę w szczególności.

3. Nickelback - Just To Get High


Kawałek ma kopa i w bonusie dość życiowy tekst.

4. The Cranberries - Hollywood


Sweet 90's. UWIELBIAM!

5. Guano Apes - Lords of the Boards


Idealna recepta na zimę? Decha, śnieg i ten kawałek. A ja na stok chętna nawet latem, więc piosenka w głośnikach niezależnie od sezonu.

6. Yeah Yeah Yeahs - Runaway


Ostatnie odkrycie. Możliwe, że tylko na kilka dni. Tak czy siak aktualnie na topie toplisty.

7. Pink Floyd - High Hopes


Nie będę przedstawiać klasyki bom niegodna. Swoją drogą teledysk jest trochę psychodeliczny.

8. Hellsing (OST) - Kikyou kaoru iroha michi


Jedyne, co mogę o tym powiedzieć to: LUBIĘ TO!

9. Florence + The Machine - Heavy in Your Arms


Żeby nie było niejasności: dla mnie najpierw była ta piosenka, potem "Zmierzch" czy "Zaćmienie". Nie odwrotnie.

10. ONA - Moja odpowiedź


Na koniec polski akcent. Uwielbiam wokal Chylińskiej, ale w wersji Jeszcze-Nie-Odmieniło-Mnie-Macierzyństwo.

Za Blue Foundation masz u mnie minusa. Nie dlatego, że słabe. Wręcz przeciwnie. To jest zajebiście dobre. Następnym razem pokazuj takie rzeczy wcześniej, a nie na łamach mojego bloga. ;-) Z Nickelbackiem już gorzej, bo nie jest to "How You Remind Me" tylko jakieś coś, czego nie kojarzę i co mi kompletnie nie brzmi. The Cranberries wrzuca już druga osoba i zaczynam powoli interesować się tym zespołem. 2 utwory, 2 fajne, ktoś się orientuje, czy to tylko hity, czy może całe płyty są tak dobre? Guano Apes na plus - nie wiem z czym mi się kojarzy, ale z czymś na pewno. Co do Yeah Yeah Yeahs to na początku nasunęło mi się, że w sumie jakiekolwiek "yeah" kojarzy mi się z Usherem, ale mniejsza, bo kawałek świetny. "High Hopes" to w ogóle mega rzecz. Mój ulubiony numer Pink Floydów obok "Another Brick In The Wall". A ten teledysk... No magia! Jeśli chodzi o to japońskie coś - co jak co Agato ale Ciebie jak Ciebie o zainteresowanie czymkolwiek związanym z Krajem Kwitnącej Wiśni bym nie podejrzewał. Niemniej może być, klimat jest. Florence + The Machine też fajne, choć ten teledysk ciężko się ogląda, aż głowa mnie od niego rozbolała. Tak samo jak po słuchaniu Chilińskiej. Niby lubię jej wcześniejsze wcielenie, lecz moja odpowiedź na "Moją odpowiedź" brzmi: 3x NIE.

Gustoprześwietlacz: Mastuś

Mastuś, czyli mina owcy, i jej gust:

Miałam napisać to już chyba miesiąc temu, no ale... się jakoś wydłużyło. I nie, wcale nie sporządzałam przez ten czas wyśmienitej listy. Nie oczekujcie też rozbudowanych wypowiedzi pod każdym utworem.

Także tego, kolejność przypadkowa:

1. Anberlin - Enjoy the Silence


Mniam, mniam - uwielbiam. Ale to jedyna piosenka z repertuaru Anberlin, którą strawiłam.

2. Amy Winehouse - Rehab


Może i jest ćpunką, ale muzykę ma dobrą. Najchętniej zamieściłabym tu jeszcze z 5 jej piosenek, ale nie bądźmy monotematyczni.

3. Sheryl Crow - Behind Blue Eyes


Z cyklu soundtracki z seriali.

4. The Cinematic Orchestra - To Build a Home


Na każdą pogodę, na każdy dzień, w ogóle na wszystko. To nie znudzi mi się nigdy. Mogę słuchać calutki dzień, bo te 6 minut to za mało jak na coś tak pięknego.

5. Nneka - Heartbeat


Cóż, po prostu spodobało się.

6. Patrick Watson - The Great Escape


Znalezione jakoś poprzez te dwa poprzednie, polecam też inne utwory w jego wykonaniu.

7. Discovery - It's Not My Fault


Ian Eastwood fajny koleś i układa choreografie do fajnych piosenek, jak ta właśnie.

8. The Asteroids Galaxy Tour - The Golden Age


Dla odmiany coś wesołego.

9. Ayo - Down On My Knees


Chyba nie słyszałam jeszcze piosenki w jej wykonaniu, która by mi się nie podobała. Tyle na ten temat.

10. Drake - Little bit


Połączcie sobie opis z nr 5 i 7. Właśnie dlatego.

Anberlin - może być, ale pewnie nigdy do tego nie wrócę. Amy Winehouse - no fajne, fajne. Dobry głos ma. Sheryl Crow - kolejny z coverów piosenki The Who. Kto jeszcze pamięta, że kiedyś wykonywało to Limp Bizkit, a Fred Durst dzielił teledysk z Halle Berry? Lubię. The Cinematic Orchestra - jak Revo powiem: "Ninja Tune, znasz drugi taki label?". Na tej oficynie jeszcze ani razu się nie zawiodłem - wciąż żałuję, że nie stać mnie na wykupienie całego katalogu płyt, którym dysponuje. The Cinematic Orchestra to jeden z tych wykonawców z Ninja Tune, który jest na mojej liście *najbliższych* zakupów. A numer doskonały, wiadomo. Nneka - największy przebój Nigeryjki, skądinąd znakomity utwór. Tak jak cała twórczość Nneki. 3 lata temu (jak ten czas leci!) byłem na jej koncercie i... Co mogę powiedzieć? Miazga. Patrick Watson - trochę smętnie, ale fajnie. Discovery - momentalna zmiana klimatu. Dość interesujące, ale dłużej nie mógłbym chyba tego słuchać... The Asteroids Galaxy Tour - po prostu fajny numer. Ayo jest spoko, prawda? Prawda. Drake - takie sobie.

Gdy gównażeria śpiewa z muzykami

Może jestem w tym odosobniony, ale uważam chórki dziecięce / młodzieńcze za jedną z fajniejszych rzeczy wzbogacających i robiących z danego numeru *przebój pierwszej wielkości*. Bo są zawsze melodyjne i chwytliwe. Bo chce się śpiewać razem z tymi wszystkimi głosami. Rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Prawda???

Przecież sukces "Another Brick in the Wall" to nie tylko David Gilmour, charakterystyczny tekst i mega klip, ale też właśnie ta młodzież, która od pewnego momentu ciągnie piosenkę. Wyobrażacie sobie, że jej tu nie ma, że całość wykonuje Gilmour? Pewnie, że nie. Zresztą wiadomo, że te śpiewające dzieciaki mają potęgować, wzmacniać znaczenie tekstu, który jawnie atakuje system edukacji. To właśnie one mają z nim styczność. Poza tym, to jest jak z hymnem - gdy go śpiewa Edyta Górniak, brzmi nieciekawie, gdy robi to cały stadion, czuć podniosłą atmosferę oraz to, że wykonywana pieśń to nie jakieś pierdu pierdu, a coś naprawdę ważnego i istotnego.



Nie jestem żadnym historykiem muzyki rozrywkowej, żeby stwierdzić, że to Pink Floydzi wpadli na tak genialny pomysł wykorzystania młodego, zaangażowanego tłumu do odśpiewania paru niezwykle istotnych linijek. Może ktoś inny był przed nimi. Może. Ale to oni bankowo spopularyzowali ten patent. Bo jeśli Wasi rodzice, słysząc gdzieś dziecięco-młodzieńcze chóry, mówią: "Coś mi pod Pink Floydów podchodzi", mimo że cała reszta kompletnie do rockowego grania Brytyjczyków nijak pasuje, to chyba jest coś na rzeczy.

Powiedzmy sobie jednak szczerze. Sam z tym rozwiązaniem spotkałem się kiedy indziej. W czasach, gdy łączenie mocniejszego uderzenia z hip-hopem było u szczytu popularności, a płyty Linkin Park i Limp Bizkit sprzedawały się w najlepsze. Polskie Ogródki Działkowe, czyli P.O.D. i "Youth of the Nation" z płyty "Satellite". Słuchałem na okrągło. W sumie nic dziwnego, bo wszędzie tego było pełno. 30 ton lista, lista, lista przebojów. Program III Polskiego Radia i Marek Niedźwiecki. Brat, któremu też się podobało. I wchodziło w banię, bo rapowali pod gitary, co było fajne. Bo te dzieciaki śpiewały, podkreślając tę swoją młodość mocno i wyraźnie. Bo samemu się było szkrabem i choć znało się tylko szczątki angielskiego, to wiedziało się co znaczą "youth" i "nation". Trochę się myślało, że to tak trochę o mnie i kolegach z podwórka, choć koledzy z podwórka przecież nie słuchali.



Potem jakoś ogarnąłem "Another Brick in the Wall". Ale to nie był koniec, gdyż, doprawdy, takich numerów jest bez liku. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy na śpiewających małolatów natrafiłem, słuchając ostatniej płyty Public Enemy. Wtedy też nie wiedziałem, kto tam raper, a kto DJ, ale to nieistotne. Płyta "How You Sell Soul To A Soulless People Who Sold Their Soul???", KRS-One na feacie, "Sex, Drugs & Violence" i dziecięcy chór w refrenie. Cały album przesłuchałem cały jeden raz, do tego numeru wracałem sporo. Tak jak mówiłem - paru gówniarzy zaśpiewa i od razu przebojowość numeru skacze o 300%.



Się zatem okazało, że śpiewające dzieciaki pasują nie tylko pod gitary, ale też pod rapsy. W Polsce, nieco wcześniej niż Public Enemy, chłopców i dziewczynki, jak mniemam w wieku przedszkolnym, wykorzystał Fisz (okładka albumu może budzić wątpliwości w jaki dokładnie sposób). Trochę inaczej. Bo tu te przedszkolaki krzyczą, nie śpiewają. Ale efekt ten sam. "Jesteście gotowi?".



Dziecięcą pomoc zyskał też Matisyahu. "On Nature" to klasyczne powielenie tego, co lata temu rozpromowali Pink Floydzi. Wzmocnienie przekazu. Ciekawe, czy 18 czerwca w Oświęcimiu Pan Ortodoks też wykona ten numer wraz z zastępem młodych głów. To byłoby coś. Coś czuję, że zrobię wszystko, żeby przekonać się na własne oczy i uszy...



A Wy, jakie utwory ze śpiewającą tu i ówdzie gównażerią zapamiętaliście najlepiej?

Gustoprześwietlacz: MM

Druga z kolei dama - Marysia. Trochę połamana, poskręcana i zwichnięta, ale dama jak najbardziej. Zapraszam serdecznie!

KOLEJNOŚĆ RANDOMOWA!

1. DubFX - Rude Boy


Dub FX-a pierwszy raz na żywo widziałam na Woodstocku, gdzie swój epicki koncert rozpoczął tą właśnie piosenką. Zdecydowanie moja ulubiona. Na drugim miejscu wypadłoby chyba "Flow". Jednak wszystkie jego utwory są wyjątkowe i jak najbardziej godne uwagi. Nie jestem w stanie opisać jak wielkie wrażenie robi na mnie ten artysta. Miłość od pierwszego usłyszenia.

2. L.U.C - Transplantacja BIOS-u


W moim top10 nie może zabraknąć L.U.C-a. Jego koncert - również woodstockowy - był najlepszym performancem jaki do tej pory widziałam. W chwili gdy to piszę, gra wlaśnie w poznańskim Eskulapie, gdzie powinnam teraz skakać pod sceną jak na szaloną fankę przystało. Jednak zważywszy na fakt, iż koncercik odbywa się w ramach trasy promującej płytkę "PyyKyCyKyTyPff", która moim zdaniem nie może się równać ze swoimi poprzedniczkami, nie wybrałam się. Króciutka próbka umiejętności L.U.C-a- "Transplantacja BIOS-u".

3. Cypress Hill & Damian Marley - Ganja Bus


"Welcome to Jamrock" to dzwonek mojego telefonu od co najmniej pół roku. Lite pisał, że jedną z najlepszych produkcji 2010 jest album "Distant Relatives" - całkowicie się z nim zgadzam. Ba! Zdaje się, że "Strong Will Continue" pierwszy raz usłyszał jak puściłam to na grillu u Paczka. Czyż nie? [Nieee. Płytę słyszałem i miałem już wcześniej. A pierwszy raz puściłaś u Paka, ale chyba jednak na Strzeleckiej, zakończenie roku, czy coś. Ale wtedy "Strong Will Continue" doceniłem i od tego czasu to mój faworyt z płyty Nasa i Marleya. - Lite] Tutaj - Jr. Gong razem z Cypress Hillem.

4. Łona - Raperzy są niedobrzy


ŁOOOOOOOOOOOONAAAAAAAAAAAAAAA ^___^

5. KSU - Nocne kroki


Chłopaki z Ustrzyk Dolnyh ogólnie miażdżą, co tu dużo gadać. Cała lista mogłaby składać się z utworków KSU. "Wygnany z raju", "Na krawędzi snu", "Pijany gówniarz", "Jabol punk", "Pod prąd". Ah! Piękne.

6. Snoop Dogg feat. The Doors - Riders on the Storm


Jim Morrison żyje! Pzynajmniej w moich słuchawkach. "Riders on the Storm" w wykonaniu Snoop Doggy Dogga z soundtracku z "Need for Speed Underground 2" - na plus.

7. Kanye West - Diamonds From Sierra Leone


Little is known of diamonds from Sierra Leone.

8. Yoav - Club Thing


Nooo, lubię to.

9. Dog Eat Dog - Who's the King?


Dog Eat Dog zobaczymy na tegorocznym (wspomnianym tu już po raz trzeci) Woodstocku, co mnie bardzo cieszy! (: Przypominają mi czasami Beastie Boys.

10. Bas Tajpan - Nowy protest


Legalize it.

To by było na tyle.

Dub FX - słuchałem gościa już kiedyś, szacun za skille. Ogólnie mega rzecz. Serio, warto znać! L.U.C - ten numer akurat mi nie leży, "PyyKyycoścośtam" było za to, wg mnie, całkiem spoko. Damiana Marleya wolę właśnie z "Welcome to Jamrock" i "Distant Relatives". Ta kolaboracja z Cypress Hillem kompletnie mi się nie widzi. Łona, wiadomo, kozak, choć ma masę lepszych numerów, moim zdaniem. Czemu akurat "Nocne kroki"? Czemu nie te inne, które wymieniłaś? Takie "Na krawędzi snu" to potęga, a "Nocne kroki" no niby fajne, ale nic poza tym... "Riders on the Storm" wolę w oryginale, acz nie powiem, pomysł całkiem ciekawy... Tego numeru Kanye Westa nie znałem wcześniej - nie ma może tej mocy co "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", ale na plus, zdecydowanie. O Yoav (Yoavie?) pierwsze co w ogóle słyszę. Nie podoba mi się. Zdecydowanie się nie podoba. Co do Dog Eat Dog - super sprawa, nie mogę się już doczekać Woodstocku. Z kolei za Bas Tajpanem nie przepadam, ale niech będzie, może być ten joint.

Jestem żołnierzem, bo mam kategorię A?

Zapamiętaj na zawsze - pierdol służbę wojskową. Zapamiętałem. Ale przed WKU stanąłem. Dzisiaj. Kategoria A, choć stopa płaska jak Ziemia przed Pitagorasem i Arystotelesem. Choć wzrok zepsuty, nadwaga koszmarna. Nie ważne. Zdolny do czynnej służby wojskowej. No bo w sumie dlaczego by nie?

Uzbrojony w książeczkę wojskową chciałem tylko powiedzieć 2 rzeczy:
- Brzydzę się przemocą.
- Strzelanie do kogokolwiek z karabinu to dla mnie coś abstrakcyjnego. Po co? Bo mnie nienawidzi? To jego biznes, że jest zjebany.

Nie piszę tego, bo trzęsę się przed poborem. Do wojska i tak nie trafię (chyba że - odpukać - jakaś agresja na Polskę wystąpi). To po prostu dobra okazja, aby napomknąć, że wierzę w mądrość człowieka. W to, że jeden z drugim może dogadać się bez użycia pięści, maczet, AK-47, czołgów i głowic nuklearnych. Nie chodzi o to, żeby produkcji i handlu bronią zabronić. Chodzi o to, żeby człowiek nawet nie przyjmował do wiadomości tego, że może sięgać po takie środki, rozumiecie? No cóż, takie moje idealistyczne patrzenie.

Do wojska jako instytucji regularnie zniechęcają mnie także muzycy. Przede wszystkim: Staszewski Kazimierz (zdziwieni?). Przykładowo "Piosenką trepa":



Albo świetne "Zabiłem kolegę na poligonie" w mistrzowskiej wersji z Jerzym Mazzollem:



Moją ulubioną piosenką o antywojennym przekazie pozostaje jednak "1944" KSU - jedna z lepszych piosenek tej punkowej formacji z ironicznie wplecionym fragmentem popularnego utworu z "Czterech pancernych". Wersja z Przystanku Woodstock 2006 chyba najlepiej oddaje siłę tego kawałka:



Bez odbioru.

Jak długo jeszcze zabijać będziecie, na poligonach ćwiczenia będą?

Gustoprześwietlacz: Kałcia

Prześwietlona została pierwsza niewiasta. Hermiona Gra... Ola Kałowska, która napisała kiedyś na tego bloga to i to. Czytelnicy (przynajmniej Jaca) później zdecydowali, że koleżanka pisze lepiej ode mnie. No to ciekawe, czy czytelnikom bardziej przypasuje jej gust...

Chciałam zaznaczyć, że w moim przypadku dobór utworów bywa momentami stricte sentymentalny – lista moich ulubionych piosenek, kiedy zaczęłam szukać, zamknęła się w okolicach 30 i przelot przez gatunki obejmował dosłownie wszystko. Są piosenki, które kojarzą mi się z konkretnymi ludźmi, sytuacjami, dlatego właśnie zostały zakwalifikowane w kategorii "Lubię to", niekoniecznie przez walory artystyczne. Te poniżej jednak są lubiane bez powodu. Nie wiem, czy jestem idealną przedstawicielką damskiego spojrzenia na muzykę, ale spróbujmy:

1. Bloc Party - Signs


Bloc Party to ogólnie zespół godny polecenia, miło i przyjemnie się ich słucha. Powyższa piosenka dobra ze względu na warstwę tekstową (oraz moją beznadziejną słabość do brytyjskiego akcentu) oraz motyw muzyczny czelesty, który brzmi dość magicznie. I chyba nastrojowo. Chociaż chłopcy, kiedy trzeba, potrafią pierdolnąć.

2. Burial - Archangel


Burial pojawia się tu w ramach cyklu "taka jestem w chuj hipsterowa i słucham dubstepu", a tak serio - cała płyta "Untrue" jest świetna (chociaż zaklinam, nie usiłujcie rozumieć tekstów) i, o dziwo, przydatna w rozmaitych czynnościach typu bieganie na czas czy rozwalanie zadań z matmy (doskonale wpływa na koncentrację).

3. Massive Attack – Dissolved Girl


Moja przygoda z Massive Attack zaczęła się od a) czołówki do House'a b) koncertu z zeszłorocznego Open'era, który moja przyjaciółka N. spędziła w połowie z zamkniętymi oczami, a ja byłam nimi zupełnie zaczarowana. I nadal jestem.

4. The Beatles – Something


Ludzkość dzieli się na tych, którzy słuchają Rolling Stonesów i tych, którzy słuchają Beatlesów – nietrudno zgadnąć, do której części się zaliczam. Lubimy Beatlesów z tego okresu, ale nie lubimy Lennona w tym klipie, gdyż wygląda jak stara czarownica.

5. Hey – Boję się o nas


Jako ciocia polonistka – Heya pokochałam za teksty. I ten kawałek jest chyba najlepszym tego przykładem.

6. Voo Voo – Flota Zjednoczonych Sił


Mam słabość do panów Waglewskich we wszystkich pokoleniach i kombinacjach, ale moja znajomość z tą rodziną rozpoczęła się od pana Wojtka, się znaczy seniora rodu i dlatego moja sympatia do Voo Voo pozostanie zawsze wielka.

7. Red Hot Chili Peppers – Can’t stop


RHCP to był pierwszy zespół mojego młodzieńczego buntu i pierwsze doświadczenie ślepego uwielbienia dla wokalisty tudzież gitarzysty. Nie wiem do końca, czy to moja ulubiona piosenka, ale teledysk zdecydowanie ulubiony.

8. Waglewski Fisz Emade – Badminton


Uwielbiam całą tę płytę, a "chłopak złoto, diabeł blond" jest moim absolutnym numerem jeden.

9. Lao Che – Magistrze Pigularzu


Ostatnia płyta Lao Che – bardzo to lubimy, dwa koncerty Lao Che tego lata – lubimy to jeszcze bardziej, tekst tej piosenki – lubimy to najbardziej.

10. Kult – Lewe Lewe Loff


Chcę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię cenię, chcę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię podziwiam, amen.

KONKLUZJA KOŃCOWA: chyba jestem nieco sentymentalna. I chciałam zaznaczyć, że lista nie ma natury uporządkowania hierarchicznego.

Bloc Party - muzycznie intrygująco, wokal mnie obrzydza. Burial? 3x nie. Massive Attack? 3x tak. Osobiście chyba wolę Rolling Stonesów od Beatlesów, choć, w sumie, najprędzej nic z tej dwójki nie wolę. Hey? Lubię to! Choć wydaję mi się, że"Echosystem" lepszy, no ale "MURP" też niszczy przecież, nie ma co. Co do Voo Voo to fajne, spoko, w porządku, ale bez jarania się tym jakoś bardziej. RHCP lubię bardzo, ale wolę jednak rzeczy z "Californication", chociaż "By the Way" też, wiadomo, świetne. Waglewski Fisz Emade? Miło ich tu spotkać. Lecz 9 minutowa wersja? Ulalala! Lao Che? Nie lubimy tego właśnie. Za to "Lewe lewe loff" lubimy. I TO BARDZO.

Gustoprześwietlacz: Niedźwiedź

Miś zazdrościł kociakowi muzycznego gustu i zaprezentował swój. Kto by pomyślał, że niedźwiedzie słuchają tyle rapu? Aha, zwierzyniec nie powiedział ostatniego słowa. Jeszcze jakiś mieszkaniec lasu (a właściwie bagien / zbiorników wodnych) tutaj najprawdopodobniej zagości.

Wybranie 10 piosenek okazało się naprawdę zajebiście trudne, wiec ograniczyłem się do jednego, najczęściej słuchanego gatunku - rapu. Proszę o nie słuchanie tych piosenek na jakiś pierdzących głośniczkach albo, co gorsza, na samym laptopie. I nawet przy ograniczeniu do jednego gatunku ciężko było wybrać 10. Dobrze, że można tylko jedną piosenke jednego wykonawcy, to ułatwiło zadanie. Ale i tak wiele świetnych rzeczy musiałem pominąć

10. Fat Pat- Tops Drop


Piosenka znaleziona zupełnie przypadkiem, DOBRY G FUNK! Niestety gruby Patryk zginął niedługo po wydaniu tej piosenki.

9. Redman- So Ruff


(Początek trochę inny niż na albumie)
Klasyczna płyta, dobrze bujające bity i świetne rapy Reda. Płytę zdobyłem zamieniając się z kolegą na “Jazzurekcję” O.S.T.R.-a. Po prostu skorzystałem z głupoty. Kolega żałuje do dziś.

8. Hemp Gru- Dr Joint


Mimo że zwrotka Żarego odstaje od reszty, świetny kawałek, a Dr Joint to zdecydowanie NAJLEPSZY LEKARZ NA ŚWIECIE. A dla wszystkich cieciów malinowych, co bluzgają na Hemp Gru albo uważają za zespół debili, bo nagrali "Nienawiść" - chuj wam w dupę. Co to w ogole za debilna moda na hejtowanie ulicznego polskiego rapu? Czasem przez ludzi, którzy potrafią docenić Big L-a, Notoriusa, ale już słuchanie HG to dla nich wstyd. Nie lubią HG też często ludzie, którzy wygłaszają ambitne sądy w stylu "z rapu to tylko O.S.T.R. i Eldo", bo lubią skrzeczenia O.S.T.R.-a na nowych płytach, w przerwach między słuchaniem syfów w stylu "Piła Tango". A jak kogoś ten kawałek nie przekonuje, to niech poszuka "Któregoś dnia".

7. Gangstarr - Right Where You Stand


Mistrzowska forma Premiera, elegancko Guru. Nic więcej nie mogę powiedzieć poza to, że ta piosenka jest zajebista.

6. Ten Typ Mes- 25


Można nie lubić "image" Mesa, sądzić, że robi z siebie cholera wie kogo (ja tak nie uważam) i jeszcze kilka zarzutów, ale jest moim zdaniem nr 1 wśród polskich raperów. W wersji z płyty jest jeszcze 3 zwrotka, która do singla by nie przeszła.

5. Nas - New York State of Mind


Coś Nasa i coś z "Illmatica" musiało polecieć - wygrało z "Represent". Cała płyta zdecydowanie warta przesłuchania, jedna z najlepszych jakie wyszły w rapie, kwintesencja nowojorskich brzmień itd. Można się nad tą płytą tylko zachwycać albo się nie znać na rapie.

4. Dead Prez- Mind sex


Dead Prez to zespół murzynów, co by świat zbawiali, a szczególnie czarną społeczność. Z niektórymi tekstami można się u nich mocno nie zgadzać, niektóre ciekawe, bądź co bądź bdb zespół, z ciekawym brzmieniem. A tutaj piosenka w klimacie romantycznym, chociaż zdecydowanie niesztampowym. Rozwijajcie swoje umysły dziewczyny, żeby można było z wami mind sex uprawiać. To o tej piosence wspominał Małpa.

3. Devin the Dude- What I Be On


Świetny kawałek, a Devin to chyba najsympatyczniejszy i najbardziej zdystansowany do siebie z murzyńskich raperów, których zachowanie często wskazuje na to, że mają jakieś kompleksy albo są przewrażliwieni na swoim punkcie.

2. The Beatnuts - Se Acabo


The Beatnuts to chyba najbardziej niedoceniony zespół w rapie w ogóle, co świadczy tylko o tym że większość ludzi ma chujowy gust. Nikt chyba nie ma takiej ręki do sampli jak Psycho Les i Ju-Ju. No i tutaj też ciężko było wybrać, Beatnutsów polecam każdemu.

1. Dilated Peoples – Worst Comes To Worst


W tej piosence wszystko jest zajebiste, po prostu.

Fajnie, hip-hopowo. Gruby Patryk musi być spoko ziomkiem. Rredman może i też, ale jakoś się nie jaram. Tak samo jak Hemp Gru, a przynajmniej tym numerem. Gangstarr niszczy, tego wcześniej nie słyszałem, bo mało wyedukowany jestem, ale nie zmieniło to tego, że regularnie oddaję hołd "Moment of Truth". Mes - wiadomo, mega raper, choć sam wolę 2 pozostałe single z "Zamachu..." lub ew. "Plac Zbawiciela cz. 1". Nas całkiem spoko, Dead Prez super, a Devin taki sobie. Co do Beatnutsów to fakt, zajebisty sampel, od razu mi się spodobało. Dilated Peaoples jak najbardziej na plus!

Roczek

2 kwietnia roku ubiegłego zacząłem blogowanie. A właściwie zacząłem blogowanie pod tą domeną. Wcześniej blogowałem w innych miejscach - jakoś wyszło tak, że wylądowałem tutaj. I nie żałuję. Choć czytelników nie tylu, zero reklam, żadnych pieniędzy z tego nie czerpię... Blog jednak spełnia swoją funkcję znakomicie. Ja jestem zadowolony, nie wiem jak ci, którzy to czytają.

To może kilka drobnych statystyk:

Ten wpis jest wpisem nr 177. Daje to prawie 1 wpis na 2 dni. Jest dobrze.

Najwięcej wpisów opublikowałem w styczniu i marcu 2011 roku. W każdy z tych miesięcy zamieszczałem po 22 wpisy. W styczniu uzbierałem ich tyle ze względu na podsumowanie 2010 roku, w marcu - bo zacząłem publikować "gustoprześwietlacze".

Wbrew maksymie "rozkminiam se opcję, że już nie jestem hip-hopowcem" aż 96 wpisy dotyczyły rapu. Chyba więc wychodzi na to, że w tej akurat materii łżę jak pies. 75 postów otagowałem jako "rock". Kolejne w kolejce reggae to już tylko 24 notki. Poza podium uplasował się m.in. jazz i punk z - odpowiednio - 19 i 15 wpisami.

Jeśli chodzi o wykonawców - króluje Kazik (35 postów). Dalej mamy Kult (20 notek), KNŻ (10), Afro Kolektyw (7), Eldo (7) i Smarki (7). Staszewski rządzi tym blogiem.

Przejdźmy do statystyk odwiedzin oferowany przez Bloggera. Od razu zaznaczam, że zostały one uruchomione mniej więcej w lipcu 2010.

Liczba wyświetleń ogółem (w chwili gdy piszę te słowa): 36 878.

Biorąc pod uwagę poszczególne miesiące najwięcej ludzi wpadało w styczniu 2011: 5357. Dalej w kolejce wrzesień i lipiec (odpowiednio 5066 i 4728 wejść). Najgorzej było w listopadzie, gdy nie pisałem za dużo. W tym ponurym miesiącu na bloga wchodzono jedynie 2910 razy.

Najpopularniejszym postem była mundialowa zabawa, czyli "Na przedpolu: Urugwaj - Niemcy" - aż 961 wejść. Zdziwieni? Ja także. Powód: wysoki wynik w Googlach przy jakimś hiszpańskojęzycznym haśle. Taki numer.

Co dalej? Pierwsza część historii alternatywnej Magika (474 wejść), gościnne podsumowanie 2010 roku autorstwa Noida (294), poszukiwania największych Małyszów wśród muzyków (289), napisany pod wpływem impulsu list do Eldo (264), porównanie polskich płyt hip-hopowych do 12 potraw wigilijnych (252), recenzja "Alternetywnego Źródła Energii" (247), przewidywania na rok 2011 (244), wywiad z perkusistą Kawałka Kulki - Jackiem Szmytkowskim (243) oraz recenzja "Zapisków z 1001 nocy" (214).

Na bloga ludzie trafiają - nie licząc Google'a, Facebooka i Twittera - głównie z różnych blogów. Przede wszystkim - mój stary-stary blog (727 wejść). Oprócz tego - blogi tych, którzy mnie linkują: Northim (594), Noid (330), Jaca (268) i Kruk (254).

Przejdźmy do statystyk STAT4U (wiem, zanudzam już):

Najwięcej wejść na bloga notuje o godzinie 17 (7,8 %), 18 (7,6) i 22 (7,5). Najpopularniejszym dniem tygodnia jest niedziela (17,4% wejść tygodniowych), a najmniej piątek (12,1%).

Blog nie jest popularny zagranicą. 70 wejść z Czech, 41 z Niemiec i Słowacji, 37 z Francji. Mało.

21% wejść z Polski pochodzi z Gorzowa. Wiadomo. Dalej standardowo: Warszawa (6%) i Poznań (5%). Dziwi 10. lokata Żywca i 13. Twardogóry (gdzie to w ogóle leży?). Rozkład województw wypada podobnie - 21% lubuskie, 7% mazowieckie, niecałe 6% wielkopolskie.

56% osób czyta bloga dzięki uprzejmości Firefoxa. 17% korzysta z Chrome'a, a 16% z Opery. Internet Explorer? Uciułał niecałe 7%. W konfrontacji systemowej Microsoft już miażdży konkurencje. Aż 96% używa któregoś z Windowsów, tylko 0,43% korzysta z produktów Apple'a.

20% czytelników przegląda bloga na rozdzielczości 1280x800. 15,5% używa trochę już przestarzałej 1024x768, niecałe 15% 1280x1024, 14% 1680x1050, a 9% przedziwnej 1366x768. Ciekawe, prawda?

Kończąc już powoli ten najnudniejszy post w całej Galaktyce, przywołam najpopularniejsze hasła, po których wpisaniu w Google'u przypadkowi ludzie trafili na mojego bloga. Blisko 21% wejść z wyszukiwarek było po haśle "litoslav", 5% - "co mnie czeka w 2011", 4% - "litoslav blog", 3,5% - "futuristen", 1,5% - "litoslav blogspot".

Warto też zwrócić uwagę na co śmieszniejsze wyniki: "aleksandra kałowska" (pozdrawiam Olę!), "jellystone" (pozdrawiam Paka!), "zmiana głosu u psa", "hitler był rolnikiem", "kult unplugged dziura w koszulce", "luis amstrong świadkiem jehowy", "medium co znaczy", "muzyka dla małysza", "neokatechumenat orgie", "okna magik"...

Koniec zanudzania. Roczek strzelił przerażająco szybko. Czas pokaże, czy za kolejnych 12 miesięcy będzie co świętować...

Co powinien zaśpiewać Krzysztof Krawczyk na beatyfikacji Jana Pawła II?


Dzisiaj wprawdzie Prima Aprilis, ale to nie żart!!! Krzysztof Krawczyk - jeden z Adamów Małyszów współczesnej muzyki rozrywkowej, jedna z najbardziej obciachowych polskich gwiazd show-biznesu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych wąsów i brzuchów w kraju - chce zaśpiewać podczas beatyfikacji Jana Pawła II. Ponoć obaj panowie się znali. No, w ramach ścisłości należałoby powiedzieć, że spotkali się ze sobą jakieś 3 razy, co jednak w zupełności wystarczyło, aby Krzysztof Krawczyk nazywał Karola Wojtyłę jedną z najważniejszych postaci, na które napotkał w swoim życiu.

Krzysztof Krawczyk zadeklarował, że na mszy beatyfikacyjnej zaśpiewałby któryś z pierdyliarda psalmów (i raczej nie byłby to "Psalm 151" Kultu). Pragnę zapytać: Panie Krzysztofie, po co się tak ograniczać? Czy nie lepiej byłoby zaszaleć i zaśpiewać coś bardziej przebojowego? Że niby nie wypada? Panie Krzysztofie, ale samo Pana śpiewające uczestnictwo w wydarzeniu wyższej, duchowej rangi zakrawa o "nie wypada". Jak szaleć, to szaleć. Proponuję Pana recital, który może nie tyle należycie oddałby hołd Janowi Pawłowi II, co raczej pozwoliłby Panu w pełni zaprezentować posiadane przez Pana umiejętności i uwypuklić Pańską niebywałą wszechstronność artystyczną.

Barka

Wiadomo, że zacząłby od "Barki". Może Krzysiu nie wywołałby tym samym małego trzęsienia ziemi w Watykanie, ale rozpocząłby z grubej rury, od wielkiego szlagieru, jednoznacznie kojarzącego się z osobą papieża-Polaka. Można nawet podejrzewać, że miliony pielgrzymów - zgromadzonych zarówno na placu św. Piotra, jak i w innych miejscach sakralnych na całym świecie (wliczając w to domową przestrzeń z kanapą i telewizorem) - pociągnęłyby "Barkę" wraz z polskim bardem. Chóralne śpiewy dotarłyby aż do Libii, gdzie Muammar Kaddafi na ich dźwięk wyciągnąłby białą flagę, ogłosiłby kapitulację i zakończyłby bezproduktywny "Świt Odysei".

Idzie mój Pan

Krzysztof Krawczyk to inteligentny człowiek. Widzi z jakim entuzjazmem przyjęto "Barkę". Na bieżąco otrzymuje też informacje z frontu w Libii, więc wie, jaką wielką siłę posiada jego głos. Postanawia, że zagra teraz kolejny kościelny przebój, nieśmiertelny utwór "Idzie mój Pan". Śpiewa cały świat. Chrześcijanie, muzułmanie, żydzi, buddyści, ateiści. Wydawałoby się, że refren powinni kojarzyć tylko ci pierwsi, lecz dzieje się tak, że znają go - słowo w słowo - wszyscy obywatele świata. Jeden z ekspertów w studiu TVN24 zauważa, że prawdopodobnie "Idzie mój Pan" zapisane jest w ludzkich genach, że być może już Adam i Ewa znali tę legendarną pieśń. Drugi z ekspertów przychyla się do zdania pierwszego, choć on akurat uważa, że któregoś dnia obca cywilizacja kosmiczna zmodyfikowała nasze geny, po to aby przejąć kontrolę nad Ziemianami. Po chwili insynuuje, że beatyfikacja Jana Pawła II jest najprawdopodobniej preludium do wielkiej międzygalaktycznej wojny. Aha, Krzysztof Krawczyk i "Idzie mój pan" kończą konflikt izraelsko-palestyński. Tak po prostu.

Bo jesteś Ty

Następnie Krawczyk wygłasza skromne przemówienie. Mówi, że on to w Polsce piosenkarzem jest, że sprzedał trochę płyt, że ma uznanie wśród ludzi w całym kraju. Wtedy odzywa się obecny na uroczystości Benedykt XVI: - Daffei zoś sffojego, ssiom! Krzysztof Krawczyk nie potrafi odmówić obecnemu papieżowi i wykonuje hicior sprzed paru lat, piosenkę "Bo jesteś Ty". Entuzjazm na placu św. Piotra jakby opada. Ludziom wybitnie nie podoba się ten utwór. Całe szczęście, polski wokalista kończy zanim w Palestynie wybucha III intifada. Jeden z widzów TVP Info zauważa, że obecny w Watykanie kardynał Dziwisz wyjął już nawet kilogram pomidorów specjalnie przygotowanych na tę okazję, ale nie zdążył ich użyć.

Ave Maria

Przed wykonaniem następnej piosenki, Krzysztof Krawczyk mówi, że i ona będzie pochodzić z jego repertuaru. Milionowy tłum zaczyna buczeć. Tak mocno, że fala uderzeniowa powala nie tylko Benedykta XVI, ale także obecnego na miejscu Mariusza Pudzianowskiego oraz Bazylikę św. Piotra. Nie zważając na to, polski bard zaczyna śpiewać. Szybko się okazuje, że jest to numer z jego najnowszej płyty, którą nagrał w hołdzie Janowi Pawłowi II. Milionowy tłum wzdycha z ulgi, co niestety doprowadza do całkowitego zburzenia rzymskiego Koloseum oraz dalszego wykrzywienia Krzywej Wieży w Pizie. Z kolei wykonanie "Ave Marii" przez Krzysztofa Krawczyka powoduje pęknięcie lądolodu na Grenlandii. Ostatnie misie polarne spieprzają gdzie pieprz rośnie, Wiewiór z "Epoki Lodowcowej" po raz kolejny gubi swojego orzeszka, a Greenpeace oskarża popularnego piosenkarza o celową działalność na rzecz zniszczenia Matki Ziemi.

Natalia Kukulska - Wierność jest nudna

Krzysztof Krawczyk znów wygłasza długą i nudną mowę. Opowiada o Polsce. O tym, że w stanie wojennym było ciężko, ale że w sumie za komuny było lepiej. Wspomina także, że w Polsce powstaje dużo filmów o papieżu Janie Pawle II, o Karolu Wojtyle. Ostatnim był "Och, Karol 2", który promowany był przez piosenkę jej koleżanki po fachu, Natalii Kukulskiej. Właśnie ją Krzysiu zaczyna śpiewać. Hierarchowie kościelni są oburzeni. Oburzony jest również Grzegorz Miecugow. Szwajcarscy gwardziści siłą zabierają mikrofon Krawczykowi (ludzie klaszczą), a Imperator Palpatine Benedykt XVI krytycznie wypowiada się o tej piosence, wyraźnie zaznaczając, że może i wiara w Boga jest nudna, ale jest najważniejszą rzeczą w Galaktyce w Śródziemiu na świecie. Ratzinger oddaje mikrofon Krawczykowi, ufając, że była to ostatnia, marna prowokacja za 2 złote. Obecny w studiu Superstacji Tomasz Karolak ciśnie bekę z barda i papieża, dodając, że trzeba być przepotężnym imbecylem, żeby traktować "Och, Karol 2" jako film o człowieku w białej, niepraktycznej (bo łatwo się brudzącej) sutannie.

Firma + Hemp Gru - Przeciwko kurestwu i upadkowi zasad

Krawczyk, dzierżąc mikrofon w dłoni, znów uprawia konferansjerkę: - Teraz kawałek od młodych ludzi. Nie jest to może muzyka, z którą się utożsamiam, pewnie nie do końca ją rozumiem, ale przesłanie jest jasne: JP na 100%. Czyli Jan Paweł II na 100%. Poza tym ci młodzi ludzie hołdują takim wartościom jak honor i odwaga. To nie są puste słowa!!! - Krzychu kończy swoją mowę i zaczyna rapować. Żenujący i szkaradny to widok. Numer się jednak podoba. Hierarchowie kościelni, Bronisław Komorowski oraz Jarosław Kuźniar nie obruszają się na padające co chwila przekleństwa. Klnący Krzysztof Krawczyk? Tego świat jeszcze nie widział. Niestety, "Przeciwko kurestwu i upadkowi zasad" niweczy wszystko, co do tej pory polski bard zdołał osiągnąć. Wszystkie wojny, które zakończył jego śpiew, wybuchają na nowo. Ba, wybucha jeszcze 13 kolejnych. W tym jedna międzygalaktyczna. Wkurwieni Marsjanie, hibernujący od pizdyliarda lat pod skorupą Marsa, ruszają na Ziemię w celu zakończenia tego żenującego spektaklu. Krzysztof Krawczyk ma zostać pojmany i rzucony w otchłań Słońca.

Duck Sauce - Barbra Streisand (JOHN PAUL 2 REMIX)

Nad placem św. Piotra unoszą się marsjańskie spodki. Wybucha panika. Ludzie nie mają pojecia, co ze sobą począć. Krzysztof Krawczyk już wie, że zjebał sprawę. Wie, że musi postawić wszystko na jedną kartę. Na hit ostatniego półrocza (albo i więcej). Duck Sauce. Barbra Streisand. Najbardziej energetyczny przebój z Janem Pawłem II w tytule. Pierwsze dźwięki tej nieziemskiej melodii, to uuuuu uuuuuu uuuuu uuu uuu przerywane co jakiś czas krótkim "Karol Wojtyla", wprowadzają spanikowany tłum w stan upojenia. Wszyscy zapominają na chwilę o wiszącym nad nimi (dosłownie) niebezpieczeństwie i zaczynają tańczyć. Marsjanie opuszczają swe statki kosmiczne i dołączają do zabawy. Jarosław Kaczyński wywija z Donaldem Tuskiem. Grzegorz Napieralski ze Zbigniewem Ziobro. Benedykt XVI z Tomem Cruise'em. Biba tysiąclecia.

Ale po chwili Krawczyk kończy śpiewać. Marsjanie wypadają z transu, porywają polskiego barda, wysadzają go na Słońcu i wracają, jak gdyby nigdy nic, do "nigdy niekończącej się" hibernacji. W Polsce prezydent ogłasza tygodniową żałobę narodową. Kibice zwaśnionych klubów piłkarskich godzą się. Politycy, celebryci i inne osoby publiczne zapewniają, że teraz Polska się zmieni. Na lepsze, oczywiście. Mija miesiąc i jest jak dawniej. Albo gorzej.

PS Jeśli kogoś ten wpis zniesmaczył - so sorry. Krzysztof Krawczyk?! Jak tak dalej pójdzie, to podczas obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej "zaśpiewa" Mandaryna.