Gustoprześwietlacz: Deliszys

Był Danon, jest Deliszysz. Marek, bo tak ma na imię, na co dzień z tej ksywki, nie wiedzieć czemu, nie korzysta. Jaki gust muzyczny ma chłopak, któremu można pozazdrościć dwóch rzeczy: wyśmienitych żartów i poczucia humoru?

Magnetic Man ft Ms Dynamite – Fire


Dynamite lubiłem jeszcze z czasów r'n'b ("Dy-naa-mitee", "It takes more"), ale dzięki temu kawałkowi zauroczyłem się dubstepem. Żadna wielka zajawka, ale jak kiedyś zdam prawo jazdy (kiedyś), to na pewno będę tym katował głośniki. A na tym nagraniu to ponoć Ms pozwoliła sobie odpłynąć i poimprowizować – to widać. Genialne.

Luniz – I got 5 on it


Każdy fajny kawałek nudzi się, jak się go słucha 12 raz pod rząd (też tak robicie?). Każdy zajebisty przestaje być zajebisty gdzieś przy trzeciej dziesiątce, a ten nie znudził mi się, mimo że były dni, że jak kładłem się spać i wstawałem rano, to tylko przy wokalu Yuka. Członek Dream Teamu jeśli chodzi o beat.

Phil Collins – Another Day In Paradise


Jeśli Collins prywatnie jest tak zajebisty jak "na krążku", to podejrzewam, że nigdy nie zacina mu się Internet, kanapka nie spada posmarowaną stroną na podłogę, skarpetki zawsze są do pary i nigdy nie trafiają mu się gorzkie pistacje (ble). Kolejny fajny dzień w raju, co?

Nina Simone – Sinnerman


To jest taki kawałek, że jak zamkniecie oczy to poczujecie: miesiąc sierpień, godzina 19:00, 27 stopni na dworze, lekki wietrzyk we włosach, smak zimnego melona… Ej, też jedziecie białym cabrio po Miami?

The Game – Where I'm From


Szybka podróż do Los Angeles (powiedzmy, że z Florydy mają takie dobre drogi jak my do Szczecina) i mój ulubiony czarny-gangsterski-zły raper. Z tymże Game ma zawsze takie nieco lżejsze kawałki z dobra nutą, to u niego lubię. Poza tym gra w kosza i ma fajną łezkę pod okiem... BWS BWS BWS !!!

Barry White ft Chris Rock – Basketball Jones


Może to dlatego, że kocham koszykówkę, a może dlatego, że czuję się przy tym tak zajebiście wyczilautowany, że nawet C-Rock nie jest w stanie mnie wkurzyć. Z czasów kiedy koszykówka była bliżej jazzu, funku i LSD niż rapu, dziwek i sterydów.

Eric Clapton – Wonderful Tonight


Po prostu "wonderful".

Fugees – Killing Me Softly


Dobrze, że wszystkie słabe wykonania tego utworu w ciągu ostatnich paru lat, jakie miałem nieprzyjemność słyszeć w prawie każdym programie rozrywkowym i na prawie każdym kanale, nie są w stanie zepsuć mi nawet sekundki tego arcydzieła. Lauryn Hill jest jedyną królową czarnego wokalu, zjada Beyonce i Aliyah przy pierwszej lepszej okazji, jedynie Alicie Keys musi trochę dłużej przegryźć. To jest basen nie muzyka, bo przy tym się zwyczajnie płynie, moi mili.

The Police – Every Breath


Najlepszy instrumental wszech czasów, wystarczy?

Afro Kolektyw – Karl Malone


Polski akcent. Nie wiem co jest bardziej zajebiste: bananek w tym (nie boję się tego słowa) teledysku, wada wymowy Afrojaxa, "Malone ma białasa, białas ma imię John. Białas ma także nazwisko Stock-ton", czy może fakt, że w tekście pojawia się sam i we własnej zajebistej osobie Jason Williams.

Magnetic i Dynamite - rozbolała mnie od tego głowa. Pod koniec utworu trochę się wkręca, choć nadal to strasznie okropne brzmi. Luniz - klasyczniej się nie dało? Pięć za to. Phil Collins - nie lubię go zbytnio, ale w sumie spoko. Nina Simone - spodziewałem się bardziej staromodnej wersji, takiej jak ta, nowoczesna mi nie pasi, choć to prawda, do cabrio nadaje się jak znalazł. Game'a nigdy nie lubiłem - zdania nie zmieniam, ale do tła może być. Barry White na plus, Chris Rock na minus, słowem - piosenka nijaka. Eric Clapton - nuda! "Killing My Softly" - mega rzecz, uwielbiam, Fugees zawsze i wszędzie. The Police - nuda, again. Kaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaarl Maaaaaaaaaaaaaaaaaalone. Drugi raz trafia ten utwór do gustoprześwietlacza. I dobrze, bo to znakomity numer!

Nieznane, a szkoda: El Banda

Kobiecy wokal. Punk. Napierdalanie. El Banda, czyli ulubiony zespół mojego taty do jazdy samochodem.

Wszystko zaczyna się gdzieś jesienią 2003 roku. Zgraja punków mająca doświadczenie *podwórkowo-undergroundowe*. Zakłada się zespół, nagrywa się pierwsze demo, gra się pierwszy koncert. Nic z tego jednak nie wynika. Dochodzi do roszad w składzie. Najważniejsza dokonuje się na miejscu wokalisty. El Bandę opuszcza Hiube - po trosze dlatego, że sytuacja formacji niezbyt się rozwija, po trosze dlatego, że do reszty kapeli dojeżdża do Warszawy z Lublina. Kawałek jest, obie strony zauważają, że jest im to nie na rękę. Na jego miejsce przychodzi Ania z Milanówka.

Tak, wiem. "Ania z Milanówka" brzmi bardzo niepozornie. Ania z Milanówka pokazuje w El Bandzie jednak konkretny pazur i daje zespołowi mocnego, energetycznego kopa. Jej barwa głosu przywodzi na myśl zadziorną Nosowską z początku kariery. Z wokalistką Hey łączy ją jeszcze jedno - świetne teksty. Wszystko przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Nosowska wszakże jest o wiele bardziej wszechstronna i poetycka. Ania z Milanówka nadrabia jednak jakże charakterystycznym dla punku ostrym i dosadnym przekazem. Tyle że to taka kobieca wersja punkrockowego buntu. Idee, postulaty i poglądy niby znane, ale często są "upiększane" treściami z lekka feminizującymi. Wolność dla człowieka, to także wolność dla kobiety. Prawda, że proste? Niekoniecznie dla wszystkich, bo ile było punkowych kapel, które kobiety bezwstydnie uprzedmiotawiały niemal równie prostacko co niektórzy wykonawcy hip-hopowi? Nie wiem - znam kilka, ale pewnie było, jest i będzie ich całkiem sporo.

El Banda to jednak nie tylko Ania z Milanówka. Jej siłę stanowi także czwórka instrumentalistów. Okej, słowo *instrumentaliści* sugeruje może nie tyle wirtuozów, co facetów z dyplomem po szkole muzycznej. Po członkach kapeli z - podkreślę to raz jeszcze - *podwórkowo-undergroundowymi* korzeniami raczej nie można spodziewać się takich fajerwerków. To raczej czwórka samouków, małych wyrobników, którzy to tu to tam się wywalą, coś spartolą. Ale punk to nie granie pierdu-pierdu, żeby było czysto i ładnie - tutaj trzeba napierdalać. A to im wychodzi. Jest czad, dlatego mój tata lubi przy tym jeździć. Bo jak jedzie się w trasę, to człowiek nie zaśnie przy takim łomocie.

W 2006 roku wychodzi "Przejdzie Ci" - długogrający debiut El Bandy. Album tylko zwiastuje burzę, która przychodzi dopiero po 4 latach. W 2010 roku pojawiają się "Skutki uboczne", gdzie kapela znacznie podkręca śrubę - zagrała lepiej i ciekawiej. Ania jest tu w fenomenalnej formie tekstowej. Idzie złapać się za głowę, słuchając kolejnych utworów przepełnionych buntem, wściekłością i wulgarnością. Tak się żyje i umiera na Mazowszu, gdzie macice wchłaniają kolejne płody, a na murach miast malowane są obrazy krwią menstruacyjną. Najbardziej charakterystyczny numer z płyty - "Ajloviu" - wprost kopie dupę - zarówno lirycznie (np. "Wytnę sobie irokeza na cipce, obiecuję, tylko mnie kochaj"), jak i muzycznie i kompozycyjnie. Bardzo bezczelna Ania = bardzo bezczelny album. Co warte zauważenia, wokalnie Ania też daje radę - nie ma tu zaskakujących tonacji, jakichś szmerów-bajerów z głosem, ale jest za to jakże autentyczny ryk wściekłości, który Ania ma chyba we krwi.

Mocna rzecz. Gdyby samochód, którym jeżdżę, posiadał odtwarzacz CD (nie posiada nawet radia), to byłoby możliwe, że również w moim przypadku oba albumy El Bandy (ale ze wskazaniem na "Skutki uboczne") byłyby ulubionymi krążkami do jazdy autem. Nie słucham Ani z Milanówka dzień w dzień, raczej od przypadku do przypadku, lecz propsuję i polecam. Muzyka może się podobać, wokalistce należy się szacunek za odwagę do wyrażania własnych poglądów. Punk dla wkurwionych przedstawicielek płci żeńskiej. Oraz lubiących jeździć autem z łomotem.

Przydatne linki:
myspace

Gustoprześwietlacz: Bober

Tak jak obiecałem - do mojego zoo trafiło kolejne zwierzątko! Po kocie i niedźwiedziu padło na bobra. Swoją drogą, jeśli jeszcze nie czytaliście książeczki o bobrach żeglarzach, co mają problemy z osobowością (nie wiedzą do końca, czy są bobrami, czy może misiami), to polecam gorąco. To powinna być lektura szkolna!

Kobiety mają problem z podejmowaniem decyzji - przynajmniej niektóre - ja się niestety do tej grupy zaliczam. Dziesięć piosenek, to dziesięć wspomnień, niezliczone minuty śmiechu, może i litry łez. Dlatego tak ciężko je wybrać. Ale nie ma co marudzić, mimo iż pominęłam wiele ważnych piosenek.

The Offspring - The Kids Aren't Allright


The Offspring poznałam przez mojego brata, którego gust muzyczny miał spory wpływ na kształtowanie się mojego. Dlatego ta piosenka jak i inne utwory The Offspring zawsze będą mi się kojarzyć ze spędzaniem czasu z bratem, mostkiem, piwem i braterskimi rozmowami.

Arctic Monkeys - A Certain Romance


Uwielbiam. Wybrałam tę piosenkę, by pokazać, że Arctic Monkeys to nie tylko okropnie przystojny Alex Turner i również niczego sobie Jamie Cook oraz dwaj panowie, którzy są nieco mniej urodziwi... ale zespół, który bardzo dobrze gra. Ta piosenka nawet bez głosu Turnera byłaby świetna, choćby ze względu na gitarę.

De Gaulle - Is This Love



Przypadkowe odkrycie. Boris Laborde jest młodym Francuzem z Paryża, który na chwilę obecną nie robi zawrotnej kariery, ale moim zdaniem ma na to sporo szanse. A "Is This love" to dobra piosenka, by po prostu zamknąć oczy i dać głowie odpocząć po ciężkim dniu. Polecam też "Heart of Stone".

Muzyka Końca Lata - Chłopaki wieczorem


Ta piosenka to wakacje 2008. Przez rozsypane szkło, przez drut i beton, dziurę w płocie jak duży czarny kot, pobiegnę przez zaspane miasto. MKL jest tak pozytywny, że ciężko go nie lubić. Moją sympatię zdobył przez teksty - zapijam kompotem wrodzoną tępotę czy nie dla mnie te kwiaty, bo techno słabo tańczę i wiele, wiele innych. Uwielbiam ich koncerty, jednakże za ten na Dniach Gorzowa mam żal - rozczarował mnie okropnie, nie ze względu na piosenki z nowej płyty, bo "Dokąd to pójdziemy dziś" jest cudowne (ale go nie zagrali), tylko przez widoczne objawy "zatrucia rybą" Zmywaka.

The Kooks - Crazy (In The Streets of Paris)


I remember when, I remember, I remember when I lost my mind. Dosłownie. Przez pewien okres czasu zupełnie straciłam dla The Kooks głowę. Ich piosenki towarzyszyły mi wszędzie - "Stormy Weather" w Londynie, "Ooh La" grane przez jakiegoś chłopaka na Park Space w Cambridge, "Sway" pijąc wino z moją najlepszą przyjaciółką i jeszcze wiele innych. Miałam szansę być na ich koncercie w Berlinie jesienią '10. Tym którzy myślą, że Luke to zachrypnięty, chudy Brytol w ciasnych spodniach, mogę powiedzieć "FUCK YEA". Było CUDOWNIE.

The Broken Family Band - It's All Over


Przypadkowe odkrycie numer dwa. Zespół z Cambridge, założony dla zabawy. A ta piosenka, uratowała mnie przed zrobieniem czegoś bardzo głupiego, bo gdyby nie ona byłabym w bardzo nieodpowiednim miejscu w bardzo nieodpowiednim czasie.

Indios Bravos - Jego piosenka o miłości


Indios Bravos - przez nich prawie uciekłam z domu, a nie-prawie zjadłam mątwę w atramencie (dziwne metody wychowawcze mojego taty - był to warunek pójścia na ich koncert jesienią 2009). Nie żałuję, grali świetnie, chociaż Gutek ledwo trzymał się na nogach. Mam nawet plakat z autografami, niestety wykonanymi tuszem do rzęs, bo... zgubiłam długopis. Bardzo lubię tę piosenkę, ale teledysk mi się okropnie nie podoba.

MGMT - Kids


Męczyciel. Zostałam zarażona MGMT przez koleżankę Czeszkę w wakacje i ta infekcja trzyma się do tej pory.

Komety - Spotkajmy się pod koniec sierpnia


Było mi strasznie trudno wybrać piosenkę Partii/Komet do tej dziesiątki, dlatego że większość z nich jest dla mnie ważna. Ale ta szczególnie. Najśmieszniejsze jest to, że nigdy nie udało mi się spotkać z osobą, do której kiedyś kierowałam tekst pierwszej zwrotki tej piosenki. Może za rok.

Coconut Records - West Coast


Niszczyciel. I wish you would put yourself in my suitcase. Czasem mnie dopada, wyciąga na spacer i przeżera swym znaczeniem każdy centymetr mojego ciała. Tak na koniec.

Offspring - nie pamiętam już jaka piosenką tego zespołu była moją ulubioną... To raczej nie była ta, ale ta jak najbardziej się podoba. Też mi się trochę z bratem kojarzy. Na kasecie miał jakieś Offspring chyba. Twórczość Arctic Monkeys znam tak piąte przez dziesiąte - głównie ten utwór, którego cover nagrało funkowe Lack of Afro (kto nie zna, to polecam gorąco, bo dobra rzecz!). To jest fajne, tyle mogę powiedzieć. Takie trochę inne, niż wszystko to, co do tej pory zakodowałem jako Arctic Monkeys. Wiecie, takie skoczne. No, może źle zakodowałem. De Gaulle - tak wielkie jak Charles to nie jest. W ogóle nie jest to wielkie. Gdyby wokal był trochę głośniej, a muzyka trochę ciszej, to może. Tak jest po prostu okej. MKL - fakt, pozytywne, nie da się nie lubić. The Kooks - kiedyś każda moja koleżanka tego słuchała. A przynajmniej takie miałem wrażenie. Nigdy tego wcześniej nie słyszałem, a tu proszę - *przeróbka* ukochanego przeze mnie Gnarlsa Barkleya (solówka Cee Lo Greena z zeszłego roku to moc!). Trochę inaczej, ale propsy lecą. Przypadkowe odkrycie nr 2 - miła i sympatyczna piosenka, która kiedyś zostanie zaadaptowana na potrzebę jakiegoś młodzieżowego serialu, o ile już nie pojawiła się w jakichś "Skinsach". Indios Bravos - kto mnie zna, ten wie, że hejtuję Gutka, a w szczególności Indios Bravos, od pierdyliarda lat i niestesty "Jego piosenka o miłości" tego nie zmienia. Starałem się w cholerę, ale nie potrafię się do tego przekonać. Wybacz, Bobrze. MGMT fajne, wokal jak wokal, ale muzycznie ciekawie rozwiązane, lubię takie połączenia. I teledysk fajny! Komety - to moje pierwsze spotkanie z tym zespołem (się uchowałem) i... No nie wiem, takie lekkie, przyjemne granie. Coconut Records - zaczęło się wybornie, gdy wszedł wokal atmosfera niby trochę spadła, ale jednak klimat jest. Podoba mi się. Fajnie się dalej rozwija. Takie małe skojarzenie z Arcade Fire miałem, ale to jednak zbyt daleko idące. Warto sprawdzić, to na pewno.

Moje ulubione utwory ze słowem "ballada" w tytule

Ballada. Bardzo fajne słowo. Bankowo w moim prywatnym TOP10 fajnych słów (gdybym prowadził blog o pierdołach, to pewnie bym tę toplistę zaprezentował, ale to jednak bardzo poważany dziennik bardzo poważanego gościa). Jeśli jakakolwiek piosenka ma słowo "ballada" w tytule, to wiem, że będzie dobra. Wiadomo, że są odstępstwa od tej reguły, ale przecież one ją tylko potwierdzają. Ale nie wyjątki tu zaprezentuję, tylko moje ulubione muzyczne ballady.

Tadeusz Chyła - Ballada o Cysorzu


Znane mi głównie w wykonaniu Kazika. Ale to Tadeusz Chyła wymyślił "Balladę o Cysorzu". Zabawną i z morałem. Z doskonałą puentą. Cesarz to ma klawe życie. Choć to świnia i krwiopijca.

Kult - Ballada o dwóch siostrach


Fragment małego oratorium "Kolczyki Izoldy" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Grane przez Stanisława Staszewskiego. W sensie, że przez tatę Kazika. Grane też później przez Kult, a dokładniej od czasu premiery "Taty 2". Bardzo spodobało mi się to wykonanie. Takie balladowe właśnie. Średniowiecze. Wędrowny bard śpiewa i gra na gitarze poetyckie teksty. Tyle że tu instrumentarium mocno wzbogacone. Co z tego, skoro klimat dalej ten sam.

Krystyna Janda - Ballada o Janku Wiśniewskim


Ostatnio dość popularne, prawda? Mimo że rockowa wersja Kazika bardzo mi się podoba, wręcz jaram się nią jak pochodnia, to jednak wybieram tu wykonanie Krystyny Jandy - bardziej podniosłe, bardziej współczesne czasom, w których powstał tekst. Nietrudno się utożsamiać ze sprzeciwem wobec czegoś, gdy ten sprzeciw wyraża się w słowach zaśpiewanych właśnie w ten sposób.

Kazik Staszewski - Ballada o kobiecie żołnierza


A to już Kurt Weill. "Opera za 3 grosze". The Doorsi i Louis Armstrong też po niego sięgali. Naprawdę. Kazika nawet nie ma co z nimi porównywać, ale jego wykonanie "Ballady o kobiecie żołnierza" może się podobać. I na płycie, i na koncertach. A najlepsza w niej jest końcówka. W Rosji ciągle wojna trwa! Choć te słowa odnoszą się do I wojny światowej i rewolucji październikowej, to odnoszę wrażenie, że i dziś są aktualne. W Rosji ciągle jakaś zawierucha - a to Czeczenia, a to teatr na Dubrowce, a to samolot gdzieś pierdyknie o ziemię. A przy całej tej zawierusze wóda leje się strumieniami. A co, żołnierzu, kobieta twa z ogromnej Rosji dostać ma? Najlepiej połówkę samogonu, nada się.

Big Cyc - Ballada o smutnym skinie


Klasyk. Można zwalczać skinheadów "po fachowemu", atakując ich ideologie, jak robiło to choćby KSU (nie pomnę, w którym dokładnie utworze, ale było tak, na pewno), a można ich obśmiać po całości. Niekoniecznie czepnąć się ich ideologii, ale skrytykować rzecz bardziej przyziemną, dla przykładu taki wygląd. Całą zimę biegał łysy, wiosny już nie dożył!

Łona - Ballada o szlachetnym czorcie


Najmniej balladowa ballada ze wszystkich zamieszczonych tu ballad. Ale ta ballada na bal nie lada się nada. Chociaż nie. Bardzo lubię ten utwór, mimo że właściwie jest o prostej historii, w której niezwykłe jest tylko to, że miejski autobus jeździ, a nie to, że kierowca tegoż wehikułu okazał się miłym gostkiem, który, gdyby nie prowadził, strzeliłby sobie z przypadkowym pasażerem piwko lub dwa.

Strachy na Lachy - Ballada o Tolku Bananie


Na koniec chyba moja ulubiona ballada. A przynajmniej najczęściej podśpiewuję ją sobie pod nosem. I wolę wykonanie Strachów. Nie lubię Wilków. Choć w sumie nie wiem, czy nie grał tego ktoś wcześniej. Pewnie tak, zawsze tak z tymi balladami jest. A to bardzo balladowa ballada jest. Stare miał dżinsy, starą koszulę...

Gustoprześwietlacz: Danon

Gusta muzyczne mają nie tylko zwierzęta, ale także jogurty. Danon i jego "dziesiątka":

Ciężko ograniczyć się do zaledwie 10 kawałków ale jakoś udało mi się odchudzić listę i upchnąć (prawie) wszystko w 10 pozycjach:

Pablopavo & Ludziki - Do stu


Niesamowity pozytyw. Wakacje, ogniska, piwo i gołe stopy. ^^

Red Hot Chilli Peppers - Snow (Hey Oh)


Kawałek mocny jak kawa z rana, daje kopa i na ryju banana! ; )

Anteny - Sygnał


Coś z naszego rodzinnego Gorzowa. Chłopaki z płytki na płytkę co raz fajniej brzmią i oby szło im tak dalej. Szczerze im tego życzę, a i dobrze by było, gdyby udało im się w końcu przebić ze swoimi kawałkami gdzieś dalej, po to aby zarazić większą publikę ich magiczną muzyką. Po przesłuchaniu tego kawałka polecam bliższe zapoznanie się z twórczością Anten. Miałem niezły problem z wyborem kawałka z racji, że ostatnimi czasy jaram się całą najnowszą EP-ką "Święty Spokój" (klik) i wybór tego jednego najlepszego kawałka jest trudny. Dlatego jeszcze raz polecam bliższe obadanie Anten.

John Frusciante – Unreachable


Ciarki na skórze... Fani Frusciante powinni wiedzieć, o co chodzi.

Band of Horses - Funeral


Ciężko nie zajarać się tym kawałkiem. Tylko nie przesadźcie.

Bajzel - Wsioryba


Odkrycie Górka [Górson, kiedy Twoja "10"? - Lite] z płyty "Męskie Granie". Strasznie pozytywny bajzel!

Coma - Leszek Żukowski


Kawałek przypadek, a wyszła naprawdę fajna wizytówka zespołu.

Lao Che - Bóg Zapłać


Chcę wszystko…

Afro Kolektyw - Karl Malone


Niestety, ale jestem tylko złamanym białasem, dlatego bliższy opis tego kawałka przez moją osobę mija się z celem. Sami obczajcie.

Confident Soundsystem - Słownie dziesięć


Kawałek kolegi z forum perkusyjnego, śp. Michała "Żaby" Chrzanowskiego. Przykro na myśl, że tacy ludzi odchodzą tak młodo. W dodatku przez bezmyślność innych. Żaba nawet nie zdążył nigdzie opublikować tego kawałka, a szkoda, bo pewnie byłby ucieszony opinią słuchaczy. Jak na chłopaka, który dopiero zaczyna przygodę z muzyką, miał wielki potencjał. Przesłuchajcie, bo naprawdę warto.

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że każdy znalazł tu coś dla siebie, a w przyszłości liczę jeszcze na jakiś "Gustoprześwietlacz" w wersji XXL. Dzięki za uwagę, Pokój z Wami.

"Do stu" pojawia się tu nie pierwszy raz - chyba najfajniejszy utwór z "Telehonu". Swoją drogą, wciąż mam nieodpartą ochotę sprawdzić nową płytę Pablopavo i Ludzików, ale kasy brak... No i o co chodzi z gołymi stopami? Red Hoci zawsze spoko, propsuję. Anteny - ni to mnie ziębi, ni to grzeje. A tak nawiasem, też Wam się wydaje, że tu śpiewa Artur Rojek? John Frusciante - ciar na plecach nie ma, ale fajne, fajne. Band of Heroes - faktycznie, zajarałem się. Bajzel znamy, znamy. W piątek grali w gorzowskim Magnacie, trochę szkoda, że nie zaszedłem. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Comy, ale ten numer kocham bezgranicznie. Świetny jest. Lao Che mnie nie jara. Po prostu. KAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARL MALONE!!!! <3 Confident Soundsystem - całkiem spoko. Szkoda chłopaka - popracowałby nad dykcją i może by coś z niego było, a tak to... [']

Zeus, jak mogłeś? Czyli komu i o czym przypomniał Zeus

Gdzie się podział stary, dobry, osiedlowy Zeus? Na Olimpie, kurwa.

Dziś premiera jego trzeciej solówki wypuszczonej w oficjalnym obiegu. Przedpremierowych kontrowersji wokół "Zeus, jak mogłeś?" jednak co nie miara. Mniej więcej 99% z nich dotyczy fryzury łodzianina - mieszkaniec Bałut postanowił przypomnieć internetowej armii hejterów styl, który nieodłącznie kojarzy się z subkulturą emo. Kudły długie, grzywka na oko, wiecie o co chodzi. Całkowicie jebie mnie to, czy faktycznie Zeusowi spodobał się taki image, czy to tylko zamierzona akcja marketingowa. Jeśli to drugie, to trzeba przyznać, że postawiono na bardzo skuteczny sposób promocji - fora huczą od dyskusji, mimo że już od dawna wiemy, że połowa składu Pierwszy Milion jest zwykłą ofiarą mody...

Jakby nie patrzeć, Zeus zawsze konkretnym ludziom i grupom ludzi o czymś przypominał. Przez całą swoją karierę. No, przynajmniej od wydanego po 10 latach w undergroundzie "Co nie ma sobie równych", które całkiem słusznie ochrzczono debiutem 2008 roku. Na co takiego zwrócił uwagę reprezentant Bałut i do kogo swoje uwagi zaadresował?



- Na "CNMSR" pieprznął numer o graczach. I nie postulował w nim, żeby nie hejtować gracza i gry. Gier też nie hejtował, wręcz przeciwnie. Od "Crasha Bandicota" (wszystkie części) po "Age of Empires". I gdzieś tam ukryte przesłanie, że poświęcił jedną pasję (gry video) dla drugiej (muzyka). Zupełnie jak ja. Trochę nieświadomie ukrył przesłanie nr 2 skierowane do graczy: "Przypomnijcie sobie lata 90. - to były czasy! Granie na jednym kompie / konsoli z przyjaciółmi, wagary w salonach gier i mnóstwo straconych pieniędzy na żetony. A teraz? Macie te Steamy i Xbox Live'y, siedzicie w swoich chałupach, zbijacie bąki i myślicie, że strzelenie komuś kulki w łeb w "Call of Duty" to interakcja międzyludzka, bo przecież gracie przez sieć". Zeus, jak mogłeś spowodować depresję u milionów graczy pamiętających czasy PSOne?



- Na tym samym "Co nie ma sobie równych" przypomniał Magikowi, że coś go "ciągnie w dół". Zeus, jak mogłeś zabić Magika po raz drugi?



- Przed wydaniem "Albumu Zeusa" przypomniał hip-hopowcom, że arafatki to obciach. Sprzedaż arafatek wśród hip-hopowców spadła drastycznie. Słowo "arafatka" na forum Ślizgu zostało uznane za wulgaryzm. Podobnie jak na portalu z kreską, gdzie wyraz ten został pierwszym wyrazem, który postanowiono cenzurować. Zeus, jak mogłeś założyć a******ę?



- Na "Albumie Zeusa" przypomniał Polakom o ofertach typu last minute. Latem 2010 roku zachęcony polski turysta uderzył zagranicę. Głównie do Egiptu i Tunezji. Oba kraje do dziś liczą straty po wizycie skąpych Polaczków. Zeus, jak mogłeś wywołać rewolucję w świecie arabskim?



- Na tym samym krążku przypomniał nerdom i no-life'om, że poza twitterem, bloggerem i Golden Line istnieje jakiś świat. I tak właśnie odkryto Facebooka. Nie wierzcie w to, co nagadali Wam w "The Social Network". Zeus, jak mogłeś nie wziąć pieniędzy za spopularyzowanie "Lubię to"?



- I jeszcze przypomniał mi, że... nie lubię jeść. Tak, tak!!! Początkowo myślałem, że "Lubię jeść" będzie wzorowym zobrazowaniem mojego apetytu i umiłowania do jedzenia, ale po pierwszym odsłuchu zmieniłem zdanie. Sami wiecie dlaczego. Zeus, jak mogłeś wmówić mi, że nie lubię jeść?!

Okej, żartowałem. To jak wyglądasz jest nieważne. Płytę sprawdzę na pewno. Ale jak się okaże, że tyle szumu o nic, to na zwykłym "Zeus, jak mogłeś?" się nie skończy. Gwarantuję.

Gustoprześwietlacz: Agniecha

Kolejna niewiasta. Naprawdę nie ma na imię Agniecha, tylko Agata. Coś tam bredzi o matmie i fizyce, ale nie zwracajcie na to uwagi. Skupcie się na muzyce, bo w większości bardzo fajna!

Rozpocznę od tego, że mat-fizy rządzą, Nie żebym usprawiedliwiała swój bijący po oczach kompletny brak talentu pisarskiego. Nie. Po prostu tak jest. Dlatego też, ku chwale umysłów ścisłych, nie zamierzam się wielce rozpisywać. Po prostu lecę z koksem.

1. Blue Foundation - Eyes on fire


Kawałek idealny do leżenia do góry brzuchem i bezsensownego gapienia się w sufit. Właśnie dlatego tak często go słucham.

2. Björk - All is full of love


Björk nagrała swoje płyty po to, żeby matematyka była jeszcze przyjemniejsza w liczeniu. Tę piosenkę w szczególności.

3. Nickelback - Just To Get High


Kawałek ma kopa i w bonusie dość życiowy tekst.

4. The Cranberries - Hollywood


Sweet 90's. UWIELBIAM!

5. Guano Apes - Lords of the Boards


Idealna recepta na zimę? Decha, śnieg i ten kawałek. A ja na stok chętna nawet latem, więc piosenka w głośnikach niezależnie od sezonu.

6. Yeah Yeah Yeahs - Runaway


Ostatnie odkrycie. Możliwe, że tylko na kilka dni. Tak czy siak aktualnie na topie toplisty.

7. Pink Floyd - High Hopes


Nie będę przedstawiać klasyki bom niegodna. Swoją drogą teledysk jest trochę psychodeliczny.

8. Hellsing (OST) - Kikyou kaoru iroha michi


Jedyne, co mogę o tym powiedzieć to: LUBIĘ TO!

9. Florence + The Machine - Heavy in Your Arms


Żeby nie było niejasności: dla mnie najpierw była ta piosenka, potem "Zmierzch" czy "Zaćmienie". Nie odwrotnie.

10. ONA - Moja odpowiedź


Na koniec polski akcent. Uwielbiam wokal Chylińskiej, ale w wersji Jeszcze-Nie-Odmieniło-Mnie-Macierzyństwo.

Za Blue Foundation masz u mnie minusa. Nie dlatego, że słabe. Wręcz przeciwnie. To jest zajebiście dobre. Następnym razem pokazuj takie rzeczy wcześniej, a nie na łamach mojego bloga. ;-) Z Nickelbackiem już gorzej, bo nie jest to "How You Remind Me" tylko jakieś coś, czego nie kojarzę i co mi kompletnie nie brzmi. The Cranberries wrzuca już druga osoba i zaczynam powoli interesować się tym zespołem. 2 utwory, 2 fajne, ktoś się orientuje, czy to tylko hity, czy może całe płyty są tak dobre? Guano Apes na plus - nie wiem z czym mi się kojarzy, ale z czymś na pewno. Co do Yeah Yeah Yeahs to na początku nasunęło mi się, że w sumie jakiekolwiek "yeah" kojarzy mi się z Usherem, ale mniejsza, bo kawałek świetny. "High Hopes" to w ogóle mega rzecz. Mój ulubiony numer Pink Floydów obok "Another Brick In The Wall". A ten teledysk... No magia! Jeśli chodzi o to japońskie coś - co jak co Agato ale Ciebie jak Ciebie o zainteresowanie czymkolwiek związanym z Krajem Kwitnącej Wiśni bym nie podejrzewał. Niemniej może być, klimat jest. Florence + The Machine też fajne, choć ten teledysk ciężko się ogląda, aż głowa mnie od niego rozbolała. Tak samo jak po słuchaniu Chilińskiej. Niby lubię jej wcześniejsze wcielenie, lecz moja odpowiedź na "Moją odpowiedź" brzmi: 3x NIE.

Gustoprześwietlacz: Mastuś

Mastuś, czyli mina owcy, i jej gust:

Miałam napisać to już chyba miesiąc temu, no ale... się jakoś wydłużyło. I nie, wcale nie sporządzałam przez ten czas wyśmienitej listy. Nie oczekujcie też rozbudowanych wypowiedzi pod każdym utworem.

Także tego, kolejność przypadkowa:

1. Anberlin - Enjoy the Silence


Mniam, mniam - uwielbiam. Ale to jedyna piosenka z repertuaru Anberlin, którą strawiłam.

2. Amy Winehouse - Rehab


Może i jest ćpunką, ale muzykę ma dobrą. Najchętniej zamieściłabym tu jeszcze z 5 jej piosenek, ale nie bądźmy monotematyczni.

3. Sheryl Crow - Behind Blue Eyes


Z cyklu soundtracki z seriali.

4. The Cinematic Orchestra - To Build a Home


Na każdą pogodę, na każdy dzień, w ogóle na wszystko. To nie znudzi mi się nigdy. Mogę słuchać calutki dzień, bo te 6 minut to za mało jak na coś tak pięknego.

5. Nneka - Heartbeat


Cóż, po prostu spodobało się.

6. Patrick Watson - The Great Escape


Znalezione jakoś poprzez te dwa poprzednie, polecam też inne utwory w jego wykonaniu.

7. Discovery - It's Not My Fault


Ian Eastwood fajny koleś i układa choreografie do fajnych piosenek, jak ta właśnie.

8. The Asteroids Galaxy Tour - The Golden Age


Dla odmiany coś wesołego.

9. Ayo - Down On My Knees


Chyba nie słyszałam jeszcze piosenki w jej wykonaniu, która by mi się nie podobała. Tyle na ten temat.

10. Drake - Little bit


Połączcie sobie opis z nr 5 i 7. Właśnie dlatego.

Anberlin - może być, ale pewnie nigdy do tego nie wrócę. Amy Winehouse - no fajne, fajne. Dobry głos ma. Sheryl Crow - kolejny z coverów piosenki The Who. Kto jeszcze pamięta, że kiedyś wykonywało to Limp Bizkit, a Fred Durst dzielił teledysk z Halle Berry? Lubię. The Cinematic Orchestra - jak Revo powiem: "Ninja Tune, znasz drugi taki label?". Na tej oficynie jeszcze ani razu się nie zawiodłem - wciąż żałuję, że nie stać mnie na wykupienie całego katalogu płyt, którym dysponuje. The Cinematic Orchestra to jeden z tych wykonawców z Ninja Tune, który jest na mojej liście *najbliższych* zakupów. A numer doskonały, wiadomo. Nneka - największy przebój Nigeryjki, skądinąd znakomity utwór. Tak jak cała twórczość Nneki. 3 lata temu (jak ten czas leci!) byłem na jej koncercie i... Co mogę powiedzieć? Miazga. Patrick Watson - trochę smętnie, ale fajnie. Discovery - momentalna zmiana klimatu. Dość interesujące, ale dłużej nie mógłbym chyba tego słuchać... The Asteroids Galaxy Tour - po prostu fajny numer. Ayo jest spoko, prawda? Prawda. Drake - takie sobie.

Gdy gównażeria śpiewa z muzykami

Może jestem w tym odosobniony, ale uważam chórki dziecięce / młodzieńcze za jedną z fajniejszych rzeczy wzbogacających i robiących z danego numeru *przebój pierwszej wielkości*. Bo są zawsze melodyjne i chwytliwe. Bo chce się śpiewać razem z tymi wszystkimi głosami. Rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Prawda???

Przecież sukces "Another Brick in the Wall" to nie tylko David Gilmour, charakterystyczny tekst i mega klip, ale też właśnie ta młodzież, która od pewnego momentu ciągnie piosenkę. Wyobrażacie sobie, że jej tu nie ma, że całość wykonuje Gilmour? Pewnie, że nie. Zresztą wiadomo, że te śpiewające dzieciaki mają potęgować, wzmacniać znaczenie tekstu, który jawnie atakuje system edukacji. To właśnie one mają z nim styczność. Poza tym, to jest jak z hymnem - gdy go śpiewa Edyta Górniak, brzmi nieciekawie, gdy robi to cały stadion, czuć podniosłą atmosferę oraz to, że wykonywana pieśń to nie jakieś pierdu pierdu, a coś naprawdę ważnego i istotnego.



Nie jestem żadnym historykiem muzyki rozrywkowej, żeby stwierdzić, że to Pink Floydzi wpadli na tak genialny pomysł wykorzystania młodego, zaangażowanego tłumu do odśpiewania paru niezwykle istotnych linijek. Może ktoś inny był przed nimi. Może. Ale to oni bankowo spopularyzowali ten patent. Bo jeśli Wasi rodzice, słysząc gdzieś dziecięco-młodzieńcze chóry, mówią: "Coś mi pod Pink Floydów podchodzi", mimo że cała reszta kompletnie do rockowego grania Brytyjczyków nijak pasuje, to chyba jest coś na rzeczy.

Powiedzmy sobie jednak szczerze. Sam z tym rozwiązaniem spotkałem się kiedy indziej. W czasach, gdy łączenie mocniejszego uderzenia z hip-hopem było u szczytu popularności, a płyty Linkin Park i Limp Bizkit sprzedawały się w najlepsze. Polskie Ogródki Działkowe, czyli P.O.D. i "Youth of the Nation" z płyty "Satellite". Słuchałem na okrągło. W sumie nic dziwnego, bo wszędzie tego było pełno. 30 ton lista, lista, lista przebojów. Program III Polskiego Radia i Marek Niedźwiecki. Brat, któremu też się podobało. I wchodziło w banię, bo rapowali pod gitary, co było fajne. Bo te dzieciaki śpiewały, podkreślając tę swoją młodość mocno i wyraźnie. Bo samemu się było szkrabem i choć znało się tylko szczątki angielskiego, to wiedziało się co znaczą "youth" i "nation". Trochę się myślało, że to tak trochę o mnie i kolegach z podwórka, choć koledzy z podwórka przecież nie słuchali.



Potem jakoś ogarnąłem "Another Brick in the Wall". Ale to nie był koniec, gdyż, doprawdy, takich numerów jest bez liku. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy na śpiewających małolatów natrafiłem, słuchając ostatniej płyty Public Enemy. Wtedy też nie wiedziałem, kto tam raper, a kto DJ, ale to nieistotne. Płyta "How You Sell Soul To A Soulless People Who Sold Their Soul???", KRS-One na feacie, "Sex, Drugs & Violence" i dziecięcy chór w refrenie. Cały album przesłuchałem cały jeden raz, do tego numeru wracałem sporo. Tak jak mówiłem - paru gówniarzy zaśpiewa i od razu przebojowość numeru skacze o 300%.



Się zatem okazało, że śpiewające dzieciaki pasują nie tylko pod gitary, ale też pod rapsy. W Polsce, nieco wcześniej niż Public Enemy, chłopców i dziewczynki, jak mniemam w wieku przedszkolnym, wykorzystał Fisz (okładka albumu może budzić wątpliwości w jaki dokładnie sposób). Trochę inaczej. Bo tu te przedszkolaki krzyczą, nie śpiewają. Ale efekt ten sam. "Jesteście gotowi?".



Dziecięcą pomoc zyskał też Matisyahu. "On Nature" to klasyczne powielenie tego, co lata temu rozpromowali Pink Floydzi. Wzmocnienie przekazu. Ciekawe, czy 18 czerwca w Oświęcimiu Pan Ortodoks też wykona ten numer wraz z zastępem młodych głów. To byłoby coś. Coś czuję, że zrobię wszystko, żeby przekonać się na własne oczy i uszy...



A Wy, jakie utwory ze śpiewającą tu i ówdzie gównażerią zapamiętaliście najlepiej?

Gustoprześwietlacz: MM

Druga z kolei dama - Marysia. Trochę połamana, poskręcana i zwichnięta, ale dama jak najbardziej. Zapraszam serdecznie!

KOLEJNOŚĆ RANDOMOWA!

1. DubFX - Rude Boy


Dub FX-a pierwszy raz na żywo widziałam na Woodstocku, gdzie swój epicki koncert rozpoczął tą właśnie piosenką. Zdecydowanie moja ulubiona. Na drugim miejscu wypadłoby chyba "Flow". Jednak wszystkie jego utwory są wyjątkowe i jak najbardziej godne uwagi. Nie jestem w stanie opisać jak wielkie wrażenie robi na mnie ten artysta. Miłość od pierwszego usłyszenia.

2. L.U.C - Transplantacja BIOS-u


W moim top10 nie może zabraknąć L.U.C-a. Jego koncert - również woodstockowy - był najlepszym performancem jaki do tej pory widziałam. W chwili gdy to piszę, gra wlaśnie w poznańskim Eskulapie, gdzie powinnam teraz skakać pod sceną jak na szaloną fankę przystało. Jednak zważywszy na fakt, iż koncercik odbywa się w ramach trasy promującej płytkę "PyyKyCyKyTyPff", która moim zdaniem nie może się równać ze swoimi poprzedniczkami, nie wybrałam się. Króciutka próbka umiejętności L.U.C-a- "Transplantacja BIOS-u".

3. Cypress Hill & Damian Marley - Ganja Bus


"Welcome to Jamrock" to dzwonek mojego telefonu od co najmniej pół roku. Lite pisał, że jedną z najlepszych produkcji 2010 jest album "Distant Relatives" - całkowicie się z nim zgadzam. Ba! Zdaje się, że "Strong Will Continue" pierwszy raz usłyszał jak puściłam to na grillu u Paczka. Czyż nie? [Nieee. Płytę słyszałem i miałem już wcześniej. A pierwszy raz puściłaś u Paka, ale chyba jednak na Strzeleckiej, zakończenie roku, czy coś. Ale wtedy "Strong Will Continue" doceniłem i od tego czasu to mój faworyt z płyty Nasa i Marleya. - Lite] Tutaj - Jr. Gong razem z Cypress Hillem.

4. Łona - Raperzy są niedobrzy


ŁOOOOOOOOOOOONAAAAAAAAAAAAAAA ^___^

5. KSU - Nocne kroki


Chłopaki z Ustrzyk Dolnyh ogólnie miażdżą, co tu dużo gadać. Cała lista mogłaby składać się z utworków KSU. "Wygnany z raju", "Na krawędzi snu", "Pijany gówniarz", "Jabol punk", "Pod prąd". Ah! Piękne.

6. Snoop Dogg feat. The Doors - Riders on the Storm


Jim Morrison żyje! Pzynajmniej w moich słuchawkach. "Riders on the Storm" w wykonaniu Snoop Doggy Dogga z soundtracku z "Need for Speed Underground 2" - na plus.

7. Kanye West - Diamonds From Sierra Leone


Little is known of diamonds from Sierra Leone.

8. Yoav - Club Thing


Nooo, lubię to.

9. Dog Eat Dog - Who's the King?


Dog Eat Dog zobaczymy na tegorocznym (wspomnianym tu już po raz trzeci) Woodstocku, co mnie bardzo cieszy! (: Przypominają mi czasami Beastie Boys.

10. Bas Tajpan - Nowy protest


Legalize it.

To by było na tyle.

Dub FX - słuchałem gościa już kiedyś, szacun za skille. Ogólnie mega rzecz. Serio, warto znać! L.U.C - ten numer akurat mi nie leży, "PyyKyycoścośtam" było za to, wg mnie, całkiem spoko. Damiana Marleya wolę właśnie z "Welcome to Jamrock" i "Distant Relatives". Ta kolaboracja z Cypress Hillem kompletnie mi się nie widzi. Łona, wiadomo, kozak, choć ma masę lepszych numerów, moim zdaniem. Czemu akurat "Nocne kroki"? Czemu nie te inne, które wymieniłaś? Takie "Na krawędzi snu" to potęga, a "Nocne kroki" no niby fajne, ale nic poza tym... "Riders on the Storm" wolę w oryginale, acz nie powiem, pomysł całkiem ciekawy... Tego numeru Kanye Westa nie znałem wcześniej - nie ma może tej mocy co "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", ale na plus, zdecydowanie. O Yoav (Yoavie?) pierwsze co w ogóle słyszę. Nie podoba mi się. Zdecydowanie się nie podoba. Co do Dog Eat Dog - super sprawa, nie mogę się już doczekać Woodstocku. Z kolei za Bas Tajpanem nie przepadam, ale niech będzie, może być ten joint.