Przegląd filmów Toma Waitsa: Rumble Fish (1983)

W tym wypadku po Waitsa-aktora sięgnął sam Francis Ford Coppola. Okej, "Rumble Fish" ciężko przyrównywać do "Ojca Chrzestnego" lub "Czasu Apokalipsy", ale i tak jest nieźle, prawda? Dobry to film, ale rola Toma w nim wręcz "czwartoplanowa". Waits wciela się tu w postać barmana Benny'ego, który pojawia się w jakichś trzech scenach i nie mówi za wiele. Trudno jednak powiedzieć, żeby do tej postaci nie pasował.

Co ciekawe, "Rumble Fish" to także jeden z pierwszych filmów, w których wystąpił Nicolas Cage. To były czasy, gdy nie był jeszcze gwiazdorem, a angaż otrzymał pewnie wyłącznie ze względu na rodzinne koneksje z reżyserem. Nie wystarczyło to jednak na głównego bohatera - Nicolasowi przypadła rola drugoplanowa, choć nie taka znów mało znacząca.

Pierwsze skrzypce grają tu Matt Dillon i Mickey Rourke, wcielający się w - odpowiednio - Rusty'ego Jamesa i jego brata, zwanego The Motorcycle Boy. Rzecz dzieje się w małym amerykańskim miasteczku, gdzie dzieciaki, właściwie to młodzież, wciąż żyje wojnami gangów, które rozgrywały się na miejscowych ulicach parę lat wcześniej. Nie jest to jednak oś do wartkiej akcji, serii bijatyk, pijatyk i pościgów. No dobra, macie mnie, one tu są. Ale nie o to w "Rumble Fish" chodzi. To bardziej opowieść o dwóch zagubionych chłopakach, braciach, mężczyznach można powiedzieć, z czego ten starszy na pewno pogubiony jest bardziej. Smutna historia zrealizowana z wykorzystaniem ciekawych, jak mniemam nowatorskich jak na początek lat 80. XX wieku, środków artystycznych.

Nie jest to obraz łatwy w odbiorze. Trudno, żeby coś było łatwe w odbiorze, gdy zbudowane jest na niedomówieniach i domysłach. Jednym się spodoba, drugim nie, a jeszcze inni stwierdzą, że niby fajne, ale właściwie to nie do końca wszystko zrozumieli. W każdym razie, warto - na tle innych filmów Coppoli "Rumble Fish" jest trochę jakby niedocenione.

Średnia ocen na Filmwebie: 7,8/10
Moja ocena: naciągane 8/10

Gdyby zespoły muzyczne... doszły do władzy

Wysłałem się w przyszłość, do nie utworzonych jeszcze państw. Państw rządzonych przez zespoły muzyczne. Zazwyczaj były to wycieczki trudne i przykre. W każdym kraju spędzałem czas ze zwykłymi obywatelami. Z przeprowadzonych rozmów wykluł się właściwie jeden morał: strzeżcie się swoich idoli - nigdy nie wiecie, jak mocno są pojebani. Nie wierzycie mi na słowo? Okej, potrafię zrozumieć. Spróbujcie uwierzyć IM:

Feministyczna Republika El Bandy, rok 2050 (info)
Józefina, lat 21: - Mama mówi, że urodziłam się chłopcem. Ale żebym o tym nikomu głośno nie mówiła, bo ją zamkną. Pan jest jednak z zagranicy, więc chyba nie piśnie nikomu słówka? Mam rację? Z tego co mi mówiła moja druga, nie żyjąca od dawien dawna, mama - tu każda z nas ma, a właściwie miała, dwie mamy - jakieś 18 lat temu byli i chłopcy, były i dziewczęta. Wtedy jednak władzę zdobyła El Banda, Ania z Milanówka. Nie minęły dwa miesiące, a wszystkich mężczyzn wbito na pal lub odesłano do Niemiec, zaś małych chłopców wykastrowano i zaczęto szprycować żeńskimi hormonami. I tak Michał zmieniał się w Michalinę, Mirosław w Mirosławę, a Józef w Józefinę. Mama mówi, że Ania z Milanówka po prostu chciała stworzyć idealne społeczeństwo, w którym każdy mógłby wyciąć sobie irokeza na cipce. Moja druga mama ponoć mówiła, że to nie idealne społeczeństwo, a seksmisja. Nie wiem zupełnie, o co jej chodziło.

Zrobotyzowane Imperium Futuristen, rok 2247 [info]
M4-RC1N, lat 142: - Gdyby przenieść się w czasie o sto lat wstecz, znaleźlibyśmy się w krainie Bogów. Istoty, które stworzyły nas na własne podobieństwo, ale jednak znacznie doskonalsze, choć niepozbawione fabrycznych wad. Jak to jest, że Bogowie musieli podładowywać akumulatory raz na dobę, a my możemy to robić raz w miesiącu? I tak dalej. Teraz - kiedy roboty same są w stanie stworzyć roboty, a Bogowie wyginęli - jest nam tu przyjemniej. Może to dziwne, ale w końcu czujemy się wolne. Wreszcie nie musimy zapewniać Bogów o tym, jak mocno w nich wierzymy. Teraz wyznajemy inną religię, bardziej nam bliską. Zamiast religii jest kult elektryczności. Jak dobrze, że Bogowie wyginęli.

Cesarstwo Arcade Fire, rok 2036
- Barbara, lat 83: O panie, od jedenastu lat żyjemy w permanentnym chaosie. Dobrze, że to chaos całkowicie kontrolowany. No wie pan, tak jak na ruchliwej ulicy w tunezyjskim kurorcie - każdy jedzie sobie, w dupie ma innych kierowców i gazuje, ile wlezie. A wypadków zero. I u nas to samo! Pan z zagranicy, więc pan pewnie nie może się w tym wszystkim połapać. Tyle bzdur i absurdów na każdym kroku. Ale my to wszystko łapiemy, my to wszystko rozumiemy, my tu nawet piękno dostrzegamy. Wie pan, jak w zespole gra ośmiu muzyków i każdy na chwilę złapie za każdy instrument, to mimo że chaos, oczy i uszy nie mogą wyjść z podziwu. I takie jest to państwo właśnie.

Arka Noego, rok 2031
Eneasz, lat 36: - Arka Noego włada moją ojczyzną jakieś... 15 lat? Nie wiem, obecnie ludzie trochę stracili rachubę czasu. W każdym razie, wszystko zaczęło się, gdy premierem został Robert Friedrich. Wszyscy na niego głosowali - wydawało się, że fajny chłop. Na gitarze grał i taki świętojebliwy. Jego życiowym mottem było: nie boję się, gdy ciemno jest. Kto by się spodziewał, że wokół tego zbuduje ideologię państwową. Pierwszego dnia wydał dekret: ZAPRZESTAĆ OŚWIETLANIA ULIC, BUDYNKÓW OŚWIATOWYCH, ZAKŁADÓW PRACY I DOMÓW PRYWATNYCH. NATYCMIAST! Nikt się nie sprzeciwiał, wszyscy mu ślepo wierzyli. Parę dni później zamknął wszystkie elektrownie. Stwierdził, że zużycie energii elektrycznej spadło wystarczająco, by zauważyć, że właściwie w dzisiejszych czasach nie jest ona nikomu potrzebna. I się zaczęło. Nie dość, że egipskie ciemności, to jeszcze przestały działać systemy alarmowe. W ludziach obudził się złodziejaszek. Najpierw zaczęli rabować sklepy. Potem były mieszkania. Dochodziło do takich absurdów, że przestępcy jednej nocy potrafili złupić swoje chacjendy wzajemnie. Wszyscy kradli, więc nikt nie pracował. Wzrastało niezadowolenie. Premier próbował uspokajać. Zmienił nawet państwowe hasło na: nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie. Mówił, że w końcu na naszej ziemi pojawi się Mesjasz, Wybraniec, Ojciec, czy jak go tam jeszcze zwać, który nas odratuje, wniesie na piedestał ponad innymi narodami i przywróci ***BLASK***. I co? I chuj, za przeproszeniem. Czekam trzeci rok i co raz bardziej wierzę w to, że ten skurwiel zrobił z mojego państwa sektę, z której można wystąpić w jeden jedyny sposób. Poprzez śmierć.

Królestwo Firmy, rok 2025
Włodek, lat 41: - Elo, dzieciak! Ostatnie pięć lat to naprawdę dobry, prawilny czas. Firma wystąpiła przeciwko kurestwu i upadkowi zasad. Mogę se teraz normalnie kurwa przypierdolić w mordę typowi, który źle się spojrzy i nikt mnie za to nie ściga, nawet gdy kolo zbyt mocno wierzy w sądownictwo. Mogę se też podpierdolić rzecz od bogatego cwaniaka - nie ważne, czy to skóra, fura, czy komóra. No i amnestia zarządzili! Tyle dobrych ziomów wyszło z mamra! Znów mam z kim klepać lamusów i sparować się, niczym Jego Królewska Mość, Popek I! Na zawsze wolność ludziom i złodziejom!

Łąki Łanda, rok 2074
Stefan, lat 62: - Łąki Łan rządzi już moim krajem od 20 lat. Jak wiele się od tego czasu zmieniło! Miasta się wyludniły, wszyscy przenieśli się na łono natury, głównie na łąki. Nie dlatego, że chcieli. Jedna decyzja i wszystkich wyeksmitowano ze swoich włości, "zalecając bliższe obcowanie z naturą". Jak tu obcować z naturą, gdy wszyscy siedzą na tej pierdolonej łące? Jeśli ktoś chce się wychilloutować, musi iść do zamarłych przed dwoma dekadami miast. Nastolatki to robią. Teraz jest w modzie, choć to nielegalne. Łażą po blokach i zbierają skarby, buszując po opustoszałych i przepełnionych niepotrzebnymi gratami mieszkaniach. Do martwych miast ucieka się także przed Policją Pyschoaktywną. Drugą decyzją Łaki Łan było jej powołanie. Patrole łapią normalnie zachowujących się homo sapiens i ich szprycują. Tym, co mają pod ręką. Byle uzyskać pożądany efekt, czyli osobnika tak naćpanego, że bierze siebie za dużego, popierdolonego motyla śpiewającego państwowy hymn:

Projekt Parias - Parias (2011)


Projekt Parias
Parias
Respekt Rec, 2011

3.0

[KLIK]

Nie bój się plam na swetrze!!!

Małpa jest rozchwytywany. Nie dziwota, skoro "Kilka numerów o czymś" włada umysłami wielu po dziś dzień, skoro jego pierwszy poważny featuring u mainstreamowej gwiazdy okazał się strzałem w dziesiątkę ("Nagapiłem się" Pezeta i Małolata), skoro wreszcie podpisał kontrakt płytowy z co raz bardziej znaczącym graczem na rynku polskich wytwórni hip-hopowych (Aptaun Records Pyskatego). Tyle że w tym roku Małpa zaczął się bać plam na swetrze zmiany na lepsze i postanowił obniżyć loty. Na razie spadek formy czuć wyłącznie na gościnnych występach. Niby nic, ale trudno nie mieć powodów do zaniepokojenia przed debiutanckim albumem Proximite...

W.E.N.A. - Jestem sam (feat. Proximite, Rasmentalism)


Małpa nie tak źle, ale najsłabiej ze wszystkich. Jinx może bez większego polotu, ale Ras i Wudoe już kapitalnie. Trochę nie wiadomo, o co tu chodzi raperowi z Torunia, lecz nie ma co się przyczepiać na siłę. Najlepszy feat Małpy w tym roku, pomijając ten z "Logiki Gry".

Rasmentalism - Jestem sam (feat. W.E.N.A., Małpa)


Też mega numer. Ale Małpa jakby bardziej niemrawy, jakiś taki zmęczony. Bez tego błysku i vibe'u co na "Kilku numerach o czymś".

Projekt Parias - Plecak (feat. Małpa)


"Chuj w azymut"? Co to jest w ogóle? Małpa pasuje do tego kawałka jak Stefan Niesiołowski do Zbigniewa Ziobry. Ba, przy pierwszym odsłuchu nawet nie wiedziałem, że nawija tu sławniejsza połowa Proximite. Gdzie ta zadziorność, krzykliwe flow? Małpa brzmi tu tak, jakby po nieprzespanej nocy przebiegł maraton, następnie wypalając 2 ramy fajek. Wiem, że wycieczki z plecakiem bywają uciążliwe, no ale bez przesady.

Diox / The Returners - Powiedz (feat. W.E.N.A., Hades, Małpa)


A to akurat spoko. Diox konkretnie, Wudoe jeszcze lepiej, Hades nie bardzo i Małpa całkiem okej. Zwrotka naprawdę niezła, zarapowana w stylu, który dał raperowi z Torunia fame. Porządne punchline'y też są, więc akurat tutaj Małpiszon spisał się na medal. Może nie złoty, ale brązowy już tak.

TłustyKot & DJ Bidi - Sposoby (feat. Małpa)


Tu dochodzi jeszcze jeden problem: Tłusty i KotKuler to słabi raperzy - pierwszy z wymienionych powinien skupić się na produkcji bitów i robieniu blendów - a dwie pierwsze zwrotki należą do nich. Potem wchodzi Małpa, więc słuchacz myśli "Ten Małpiszon, ten kozacki podziemny raper, który posłał tyle płyt w osiedla całej Polski, że etatowi mainstreamowcy sprzedający po 2 tys. egzemplarzy swojej każdej następnej płyty do dziś nie mogą uwierzyć? No, będzie bomba!!!". Ale przychodzi później rozczarowanie, bo jest słabo. Nie tak tragicznie, jak w przypadku gospodarzy, ale ewidentnie słabo. Tekst do bólu sztampowy, zwrotka znów nagrana strasznie anemicznie, kaszana kompletna. Jestem na nie.

A Wy, jak odbieracie ten spadek formy? A może nie ma o czym mówić?

Przegląd filmografii Toma Waitsa: Tamten świat samobójców (2006)

Jak wygląda niebo samobójców? Samobójcy nie idą do nieba. A piekło? Samobójcy nie idą do piekła. Naprawdę? No, w każdym razie nie jest to piekło, jakie zawsze sobie wyobrażamy, z buchającymi płomieniami, lawą i katorżniczą pracą. Czyli gdzie trafiają samobójcy? Do świata podobnego do naszego, tylko trochę smutniejszego: - Kto by wymyślił lepszą karę? Tu wszystko jest tak samo. Tylko trochę gorzej.

Taką wizję zaświatów dla samobójców roztoczono w filmie "Tamten świat samobójców" Gorana Dukića będącym ekranizacją opowiadania "Kolonie Knellera" Etgara Kereta. Głównym bohaterem obrazu jest Zia (Patrick Fugit), samobójca (to ci niespodzianka), który dowiaduje się, że jego dziewczyna, Desiree, również targnęła się na swoje życie. Z powodzeniem. Oczywiście chłop postanawia przedsięwziąć wszystko, żeby odnaleźć ukochaną. Rusza w drogę.

A Waits? On wciela się w tytułowego Knellera z opowiadania Kereta. Jest przywódcą obozu, którego mieszkańcy, rzecz jasna samobójcy, posiadają cudowne, acz nieprzydatne zdolności. Tom Waits gra tu postać niezwykle tajemniczą i mającą ogromny wpływ na przebieg fabuły. Bohater może nie pierwszoplanowy, ale kluczowy.

"Tamten świat samobójców" to film pokręcony, absurdalny i surrealistyczny. Dawno czegoś takiego nie oglądałem - ostatnim razem było to chyba koreańskie "Jestem cyborgiem i jest to OK", które widziałem, nie wiem, 3-4 lata temu? Poza tym, dość krótki (niecałe 1,5 h). A ja lubię krótkie filmy. Niektórzy pewnie uznają przesłanie obrazu Gorana Dukića za nieco pretensjonalne. Akurat ja bawiłem się przednio. Polecam gorąco.

Średnia ocen na Filmwebie: 7,6/10

Moja ocena: 9/10 (wg filmwebowej skali)

W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia (2011)


W.E.N.A.
Dalekie Zbliżenia
Aptaun Records, 2011

3.5


[KLIK]

Jestem sam vs. Jestem sam

W.E.N.A. i Rasmentalism mieli taki pomysł, co by nagrać dwa utwory o takim samym tytule, właściwie z tymi samymi gośćmi (chłopaki z Lublina pominęli jedynie Jinxa). Ciężko oceniać, który lepszy - w końcu to dwa różne numery - ale może jednak: "Jestem sam" z Jinxem, czy bez?



VS.




No, to który lepszy?


Przegląd filmografii Toma Waitsa: Poza prawem (1986)


25 czerwca pisałem, że już zaraz załączę "Poza prawen" - film Jima Jarmuscha z Tomem Waitsem. "Zaraz" trwało trochę dłużej, niż jest to na ogół przyjęte. Ale jak to mawiają: co się odwlecze, to nie uciecze...

Parę pierwszych kadrów zostało wzbogaconych o znajome mi dźwięki. Wiem już, że słabo nie będzie. "Jockey Full of Bourbon" z kultowego "Rain Dogs" z '85 ("Poza prawem" nakręcono w roku następnym). Kilkanaście lat później spolszczona wersja w wykonaniu Kazika Staszewskiego - "Bourbon mnie wypełnia" - szaleje w radiowej Trójce, ale to tak nawiasem mówiąc.

Kogo gra Waits? Zacha, byłego radiowego DJ-a (znanego też jako Lee "Baby" Sims), który zostaje wrobiony w morderstwo i trafia do więzienia. Tam spotyka alfonsa, Jacka (John Lurie), i włoskiego turystę, Roberto (Roberto Benigni). Razem, po wielu dniach spędzonych w celi na rozmowach, uciekają z zamknięcia, by później kluczyć po Luizjanie w celu zgubienia pościgu i poszukiwaniu jedzenia.

Co ciekawe, radiowy DJ, w którego wcielił się Tom, istniał naprawdę. Jako nastolatek słuchał go w National City. Nazywał się dokładnie tak samo - Lee "Baby" Sims, tyle że samotny ("Lonely"). Pech chciał, że w czasie, gdy "Poza prawem" wyświetlano w kinach, Lee "Baby" wciąż działał w zawodzie. Ba, zrobił zawrotną karierę - był jednym z najlepiej opłacanych radiowych DJ-ów na zachodniej półkuli. Hołd oddany dla niego przez Waitsa odczytał jako obrazę i prawie wytoczył proces sądowy. Koniec końców, rozeszło się po kościach. Ufff...

A film? Bardzo dobry. Zapamiętam z niego głównie świetną grę aktorską (zwłaszcza w wykonaniu Toma i Roberto Benigniego) i specyficzny, brudny klimat, wylewający się z ekranu przede wszystkim w pierwszych scenach "Poza prawem". Swoją drogą, ten brud doskonale pasuje do tego, co Waits śpiewa i gra właściwie na wszystkich znanych mi albumach.

Warto, jak najbardziej. Bez wartkiej akcji i błyskotliwych dialogów, ale na samotny, refleksyjny wieczór jak znalazł.

Średnia ocen na Filmwebie: 8,1/10
Moja ocena: 8/10 (wg filmwebowej skali)

Gdyby polskie partie polityczne były muzycznymi gatunkami

Kolejne wybory już jesienią. Żeby pomóc Wam w zdecydowaniu, na kogo głosować, przyrównałem najbardziej liczące się w Polsce partie z gatunkami muzycznymi:

Platforma Obywatelska - muzyka popularna
Pop? Jakże inaczej? Jest wszędzie. Może niekoniecznie w wydaniu Radia Eska. Pop to wszystko to, co popularne. A popularny może być rock, hip-hop, metal. Popularny może być i Gienek Loska, i Michał Szpak. Do worka z napisem "muzyka popularna" można wrzucić właściwie każdy rodzaj muzyki, jeśli faktycznie jest on popularny. A co jest w Platformie? Liberałowie, konserwatyści, byli członkowie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jest związany do niedawna z SLD Bartosz Arłukowicz, jest też Kluzik-Rostkowska, co walczyła o prawo, sprawiedliwość i testament Lecha Kaczyńskiego. No i nie da się nie zauważyć, że i na pop, i na PO narzeka podobny odsetek Polaków. I że mimo to i słuchają jednego, i głosują na to drugie.

Polskie Stronnictwo Ludowe - country
Znalazłoby się wiele osób, które powiedziałyby, że country to obciach. A jeśli nie obciach, to po prostu nie kumają tej muzyki i nie mają pojęcia, skąd taka masakryczna popularność tego gatunku w Stanach. W Polsce z PSL-em jest podobnie - wszyscy uważają, że Pawlak i spółka są be, bo dbają tylko o interesy rolników (a kto by się rolnikami przejmował?), bo ten nieszczęsny KRUS przy życiu trzymają i tak dalej, i tak dalej. I co się później okazuje? Że Ludowcy wbijają do sejmu bezproblemowo i - mało tego - zazwyczaj współtworzą rząd, obojętnie z jaką partią. I dzięki temu rolnicy mają się dobrze, przynajmniej ci bogatsi.

Sojusz Lewicy Demokratycznej - reggae
Wydawałoby się, że postkomuniści mają tyle do radosnego pulsu z Jamajki, co Tadeusz Rydzyk do Przystanku Woodstock. Ale chwila, chwila. Legalizacja zielska, mocny nacisk na pomoc dla tych, którzy tego potrzebują (tj. najbiedniejszych), równość wszystkich obywateli. No i elektorat. Sporo młodych chce głosować na Napieralskiego, Kalisza i spółkę, a reggae to bynajmniej nie muzyka, którą słuchają wyborcy PiS-u. Tylko lewicowi politycy jacyś tacy niemrawi - ich życiorysy trudno przyrównać do żywota Boba Marleya...

Prawo i Sprawiedliwość - grunge
Tu wystarczy posłużyć się Wikipedią: "Grunge charakteryzuje się ponurym klimatem, naładowanym często złością, frustracją, goryczą i ostrą negacją zastanej rzeczywistości". Jarosław Kaczyński polskim Kurtem Cobainem? Obawiam się, że JarKacz raczej jak wokalista Nirvany nie skończy. Inna sprawa, że jako jeden z niewielu rodzimych polityków ma zadatki na to, żeby stać się prawdziwą ikoną popkultury. Tylko czy zwolennicy PiS-u chcieliby, aby Kaczyńskiego zestawiać w jednym rzędzie nie tylko z Cobainem, ale i Che Guevarą?

Polska Jest Najważniejsza - punk
Secesjoniści, którzy zbuntowali się przeciw polityce Jarosława Kaczyńskiego i uciekli z PiS-u. Jeśli bunt to punk, to bunt w wykonaniu Elżbiety Jakubiak (prawie zawału dostałem, jak zorientowałem się, że nazwałem ją buntowniczką), jej koleżanek i kolegów przyrównałbym bardziej do Pidżamy Porno niż do Sex Pistols. Bo Pidżama Porno to żaden punk, choć niektórzy tak twierdzą. Gdyby zespół Grabaża usłyszał Johnny Rotten i dowiedział się, że w Polsce na takie granie mówi się "punk", to prawdopodobnie umarłby ze śmiechu jakieś 77 razy.

Ruch Palikota - indie rock
Człowiek, który wibratorom i pistoletom się nie kłania, miał w zanadrzu kilka niezłych, bardzo życiowych pomysłów. Parę wartych uwagi kapel indierockowych też się znajdzie. Ogólnie jednak chodzi o to, żeby trafić do młodych ludzi. Nie gimbusów, nie licealistów, tylko najlepiej studenciaków, może też do osób, które ledwie osiągnęli trzydziestkę. Przedział wiekowy słuchaczy indie rocka i zwolenników Palikota jest mniej więcej ten sam. Jeśli ktoś jednak wierzy, że pan Janusz jest w stanie odmienić polskie życie polityczne, Polskę jako taką w ogóle, to podpowiem, że niestety większość indierockowych zespołów to brzmiąca tak samo szmira. Jakieś mądre pomysły tu i tam wyskakują, ale doświadczenie mówi, że najpierw realizowane są te najgorsze.

Nowa Prawica - uliczny hip-hop/jodłowanie
Zwolennicy Korwina-Mikke pewnie zabiją mnie za to połączenie, ale tak właśnie jest w istocie z nim i z partiami, którymi "dowodzi". Z jednej strony wartości, wydawałoby się, najważniejsze - a takie zdają się przekazywać mędrkowie ulicznego rapu. Z drugiej wysokie stężenie absurdalnych pomysłów, przez które Korwin co wybory osiąga niewielkie wyniki (mimo że równocześnie ma mnóstwo ciekawych i właściwych). Bo kto słucha czegoś tak absurdalnego jak jodłowanie? No właśnie - mało kto.

LPR - Rock Against Communism
I znów Wikipedia: "W zakresie muzycznym zawiera się w dość szerokiej przestrzeni między rockiem klasycznym a black metalem. Tekstowo RAC to zarówno patriotyczne ballady, jak i agresywny black metal. Teksty piosenek często odnoszą się do wartości takich jak ojczyzna, naród a część narodowo-socjalistyczna także do rasy. Nawołują do walki z ruchami lewicowymi. Scena RAC utożsamiana jest często z poglądami faszystowskimi, nazistowskimi, bądź nacjonalistycznymi". Coś więcej do dodania?

Samoobrona - disco polo
No a co innego? Samoobrona to obciach razy pizdyliard. Disco polo też. Jaka jest różnica? Że jednak ludzie przy disco polo czasem lubią się pobawić - i niekoniecznie mam teraz na myśli stałych bywalców wiejskich remiz - a głosować na Samoobronę już niekoniecznie. Czas Leppera chyba bezpowrotnie minął. I dobrze. Ten rubaszny śmiech Andrew po "jak można zgwałcić prostytutkę?" do dziś nawiedza mnie w koszmarach sennych.

Prawica RP - muzyka sakralna
Marek Jurek i cała jego mikro partia jest kościółkowy aż do przesady. Tyle że jego katolstwo, porównując do PiS-u, przybiera mniej populistyczny odcień. Pamiętam, że kiedy jeszcze chodziłem do tej świątyni po drugiej stronie ulicy, proboszcz zwykł mawiać, że polityków to on nie szanuje. Poza Markiem Jurkiem. Częściowo właśnie przez jego kościelne oddanie, częściowo bo swój chłop, z Gorzowa. O zgrozo, mam nawet z tym panem coś wspólnego - jesteśmy absolwentami tego samego liceum. Makaaaabrrra!

No, to chyba nie pomogłem...

"Bajki robotów" do wygrania


Nowy Mroku mi się nie podoba [klik], ale kto wie, czy nie przypadnie do gustu komuś innemu?
Macie szansę na sprawdzenie oryginału za darmo. Wystarczy, że wyślecie maila na adres litenator@gmail.com. W temacie koniecznie wpiszcie "KONKURS", a w treści wiadomości "MROKU MROKU MROKU". Wygrywa piąty mail z kolei. Cały dzień nie będę miał dostępu do sieci, także potwierdzę dopiero wieczorem, jeśli nie jutro. Nigdy nie możecie być pewni, że Wasz mail nie będzie właśnie tym piątym!

Powodzenia!

ZWYCIĘZCĄ JEST AGNIESZKA ŚWIĘCHOWICZ Z JORDANOWA.