NaPszykłat - Brudne Zwierzaki (2008)


NaPszykłat
Brudne Zwierzaki
Dzikie Świnie, 2008

4.5

Z cyklu: "dobry zakup za 10 zł" (polecam sklep z używanymi płytami, filmami i grami koło Starego Browaru w Poznaniu). Hip-hop tak niszowy i tak dziwny, że poznali się na nim jedynie Czesi i Słowacy. W naszym kraju raczej nieznane. A szkoda.

"Brudne Zwierzaki" pokazują, jakby brzmiało Łąki Łan, gdyby porzuciło owadzie stroje i zajęło się rapem, po drodze spotykając wypadkową Kalibra 44 z "Księgi Tajemniczej" i "W 63 minuty dookoła świata". Niemożliwe? Wystarczy posłuchać: "Plenuum" to funk z pola pełną gębą (tyle że zamiast funku - hip-hop), z kolei "Czek 23" jak nic przypomina K44 z drugiej płyty. Największy wpływ jednego i drugiego słychać jednak w "Przydawajsie", które zaczyna się niczym co drugi numer Łąki Łan, później stając się bardziej mrocznym, absurdalnym i tajemniczym kawałkiem - i tu skojarzenie z "Księgą Tajemniczą". Nie brak też odwołań do "W 63 minuty dookoła świata" - Ansman i Pjernik bawią się słowem z gracją godną Daba, Magika i Joki.

Na tej krótkiej, złożonej z sześciu numerów epce wyłamuje się tylko ostatni numer, "Tabula". A i on nawet nie do końca, bo Łąki Łan i K44 czuć tu nieprzerwanie. Ale dochodzi jeszcze flow jak u Ema z koszalińskiego Bla-Bla, niezrozumienie w roli głównego bohatera jak w 1/4 utworów Łony oraz natłok informacji jak w "Headlines" Kazika. Słowem, pięciu artystów w jednym miejscu, choć - na dobrą sprawę - bardziej wprawne ucho naliczyłoby ich więcej. NaPszykłat nie wzięło tytułu tak całkiem od czapy.

Najlepsze jest jednak to, że nikt na "Brudnych Zwierzakach" nikim i niczym się nie inspirował. To przyszło samo z bardzo bujnej wyobraźni. Dlatego też moje poszukiwania błyskotliwych porównań można bez żadnych skrupułów wrzucić do kosza jak Ray Allen. To oryginalny, alternatywny hip-hop uodporniony na wszelkie schematy. I tego się trzymajmy. Jeśli kiedykolwiek przez myśl Ci przeszło, że nowe płyty Zeusa i Mesa są nowatorskie, to lepiej posłuchaj "Brudnych Zwierzaków". Dopiero NaPszykłat poda Ci odpowiednią definicję tego słowa.

Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy (2011)


Rasmentalism 
Hotel Trzygwiazdkowy
self-released, 2011

3.0


[KLIK]

Skąd ten sampel?



Szybki konkurs: z jakiego utworu The Fugees samplowało na potrzeby "Zealots"? Odpowiedzi wysyłajcie na maila litenator@gmail.com. Wygrywa osoba, która jako czwarta wyśle prawidłową odpowiedź. Do wygrania singiel "Part Time Shine" duetu The Jonesz.

W tytule maila należy wpisać "KONKURS", w treści - poprawną odpowiedź (nazwa utworu i wykonujący go artysta) oraz imię, nazwisko + dane adresowe. Jedna osoba może wysłać jednego maila. Jeśli zauważę, że ktoś próbuje zrobić mnie w konia, wysyłając maile z adresami najbliższych członków rodziny, jego odpowiedzi nie będę brał w ogóle pod uwagę.

Płytę wygrywa Joanna Adamczyk z Gorzowa / Poznania! Gratuluję, na mailu powinnaś mieć info, w jaki sposób odebrać nagrodę.

The Fugees oczywiście samplowało utwór "I Only Have Eyes For You" The Flamingos. A brzmi to tak:



Prawda, że podobne?

Gdyby 2011 rok kończył się 30 czerwca, czyli podsumowanie pierwszego półrocza

Wyobraźcie to sobie. Jest 30 czerwca 2011 roku. Jutro 1 stycznia 2012. Co to dla nas oznacza?

- Noc sylwestrowa jest zarazem jedną z najkrótszych nocy w roku. A powinno być odwrotnie. Pomijam tych, którym w noc sylwestrową rwie się film.

- Do Euro 2012 niecałe pół roku. Co by znaczyło, że będzie ciężko. Proponuję porzucić resztki profesjonalizmu i postawić va banque na prowizorkę.

- Polskiej prezydencji w Unii Europejskiej po prostu nie było. Tak samo jak Przystanku Woodstock i Hip Hop Kempu. Damn it.

- Nie było także wyborów parlamentarnych. Politycy wciąż prześcigają się, kto jest prawowitym premierem Polski i Polaków - Jarosław Kaczyński na billboardach, Donald Tusk w telewizji, puszczając oczko, co jakby jest sygnałem do tego, że to on nam skrócił rok o połowę... Wszystko winą Tuska, wiadomo.

Zaraz, zaraz. A co by to oznaczało dla muzyki? Co nazwałbym płytą roku?

Wybór mam dość niewielki, bo z tegorocznych płyt kupiłem 17, co - licząc kilka nielegali - daje jakieś max 25 odsłuchanych albumów. Także to bardziej taka subiektywna lista, niż rzeczowe podsumowanie tysiąclecia, przez co brakuje może wielu Waszych faworytów. Ranking podzieliłem na dwie kategorie - polski rap i "poza tym". Pierwszych z nich bardziej rozbudowany. Nie siliłem się na szersze opisywanie albumów, bo z większością już to zrobiłem. Wszystko powinno być jasne i proste nawet dla najmniej kumatych.

POLSKI RAP

NUMBER ONE
Sokół i Marysia Starosta - Czysta Brudna Prawda. Sokół w szczytowej formie. W wyższej był tylko raz, gdy nagrywał "Każdego Ponad Każdym". Do tego Marysia Starosta wokalnie nie budzi żadnych zastrzeżeń. Czysta brudna prawda wyłożona wprost na kozackie, czasem nieco eksperymentalne bity od wybijających się, europejskich producentów. (więcej)

NIECO GORSI
Ten Typ Mes - Kandydaci na szaleńców. Piotrek Szmidt wciąż szuka nowych dróg rozwoju. Jedne rozwiązania są udane, inne mniej, ale to dalej najlepszy technik i najlepsze flow w kraju, które w dodatku potrafi śpiewać. A jak zrobi czysto hip-hopowego sztosa, to głowa mała! (więcej)

Zeus - Zeus, jak mogłeś? Podobnie jak Mes nie chce stać w miejscu. Porzuca funkowe jointy i przywdziewa maski, często mroczne. Nigdy nie jest sobą, tylko kreuje postacie. I robi to z dużą gracją: podszywając się pod innych, potrafi między wierszami przemycić swój punkt widzenia. (więcej)

MOCNE ŚREDNIAKI
Człowień & Shot - Do zobaczenia później... Garść nieszablonowych pomysłów na klasycznych bitach od dwójki utalentowanych graczy z Dolnego Śląska. To nic, że najlepszy numer na płycie to solowe dokonanie Shota, a najlepszą zwrotką była ta gościnna, Jota. (więcej)

Projekt Parias - Parias. Nierówne i surowe dziecko trójki weteranów, które prawdopodobnie przerośnie przeciętnego słuchacza. Kilka mocnych bitów, parę dobrych utworów i koncept, który powoduje, że to mimo wszystko jedna z ważniejszych tegorocznych płyt. (więcej)

W.E.N.A - Dalekie Zbliżenia. Legalny debiut marymonckiego kota, który traci swoją moc mniej więcej w 2/3 albumu. Treść trochę odtwórcza, mało oryginalna, ale pewnie zarapowana na dobrych bitach w towarzystwie gościnnych zwrotek śmietanki polskiego hip-hopu. (więcej)

PODZIEMNE KOTY
Kubson - Igła w stogu PCV. Chillout, świetne luzujące bity i parę mało prawilnych historii. Świetnie wydana płyta z klimatem, również na winylu.

Okoliczny Element - Schody Donikąd. W Gorzowie Wielkopolskim jest nawet taka budowla - Schody Donikąd, czyli schody rzeczywiście prowadzące donikąd. Charakterystyczne dla niej są kawałki porozbijanego szkła i bawiąca się na nich młodzież. I to łączy je z Okolicznym Elementem. Druga płyta składu z Opola to także towar do zabawy. Nie na sentymentalne wieczory, na pijackie - lub po prostu imprezowe - już tak.

Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy. Hate it or love it. Ment robi taki bity, że bujasz głową, a jest przy tym nieszablonowy jak Kanye West, zaś Ras to taka średnia krajowa po wyrzuceniu z niego całej zgrai wack MCs. Nie zaskakuje tak jak debiut, ale robi dobre wrażenie, choć największych sajko fanów może rozczarować.

NAJLEPSZY NUMER (2 NUMERY EX AEQUO)
Projekt Parias - Drzazgi. Dwie autobiograficzne historie - od Pelsona i Włodiego (Eldo w tym czasie wyszedł na siku). Mocne wersy, od których jeżą się włosy, a po plecach przechodzą ciary. (youtube)

Sokół i Marysia Starosta - Zły sen (Polowanie na zło). Storytelling w horrorcore'owej konwencji. Tu też ciary, ale ze strachu. Nie słuchać przed snem. (youtube)

NAJLEPSZA ZWROTKA
Włodi w "Do dnia, w którym" (W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia). Doskonałe zamknięcie rozpoczętego przez Wudoe tematu. Można powiedzieć: takie podniosłe bragga. Okej, to dość kontrowersyjne stwierdzenie. (youtube)

POZA TYM

Daniel Drumz - 10''. 10-calowy, biały winyl od Daniela Drumza. Poza tym kompletnie nie wiem, co o nim błyskotliwego mógłbym napisać. Po prostu bardzo mi się podoba. ;-)

Looptroop Rockers - Professional Dreamers. Szwedzi, znowu w pełnym składzie, serwują kolaż złożony z potencjalnych hitów. Promoe, Cosmic i Supreme pod każdym względem nie schodzą poniżej wysokiego, ustanowionego na poprzednich płytach, poziomu, a Embee - jak to Embee - smaży takie bity, że trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż ma się do czynienia z królem wśród europejskich beatmakerów. (więcej)

Luxtorpeda - Luxtorpeda. Najciekawszy tegoroczny debiut rockowy. Choć z Luxtorpedy żadni debiutanci, bo lideruje Robert Friedrich, na scenie obecny od półwiecza, a pomaga mu choćby Hans z Pięć Dwa Dębiec, też przecież z niemałym stażem. Kontynuacja kaenżetowskiego porozumienia ponad podziałami - punk, hard rock i hip-hop w jednym miejscu. (więcej)

Pablopavo i Ludziki - 10 piosenek. Krócej i smutniej. I mniej błędów, nudy i wtop niż na pierwszej płycie. Świetne teksty. Dużo bardziej worek "folk miejski" niż reggae-szufladka. (więcej)

Słowo na wtorek

Jak pewnie zauważyliście, podjąłem współpracę z serwisem MyBand. Kaski z tego żadnej, ale więcej osób czyta - to pewne. Portal jeszcze tak naprawdę nie wystartował, zapowiada się obiecująco. Z drugiej strony, gdy się okaże, że jest nieciekawie, to w sumie nic nie tracę. Wrócę ze wszystkim na bloga, gdzie ludzie wpadają, a po ostatniej eksplozji rodem z Wykopu jest ich coraz więcej.

Nie znaczy to jednak, że bloga mego rodzonego porzucam. Na MyBand muszę dotrzeć nie tylko do wyedukowanych głów, ale też do hip-hopowych laików (wiem, wiem - piszę o rapach, a niby rozkminiam sobie opcję, że już nie jestem hip-hopowcem; coś mi nie wychodzi po prostu). Także tu walnę coś bardziej fachowego, choć fachowiec ze mnie żaden, ale trzeba pozować na znawcę, co nie? No i nie zabraknie głupot, tekstów debilnych i wpisów całkiem luźnych jak ten.

Informacja druga - od października, a w praktyce pewnie gdzieś od drugiej połowy września, już nie kowboj z zachodu z rejonu Gorzów. W sensie, nadal będę pamiętać o korzeniach, tak jak o mnie one, ale jednak przez najbliższe 3 lub 5 lat żyć będę na wygnaniu w Poznaniu. Miała być Warszawa, ale nie wyszło. W każdym razie, i tak zamienię miasto na takie, którego nie da się przejść wzdłuż i wszerz w 3 godziny, a fajne koncerty zdarzają się raz na tydzień, a nie co trzy miesiące.

W ostatnich tygodniach różni znajomi sprezentowali mi słuchaną przez nich muzykę. I słucham teraz po parę, nowych dla mnie, płyt dziennie, i poznaję, i mój kajecik z napisem "ZAKUPY" się rozrasta. Minie pół mojego życia, zanim uzupełnię swoją kolekcję o te albumy.

A czego słucham? Choćby rapów. Też nowość? No tak. Bo wiecie, to rapy ze Stanów. Kilka płyt Notoriousa, Nasa, Jaya-Z i Masta Ace'a. I co? Nie wypowiadam się, to bez sensu. W każdym razie na liście zakupów znalazło się wszystko.

I co tam jeszcze? Bruce Springsteen. Dużo Bruce'a Springsteena. Właściwie to cała dyskografia Bossa. Davio jest fanem, także sprawdziłem. Parę perełek jest, też jakiś krążek Bruce'a sobie kupię, choć na pewno nie każdy ("Born in the U.S.A." już mam, na winylu). Słuchanie jednego albumu za drugim jest jednak dość męczące. Żądni Springsteena słuchacze, nie idźcie tą drogą!

Co jeszcze? Ach tak, Crystal Castles. W swoim Gustoprześwietlaczu jakiś numer wrzuciła N. Górna, co skwitowałem "a fajne nawet". Teraz dorwałem, wcale nie od niej, pierwszym album i jaram się opór. Brzmi tak, jakby dźwięki ze starych, kultowych gierek uporządkowano w nośne, przebojowe melodie. Nie wierzycie, to sprawdźcie to:



Do tego Portishead (druga płyta) i Massive Attack ("Mezzanine"). Też dobre.

Byłbym zapomniał o paru kozackich albumach, które kupiłem sobie okazyjnie w ostatnim czasie. Choćby świetne Dub Trio - nabyte za 19,90 w Empiku na Marszałkowskiej w Warszawie. Po Allegro hulało po 55 złociszy, także próbowałem sprzedać ze stuprocentową przebitką, ale że w ciągu 3 tygodni chętnych nie było, to sobie zostawiłem, rozpakowałem, posłuchałem i wpadłem w podziw. Parę dni wcześniej, tzn. przed zakupem krążka, Dub Trio słyszałem na koncercie Matisyahu. Kosmos. "Cool Out and Coexist" to płyta instrumentalna, zapis z jakiegoś koncertu. Także mogła być ekstaza św. Teresy, a mogła być najzwyklejsza kupa. Okazało się, że brzmi to naprawdę przednio. Jak mieszanka reggae, dubu i ostrego nakurwiania po garach i na wiosłach. Sprawdźcie to.

Za dyszkę w gorzowskim MediaMarkcie kupiłem album Większego Obciachu. Co to? Dr Yry z El Dupy, Jarek Ważny z Kultu i jeszcze dwóch kolesi grają ska. Nic wielkiego, ale całkiem spoko. Zwłaszcza za 10 złotych.

A na deser duet B.R.O. z płytą "Analog People In A Digital World". Za darmo w AsfaltShopie. Teraz już nie ma. W ogóle AsfaltShop się popsuł, bo już nie ma darmowej wysyłki od jakiejś tam kwoty. Już się nie opłaca. A co do krążka, to fajnie napisał o nim Łukasz Halicki na poliszmnie.

Aha, w przyszłym tygodniu raczej mało aktualizacji - kierunek Kostrzyn nad Odrą i Przystanek Woodstock. Tym bardziej, że jadę dzień lub 2 wcześniej.

Przegląd filmów Toma Waitsa: Rumble Fish (1983)

W tym wypadku po Waitsa-aktora sięgnął sam Francis Ford Coppola. Okej, "Rumble Fish" ciężko przyrównywać do "Ojca Chrzestnego" lub "Czasu Apokalipsy", ale i tak jest nieźle, prawda? Dobry to film, ale rola Toma w nim wręcz "czwartoplanowa". Waits wciela się tu w postać barmana Benny'ego, który pojawia się w jakichś trzech scenach i nie mówi za wiele. Trudno jednak powiedzieć, żeby do tej postaci nie pasował.

Co ciekawe, "Rumble Fish" to także jeden z pierwszych filmów, w których wystąpił Nicolas Cage. To były czasy, gdy nie był jeszcze gwiazdorem, a angaż otrzymał pewnie wyłącznie ze względu na rodzinne koneksje z reżyserem. Nie wystarczyło to jednak na głównego bohatera - Nicolasowi przypadła rola drugoplanowa, choć nie taka znów mało znacząca.

Pierwsze skrzypce grają tu Matt Dillon i Mickey Rourke, wcielający się w - odpowiednio - Rusty'ego Jamesa i jego brata, zwanego The Motorcycle Boy. Rzecz dzieje się w małym amerykańskim miasteczku, gdzie dzieciaki, właściwie to młodzież, wciąż żyje wojnami gangów, które rozgrywały się na miejscowych ulicach parę lat wcześniej. Nie jest to jednak oś do wartkiej akcji, serii bijatyk, pijatyk i pościgów. No dobra, macie mnie, one tu są. Ale nie o to w "Rumble Fish" chodzi. To bardziej opowieść o dwóch zagubionych chłopakach, braciach, mężczyznach można powiedzieć, z czego ten starszy na pewno pogubiony jest bardziej. Smutna historia zrealizowana z wykorzystaniem ciekawych, jak mniemam nowatorskich jak na początek lat 80. XX wieku, środków artystycznych.

Nie jest to obraz łatwy w odbiorze. Trudno, żeby coś było łatwe w odbiorze, gdy zbudowane jest na niedomówieniach i domysłach. Jednym się spodoba, drugim nie, a jeszcze inni stwierdzą, że niby fajne, ale właściwie to nie do końca wszystko zrozumieli. W każdym razie, warto - na tle innych filmów Coppoli "Rumble Fish" jest trochę jakby niedocenione.

Średnia ocen na Filmwebie: 7,8/10
Moja ocena: naciągane 8/10

Gdyby zespoły muzyczne... doszły do władzy

Wysłałem się w przyszłość, do nie utworzonych jeszcze państw. Państw rządzonych przez zespoły muzyczne. Zazwyczaj były to wycieczki trudne i przykre. W każdym kraju spędzałem czas ze zwykłymi obywatelami. Z przeprowadzonych rozmów wykluł się właściwie jeden morał: strzeżcie się swoich idoli - nigdy nie wiecie, jak mocno są pojebani. Nie wierzycie mi na słowo? Okej, potrafię zrozumieć. Spróbujcie uwierzyć IM:

Feministyczna Republika El Bandy, rok 2050 (info)
Józefina, lat 21: - Mama mówi, że urodziłam się chłopcem. Ale żebym o tym nikomu głośno nie mówiła, bo ją zamkną. Pan jest jednak z zagranicy, więc chyba nie piśnie nikomu słówka? Mam rację? Z tego co mi mówiła moja druga, nie żyjąca od dawien dawna, mama - tu każda z nas ma, a właściwie miała, dwie mamy - jakieś 18 lat temu byli i chłopcy, były i dziewczęta. Wtedy jednak władzę zdobyła El Banda, Ania z Milanówka. Nie minęły dwa miesiące, a wszystkich mężczyzn wbito na pal lub odesłano do Niemiec, zaś małych chłopców wykastrowano i zaczęto szprycować żeńskimi hormonami. I tak Michał zmieniał się w Michalinę, Mirosław w Mirosławę, a Józef w Józefinę. Mama mówi, że Ania z Milanówka po prostu chciała stworzyć idealne społeczeństwo, w którym każdy mógłby wyciąć sobie irokeza na cipce. Moja druga mama ponoć mówiła, że to nie idealne społeczeństwo, a seksmisja. Nie wiem zupełnie, o co jej chodziło.

Zrobotyzowane Imperium Futuristen, rok 2247 [info]
M4-RC1N, lat 142: - Gdyby przenieść się w czasie o sto lat wstecz, znaleźlibyśmy się w krainie Bogów. Istoty, które stworzyły nas na własne podobieństwo, ale jednak znacznie doskonalsze, choć niepozbawione fabrycznych wad. Jak to jest, że Bogowie musieli podładowywać akumulatory raz na dobę, a my możemy to robić raz w miesiącu? I tak dalej. Teraz - kiedy roboty same są w stanie stworzyć roboty, a Bogowie wyginęli - jest nam tu przyjemniej. Może to dziwne, ale w końcu czujemy się wolne. Wreszcie nie musimy zapewniać Bogów o tym, jak mocno w nich wierzymy. Teraz wyznajemy inną religię, bardziej nam bliską. Zamiast religii jest kult elektryczności. Jak dobrze, że Bogowie wyginęli.

Cesarstwo Arcade Fire, rok 2036
- Barbara, lat 83: O panie, od jedenastu lat żyjemy w permanentnym chaosie. Dobrze, że to chaos całkowicie kontrolowany. No wie pan, tak jak na ruchliwej ulicy w tunezyjskim kurorcie - każdy jedzie sobie, w dupie ma innych kierowców i gazuje, ile wlezie. A wypadków zero. I u nas to samo! Pan z zagranicy, więc pan pewnie nie może się w tym wszystkim połapać. Tyle bzdur i absurdów na każdym kroku. Ale my to wszystko łapiemy, my to wszystko rozumiemy, my tu nawet piękno dostrzegamy. Wie pan, jak w zespole gra ośmiu muzyków i każdy na chwilę złapie za każdy instrument, to mimo że chaos, oczy i uszy nie mogą wyjść z podziwu. I takie jest to państwo właśnie.

Arka Noego, rok 2031
Eneasz, lat 36: - Arka Noego włada moją ojczyzną jakieś... 15 lat? Nie wiem, obecnie ludzie trochę stracili rachubę czasu. W każdym razie, wszystko zaczęło się, gdy premierem został Robert Friedrich. Wszyscy na niego głosowali - wydawało się, że fajny chłop. Na gitarze grał i taki świętojebliwy. Jego życiowym mottem było: nie boję się, gdy ciemno jest. Kto by się spodziewał, że wokół tego zbuduje ideologię państwową. Pierwszego dnia wydał dekret: ZAPRZESTAĆ OŚWIETLANIA ULIC, BUDYNKÓW OŚWIATOWYCH, ZAKŁADÓW PRACY I DOMÓW PRYWATNYCH. NATYCMIAST! Nikt się nie sprzeciwiał, wszyscy mu ślepo wierzyli. Parę dni później zamknął wszystkie elektrownie. Stwierdził, że zużycie energii elektrycznej spadło wystarczająco, by zauważyć, że właściwie w dzisiejszych czasach nie jest ona nikomu potrzebna. I się zaczęło. Nie dość, że egipskie ciemności, to jeszcze przestały działać systemy alarmowe. W ludziach obudził się złodziejaszek. Najpierw zaczęli rabować sklepy. Potem były mieszkania. Dochodziło do takich absurdów, że przestępcy jednej nocy potrafili złupić swoje chacjendy wzajemnie. Wszyscy kradli, więc nikt nie pracował. Wzrastało niezadowolenie. Premier próbował uspokajać. Zmienił nawet państwowe hasło na: nie boję się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie. Mówił, że w końcu na naszej ziemi pojawi się Mesjasz, Wybraniec, Ojciec, czy jak go tam jeszcze zwać, który nas odratuje, wniesie na piedestał ponad innymi narodami i przywróci ***BLASK***. I co? I chuj, za przeproszeniem. Czekam trzeci rok i co raz bardziej wierzę w to, że ten skurwiel zrobił z mojego państwa sektę, z której można wystąpić w jeden jedyny sposób. Poprzez śmierć.

Królestwo Firmy, rok 2025
Włodek, lat 41: - Elo, dzieciak! Ostatnie pięć lat to naprawdę dobry, prawilny czas. Firma wystąpiła przeciwko kurestwu i upadkowi zasad. Mogę se teraz normalnie kurwa przypierdolić w mordę typowi, który źle się spojrzy i nikt mnie za to nie ściga, nawet gdy kolo zbyt mocno wierzy w sądownictwo. Mogę se też podpierdolić rzecz od bogatego cwaniaka - nie ważne, czy to skóra, fura, czy komóra. No i amnestia zarządzili! Tyle dobrych ziomów wyszło z mamra! Znów mam z kim klepać lamusów i sparować się, niczym Jego Królewska Mość, Popek I! Na zawsze wolność ludziom i złodziejom!

Łąki Łanda, rok 2074
Stefan, lat 62: - Łąki Łan rządzi już moim krajem od 20 lat. Jak wiele się od tego czasu zmieniło! Miasta się wyludniły, wszyscy przenieśli się na łono natury, głównie na łąki. Nie dlatego, że chcieli. Jedna decyzja i wszystkich wyeksmitowano ze swoich włości, "zalecając bliższe obcowanie z naturą". Jak tu obcować z naturą, gdy wszyscy siedzą na tej pierdolonej łące? Jeśli ktoś chce się wychilloutować, musi iść do zamarłych przed dwoma dekadami miast. Nastolatki to robią. Teraz jest w modzie, choć to nielegalne. Łażą po blokach i zbierają skarby, buszując po opustoszałych i przepełnionych niepotrzebnymi gratami mieszkaniach. Do martwych miast ucieka się także przed Policją Pyschoaktywną. Drugą decyzją Łaki Łan było jej powołanie. Patrole łapią normalnie zachowujących się homo sapiens i ich szprycują. Tym, co mają pod ręką. Byle uzyskać pożądany efekt, czyli osobnika tak naćpanego, że bierze siebie za dużego, popierdolonego motyla śpiewającego państwowy hymn:

Projekt Parias - Parias (2011)


Projekt Parias
Parias
Respekt Rec, 2011

3.0

[KLIK]

Nie bój się plam na swetrze!!!

Małpa jest rozchwytywany. Nie dziwota, skoro "Kilka numerów o czymś" włada umysłami wielu po dziś dzień, skoro jego pierwszy poważny featuring u mainstreamowej gwiazdy okazał się strzałem w dziesiątkę ("Nagapiłem się" Pezeta i Małolata), skoro wreszcie podpisał kontrakt płytowy z co raz bardziej znaczącym graczem na rynku polskich wytwórni hip-hopowych (Aptaun Records Pyskatego). Tyle że w tym roku Małpa zaczął się bać plam na swetrze zmiany na lepsze i postanowił obniżyć loty. Na razie spadek formy czuć wyłącznie na gościnnych występach. Niby nic, ale trudno nie mieć powodów do zaniepokojenia przed debiutanckim albumem Proximite...

W.E.N.A. - Jestem sam (feat. Proximite, Rasmentalism)


Małpa nie tak źle, ale najsłabiej ze wszystkich. Jinx może bez większego polotu, ale Ras i Wudoe już kapitalnie. Trochę nie wiadomo, o co tu chodzi raperowi z Torunia, lecz nie ma co się przyczepiać na siłę. Najlepszy feat Małpy w tym roku, pomijając ten z "Logiki Gry".

Rasmentalism - Jestem sam (feat. W.E.N.A., Małpa)


Też mega numer. Ale Małpa jakby bardziej niemrawy, jakiś taki zmęczony. Bez tego błysku i vibe'u co na "Kilku numerach o czymś".

Projekt Parias - Plecak (feat. Małpa)


"Chuj w azymut"? Co to jest w ogóle? Małpa pasuje do tego kawałka jak Stefan Niesiołowski do Zbigniewa Ziobry. Ba, przy pierwszym odsłuchu nawet nie wiedziałem, że nawija tu sławniejsza połowa Proximite. Gdzie ta zadziorność, krzykliwe flow? Małpa brzmi tu tak, jakby po nieprzespanej nocy przebiegł maraton, następnie wypalając 2 ramy fajek. Wiem, że wycieczki z plecakiem bywają uciążliwe, no ale bez przesady.

Diox / The Returners - Powiedz (feat. W.E.N.A., Hades, Małpa)


A to akurat spoko. Diox konkretnie, Wudoe jeszcze lepiej, Hades nie bardzo i Małpa całkiem okej. Zwrotka naprawdę niezła, zarapowana w stylu, który dał raperowi z Torunia fame. Porządne punchline'y też są, więc akurat tutaj Małpiszon spisał się na medal. Może nie złoty, ale brązowy już tak.

TłustyKot & DJ Bidi - Sposoby (feat. Małpa)


Tu dochodzi jeszcze jeden problem: Tłusty i KotKuler to słabi raperzy - pierwszy z wymienionych powinien skupić się na produkcji bitów i robieniu blendów - a dwie pierwsze zwrotki należą do nich. Potem wchodzi Małpa, więc słuchacz myśli "Ten Małpiszon, ten kozacki podziemny raper, który posłał tyle płyt w osiedla całej Polski, że etatowi mainstreamowcy sprzedający po 2 tys. egzemplarzy swojej każdej następnej płyty do dziś nie mogą uwierzyć? No, będzie bomba!!!". Ale przychodzi później rozczarowanie, bo jest słabo. Nie tak tragicznie, jak w przypadku gospodarzy, ale ewidentnie słabo. Tekst do bólu sztampowy, zwrotka znów nagrana strasznie anemicznie, kaszana kompletna. Jestem na nie.

A Wy, jak odbieracie ten spadek formy? A może nie ma o czym mówić?