Mój ulubiony raper Tetris nagrywa płytę. A właściwie nagrał, tyle że jeszcze jej nie wydał. I nakręcił klip:
Taki sobie. Zresztą, sam numer dupy nie urywa. Chyba, że produkcja. BobAir co za bit!!! Ale jeśli to ma być udana kontynuacja "Prawa do bragga", to ja jestem walem butelkonosym północnym i wyglądam tak.
A płyta za trochę ponad 2 tygodnie. "Lot 2011". Pomysł na promocję, medialną otoczkę, itepe, itede, pachnie mi trochę ostatnim albumem Wdowy. I nie wiem, czy to dobrze. Ale jest już tracklista, która mówi tak wiele i tak niewiele zarazem. Bo pominięto featuringi, o których wspomni się trochę później, co by podtrzymać zainteresowanie płytą. Ach, ten marketing.
I tak czekam. Tetris nie nagrał jeszcze słabej płyty.
A mój ulubiony raper Łona wydał ostatnio płytę. Świetną. Choć nie zaskoczył. Ale o tym napiszę w przyszłym życiu. Albo tygodniu. Jeszcze nie zdecydowałem.
Mój ulubiony raper
wtorek, 4 października 2011 –
22:58
Gustoprześwietlacz 2.0: Kruk
sobota, 1 października 2011 –
14:18
Kruk, właściwie Krystian Krupiński, autor tego bloga. Jego domeną jest rap, choć poniższą listą pokazuje zupełnie co innego. Niemniej, na tyle pierdolnięty, że chce przesłuchać wszystkiego polskie hip-hopowe wydawnictwa tego roku. Współczuję mu.
Wszyscy wiedzą, że słucham rapu. Dlatego też w 100% hip-hopowy gustoprześwietlacz nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, ani nikogo za bardzo nie wyedukuje muzycznie. I dlatego też dla Ciebie, Litu, sporządziłem dziesiątkę w 100%... nie-hip-hopową. Ciężko było wybrać te zaledwie kilka najlepszych, ale myślę, że wyselekcjonowałem najlepiej jak mogłem. Układałem ją wg klucza, który na ostatecznym etapie układania… wziął w łeb. Ale na pewno jasne i przejrzyste będzie, jakie rzeczy trafiają w mój gust. Opisy będą bardzo personalne (czytaj: z dupy), więc się nie wczuwajcie zbytnio. Dobra chuj, bo przedłużam jak zwykle.
10. The Bravery – Unconditional
Indie rock to gówno, ktoś powie. A ja posłuchałem trochę i niektóre kapele są całkiem niezłe. The Bravery słuchałem z połamaną łapą, kiedy mogłem bezkarnie w domku sączyć browara. To był czas studniówki, na której nie byłem, a sam kawałek kojarzy mi się z pewną kobietą, co wtedy było głupie, a dziś mamy ze sobą świetne stosunki (mówiłem że będzie z dupy?).
9. The Calog – Nie ma takich miejsc
Gdyby poprawili warstwę tekstową, może by daleko zaszli. Nagrali całkiem fajną płytę, a praktycznie nikt ich nie zna. Utwór, jak i cały album, kojarzy mi się z wakacjami w Bieszczadach z czasów liceum. Szkoda, że to już nigdy nie wróci.
8. Coma – 100 Tysięcy Jednakowych Miast
Grafomania trochę, poza tym każdy kolejny album nie podobał mi się tak, jak ten pierwszy, ale jedno jest pewne – drugiego takiego zespołu jak Coma w PL nie mamy. Kawałek kojarzy mi się z inną dziewuchą – to już nie było głupie. Niepowtarzalne, ale i też kosztowało mnie sporo zdrowia, psychicznego głównie.
7. Marilyn Manson – If I was your vampire
Chciałem coś ze starszych płyt Mańka, które są obiektywnie lepsze od tych nowszych, ale to chyba do tego numeru jestem przywiązany najbardziej. Za co? Za klimat.
6. Aphex Twin – Heliosphan
Kończymy z gitarowym graniem, teraz czas na trochę ambientu. Numer kojarzy się jak najbardziej ze schyłkiem liceum, dzikimi fazami na bioli i gegrze, kiedy jedynymi zmartwieniami było to, by nie pójść do tablicy na matmie, przeżyć histę i w ogóle przeżyć tydzień w oczekiwaniu na piątek. Maturami niewzruszony byłem kompletnie, czego teraz trochę żałuję.
5. A.O.S. – History Repeats Itself
Również schyłek liceum. Fascynacja "Natural Born Killers", dzięki której poznałem chyba jeden z najlepszych soundtracków ever. Nie muszę chyba mówić, że zaczęło się od "Gorączki w Parku Igieł" Jimsona.
4. Zespół Reprezentacyjny – Dzielna Margot
Wakacje pomaturalne. Piękny okres. Jako że są one najdłuższe w życiu wydawało mi się, że będą również najpiękniejsze w życiu. Dziś zmieniam zdanie. Na mojej liście trochę humoru, bo zamuliłem z deka.
3. Novika – California Dreaming
Pierwsza trójka to femme vocalists, czyli zawodzenie i zamuła już na maxa. Ale ładna zamuła, naprawdę. Tu miało być coś z nowszej płyty Kasi, ale to z "Tricks of life" mam więcej wspomnień – cofamy się do czasów z pozycji 8. Uwielbiam głos Noviki przede wszystkim za to, że jest kompletnie niepretensjonalny, przez ani jedną milisekundę. A to się rzadko zdarza.
2. Sarah Blasko – Sleeper Awake
To już studia, zdecydowanie. Co ja będę mówił, niezmiernie miły głos, doskonała muzyka. Cudo.
1. Hungry Lucy – Pulse of the Earth
Jakoś od początku wiedziałem, że to będzie numer jeden. W tej dziewczynie jest magia. Cudowny głos, w którym jest coś niesamowicie niepokojącego (do tego potęguje to muzyka), a jednocześnie, paradoksalnie, relaksującego (tu już posłużyłem się słowami… ech, nigdy byście nie zgadli). Piękno i mrok.
The Bravery - nie, nie, nie. The Calog - to jest Myslovitz, czy mi się wydaję? Bez kitu, brzmi na maksa podobnie. Coma - ja tam w sumie lubię. Tzn. chyba tę pierwszą płytę, nie orientuję się w dyskografii zespołu Roguckiego kompletnie. W każdym razie, spoko numer. Manson - nie dla mnie, sorry. Aphex Twin - w sumie, nawet nie zauważyłem, kiedy się skończyło. A.O.S. - mega rzecz. W sensie, i film, i ten numer, i cały soundtrack. Zespół Reprezentacyjny - no beka. Novika - całkiem spoko, propsuję. Sarah Blasko - na początku przeczytałem "Sarah Żelazko". Hehe, beka, suchar. A sam utwór - może być. Hungry Lucy - ja wiem? Ładnie śpiewa, ale jakoś... no, nie ważne. Elo.
Wszyscy wiedzą, że słucham rapu. Dlatego też w 100% hip-hopowy gustoprześwietlacz nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, ani nikogo za bardzo nie wyedukuje muzycznie. I dlatego też dla Ciebie, Litu, sporządziłem dziesiątkę w 100%... nie-hip-hopową. Ciężko było wybrać te zaledwie kilka najlepszych, ale myślę, że wyselekcjonowałem najlepiej jak mogłem. Układałem ją wg klucza, który na ostatecznym etapie układania… wziął w łeb. Ale na pewno jasne i przejrzyste będzie, jakie rzeczy trafiają w mój gust. Opisy będą bardzo personalne (czytaj: z dupy), więc się nie wczuwajcie zbytnio. Dobra chuj, bo przedłużam jak zwykle.
10. The Bravery – Unconditional
Indie rock to gówno, ktoś powie. A ja posłuchałem trochę i niektóre kapele są całkiem niezłe. The Bravery słuchałem z połamaną łapą, kiedy mogłem bezkarnie w domku sączyć browara. To był czas studniówki, na której nie byłem, a sam kawałek kojarzy mi się z pewną kobietą, co wtedy było głupie, a dziś mamy ze sobą świetne stosunki (mówiłem że będzie z dupy?).
9. The Calog – Nie ma takich miejsc
Gdyby poprawili warstwę tekstową, może by daleko zaszli. Nagrali całkiem fajną płytę, a praktycznie nikt ich nie zna. Utwór, jak i cały album, kojarzy mi się z wakacjami w Bieszczadach z czasów liceum. Szkoda, że to już nigdy nie wróci.
8. Coma – 100 Tysięcy Jednakowych Miast
Grafomania trochę, poza tym każdy kolejny album nie podobał mi się tak, jak ten pierwszy, ale jedno jest pewne – drugiego takiego zespołu jak Coma w PL nie mamy. Kawałek kojarzy mi się z inną dziewuchą – to już nie było głupie. Niepowtarzalne, ale i też kosztowało mnie sporo zdrowia, psychicznego głównie.
7. Marilyn Manson – If I was your vampire
Chciałem coś ze starszych płyt Mańka, które są obiektywnie lepsze od tych nowszych, ale to chyba do tego numeru jestem przywiązany najbardziej. Za co? Za klimat.
6. Aphex Twin – Heliosphan
Kończymy z gitarowym graniem, teraz czas na trochę ambientu. Numer kojarzy się jak najbardziej ze schyłkiem liceum, dzikimi fazami na bioli i gegrze, kiedy jedynymi zmartwieniami było to, by nie pójść do tablicy na matmie, przeżyć histę i w ogóle przeżyć tydzień w oczekiwaniu na piątek. Maturami niewzruszony byłem kompletnie, czego teraz trochę żałuję.
5. A.O.S. – History Repeats Itself
Również schyłek liceum. Fascynacja "Natural Born Killers", dzięki której poznałem chyba jeden z najlepszych soundtracków ever. Nie muszę chyba mówić, że zaczęło się od "Gorączki w Parku Igieł" Jimsona.
4. Zespół Reprezentacyjny – Dzielna Margot
Wakacje pomaturalne. Piękny okres. Jako że są one najdłuższe w życiu wydawało mi się, że będą również najpiękniejsze w życiu. Dziś zmieniam zdanie. Na mojej liście trochę humoru, bo zamuliłem z deka.
3. Novika – California Dreaming
Pierwsza trójka to femme vocalists, czyli zawodzenie i zamuła już na maxa. Ale ładna zamuła, naprawdę. Tu miało być coś z nowszej płyty Kasi, ale to z "Tricks of life" mam więcej wspomnień – cofamy się do czasów z pozycji 8. Uwielbiam głos Noviki przede wszystkim za to, że jest kompletnie niepretensjonalny, przez ani jedną milisekundę. A to się rzadko zdarza.
2. Sarah Blasko – Sleeper Awake
To już studia, zdecydowanie. Co ja będę mówił, niezmiernie miły głos, doskonała muzyka. Cudo.
1. Hungry Lucy – Pulse of the Earth
Jakoś od początku wiedziałem, że to będzie numer jeden. W tej dziewczynie jest magia. Cudowny głos, w którym jest coś niesamowicie niepokojącego (do tego potęguje to muzyka), a jednocześnie, paradoksalnie, relaksującego (tu już posłużyłem się słowami… ech, nigdy byście nie zgadli). Piękno i mrok.
The Bravery - nie, nie, nie. The Calog - to jest Myslovitz, czy mi się wydaję? Bez kitu, brzmi na maksa podobnie. Coma - ja tam w sumie lubię. Tzn. chyba tę pierwszą płytę, nie orientuję się w dyskografii zespołu Roguckiego kompletnie. W każdym razie, spoko numer. Manson - nie dla mnie, sorry. Aphex Twin - w sumie, nawet nie zauważyłem, kiedy się skończyło. A.O.S. - mega rzecz. W sensie, i film, i ten numer, i cały soundtrack. Zespół Reprezentacyjny - no beka. Novika - całkiem spoko, propsuję. Sarah Blasko - na początku przeczytałem "Sarah Żelazko". Hehe, beka, suchar. A sam utwór - może być. Hungry Lucy - ja wiem? Ładnie śpiewa, ale jakoś... no, nie ważne. Elo.
Nneka - Soul Is Heavy (2011)
piątek, 30 września 2011 –
18:07
Nneka
Soul Is Heavy
Yo Mamma's, 2011
4.0
Nazywano ją następczynią Eryki Badu i Lauryn Hill. Ktoś powie, że "Soul Is Heavy" tylko potwierdza zasadność takich porównań. Ja posunę się krok dalej: Nneka udowadnia, że już dziś może stać w jednym szeregu ze swoimi idolkami.
Mówię serio. Policzcie sobie, na ile sposobów Nigeryjka potrafi śpiewać. A przecież jeszcze rapuje i to w dodatku tak dobrze, że absolutnie nie musi się wstydzić. I w każdą ze stylistyk wpada naturalnie, płynnie, bez zająknięcia. Ba, czuje się świetnie w każdych warunkach. Soul, a właściwie neo-soul, to tylko punkt wyjścia do koktajlu z innymi gatunkami. Rap (numer "God Knows Why" przypomina trochę niektóre utwory z "Rising Down" The Roots, zresztą nie bez przyczyny gościnnie udziela się tu Black Thought), afrobeat (skojarzenia z Felą Kuti w "V.I.P." jak najbardziej uzasadnione) plus muzyka z każdego zakątka Czarnego Lądu. Doskonale.
Nie ma przy tym żadnego hitu na miarę "Heartbeat". I dobrze - piosenki z "Soul Is Heavy" nie powinny zostać zepsute miliardem techno remiksów. Jest za to parę utworów, nazwijmy to, delikatnych, skądinąd bardzo przyjemnych. Wyciszają one między tymi w kawałkami, w których Nneka pokazuje swoją drugą, bardziej zadziorną i zaangażowaną społecznie stronę. Swoje zdanie wyraża jasno i klarownie, czego najlepiej dowodzi utwór tytułowy. Egbuna, posiłkując się słowami Taliba Kweli z "Ballad of the Black Gold" Reflection Eternal, składa relację z sytuacji w rodzinnej Nigerii (i w całej Afryce w ogóle). Wnioski? Lekko nie jest.
W listopadzie Nneka wystąpi w Polsce. Trzykrotnie. Wrocław, Warszawa, Kraków. Świetna okazja, by na własne oczy przekonać się, czy rzeczywiście Nigeryjka dorównuje Eryce Badu i Lauryn Hill. Bo "Soul Is Heavy" pokazuje, że względem obu pań nie jest na straconej pozycji.
SuperHeavy - SuperHeavy (2011)
czwartek, 29 września 2011 –
18:27
SuperHeavy
SuperHeavy
A&M Records, 2011
2.0
Czysta fanaberia. Tym jest nowy projekt Micka Jaggera. Parę wielkich nazwisk z różnych rejonów muzycznych, dających sukces komercyjny i "coś świeżego" zarazem. Taki był plan. Wypalił? A gdzie tam.
Oficjalne szefostwo przypada oczywiście Mickowi Jaggerowi, ale tak naprawdę płytą SuperHeavy włada Damian Marley. Junior Gong, zupełnie jak na ubiegłorocznej kolaboracji z Nasem, ma największy wpływ na całokształt albumu. Tyle że na "Distant Relatives" była wyjątkowa chemia między artystami, a tu każdy działa na własny rachunek. Najlepiej widać to po kompozycjach A. R. Rahmana, wcześniej odpowiedzialnego za zniewalające tło dźwiękowe w oscarowym "Slumdogu". Tu jego bollywoodzkie melodie pasują jak pięść do nosa. Ani Damian ich nie czuje, ani Joss Stone, ani tym bardziej Mick Jagger, który swoją obecnością często psuje całkiem niezłe numery (patrz: singiel).
W Manchesterze City wiedzą już, że gwiazdy na papierze nie gwarantują zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Nazwiska to jedno, trzeba jeszcze trochę zgrania (chemii) i ludzi od czarnej roboty. Bez tych dwóch rzeczy - przechodzę tu już do "SuperHeavy" - nie powstaną hity władające listami przebojów całego świata. Nie nagra się też eklektycznego albumu, który nie zabrzmi jak najpodlejsza składanka. Wreszcie, nie będzie wyrazistego materiału - a to jest chyba największa bolączka "super" projektu wokalisty Rolling Stonesów.
Jestem na nie. Lepiej się stanie, jeśli wszyscy członkowie tej "super" grupy powrócą do swoich codziennych zajęć. W nich są przecież mistrzami.
Gustoprześwietlacz 2.0: rzygkulturalny
środa, 28 września 2011 –
21:43
A to z kolei bardzo ciekawa postać - rzygkulturalny (nie mam pojęcia, czy ma jakiekolwiek imię). Prowadzi bloga (no jasne, że prowadzi). Pisze rzadko, ale za to ciekawie i wyczerpująco. Nie raz zdarzyło mu się rozłożyć jakiś album na najdrobniejsze elementy. Analizy, interpretacje, recenzje... Zresztą, nie tylko muzyczne. Także filmy. W każdym razie, polecam. A co poleca on? Check it.
Starałem się, by ta lista była jak najbardziej różnorodna (na liście pojawiają się wykonawcy z ośmiu krajów, więc choćby w tym sensie się udało). Starałem się sięgać po utwory dla mnie ważne i pochodzące z co najmniej dobrych płyt. Starałem się także skracać do minimum poszczególne opisy. Co do samego procesu układania listy, to z początku wydawało mi się to dobrą zabawą, a okazało się - szczególnie pod koniec selekcji - istną męką. Wyszło z tego coś takiego...
Burzum - Gebrechlichkeit
Gorzej zacząć się pewnie nie da. Oto (nie)sławny Varg Vikernes i osiem minut zaszumionych, bardzo źle brzmiących wrzasków w jego wykonaniu.
Anathema - Angelica
Nieco przesadzając, powiedziałbym, że na tym utworze Anatema się zaczęła, a jednocześnie skończyła.
Nelly Furtado - Childhood Dreams
Nelly Furtado także się (dla mnie) skończyła, ale nie mogę zapomnieć o tym, że ma w swoim dorobku takie utwory jak powyższy.
múm - Slow bicycle
Muzyczne tło leniwego, słonecznego popołudnia.
Slayer - Disciple
Slayer także musiał się tu znaleźć. Wybór padł na utwór, który kipi wściekłością i nienawiścią, dzięki czemu będzie, jak myślę, całkiem ładnie kontrastował z pozostałymi.
Mark Morgan - Smoldering Corpse Bar
Utwór z mojej ulubionej gry komputerowej. Wystarczy jeszcze dodać, że ścieżka dźwiękowa nie odbiega od niej poziomem i nic więcej nie trzeba mówić.
Kult - W czarnej urnie
Kazik się ostatnio mocno wygłupia, przez co się do niego zniechęciłem, ale pominąć Kultu w tym zestawieniu po prostu mi nie wypada. Utwór wybrałem może smętny, ale chyba mój ulubiony z ich dorobku: Kazik nigdzie indziej nie śpiewa tak jak tu, a z jego ojca tekściarz (poeta?) był nielichy.
Opeth - Burden
Na koniec sam metal. Tak grają deathmetalowcy ze Szwecji...
Moonsorrow - Matkan lopussa
Tak folkmetalowcy z Finlandii...
Ulver - What happened?
A tak (byli) blackmetalowcy z Norwegii...
Burzum - ja pierdolę, co to jest? Anathema - nuuuda. Nelly Furtado - może być. Lepsze od nowych dokonań Nelly, ale nie porywa, oj nie. mum - baaaaaaaaaaaaardzo przyjemne. Więcej, wiecej, więcej!!! Slayer - rozpierdol: stwierdzony. Mark Morgan - grałem w toto, nie porwało, ale muzyka kozacka. Kult - wiadomo, że uwielbiam. Propsy, propsy. Opeth - ojej, nuda. Moonsorrow - to samo. Ulver - i znów.
Przez dyskografie: Afro Kolektyw
poniedziałek, 26 września 2011 –
19:57
Afro Kolektyw
Negatywne wibracje
self-released, 1999
2.0
Debiut wydany własnym sumptem. Dwa znaki rozpoznawcze Afro Kolektywu - żywe instrumenty oraz charakterystyczne teksty Afrojaxa - są tu obecne. Niestety wykonanie pozostawia wiele do życzenia - zespół nie brzmi, a Hoffman nawija w sposób tak pokraczny, że zrozumienie jego tragikomicznych historii w pełni nie należy do łatwych. Słabe te "Negatywne wibracje". Ale całkiem udanie zapowiadają to, czym Afro Kolektyw stał się w przyszłości.
Afro Kolektyw
Płyta Pilśniowa
T1-Teraz, 2001
3.5
Pierwsze legalne wydawnictwo. Takie ulepszone i rozbudowane "Negatywne wibracje". Rozbudowane o kilka lirycznych petard, pełnych życiowego nieudacznictwa oraz wulgarnej i obscenicznej seksualności. Historie Afrojaxa z jednej strony są "smutne i nudne", z drugiej opowiedziane barwnie i z jajem - specyficznym, jedynym w swoim rodzaju jajem Michała Hoffmana. Poza tym - garść hitów. "Płyta Pilśniowa" bez wątpienia zawiera największe przeboje Afro Kolektywu: "Czytaj z ruchu moich ust", "Karla Malone'a" i "Seksualną czekoladę". Szkoda, że zarapowane słabo. O ile zespół gra całkiem przyzwoicie, o tyle Afrojax na mikrofonie spisuje się "nie bardzo". Ale co z tego, skoro kopiące dupę i wyginające banana na facjacie teksty robią z tego albumu pierdolony klasyk. Nie znasz? To poznaj. Bo trzeba.
Afro Kolektyw
Czarno widzę
Blend Records, 2006
4.0
Krok do przodu. Może nie milowy, ale do przodu jak najbardziej. No dobra, hitów na miarę "Czytaj z ruchu moich ust" tu nie ma. Ale są fajne utwory, mniej "smutne i nudne" (choć i w tej stylistyce ze 2-3 się znajdą), za to żywsze i bardziej wpadające w ucho. Ponownie kapitalne teksty (kilka porównań godnych zapamiętania, choćby "wolność szersza niż odbyt Eltona Johna") znów skupiają się wokół życiowego nieudacznictwa kreowanych przez Afrojaxa postaci. Czyli po staremu. A gdzie ten progres? Proste, w rapie Hoffmana i grze całego zespołu. Nawijka wyraźniejsza, pomysły na kompozycje ciekawsze. Grają dalej. Nawet jeśli tylko dla tych kilku osób na sali.
Afro Kolektyw
Połącz kropki
Polskie Radio, 2008
4.0
Znowu lepiej. Jeśli chodzi o brzmienie - zupełnie nowa jakość. Niby dalej rap, ale jednak nie do końca. Chłopaki trochę odpłynęli i właściwie trudno powiedzieć, w którą stronę. Na pewno jest bardziej melodyjnie i chwytliwie. Gdzieniegdzie trochę śpiewania, w innych miejscach elektronika lub skrzypce. Bomba. Hip-hopowi ortodoksi tego nie przełkną (tyle że oni przecież nigdy nie słuchali Afro Kolektywu). Co innego alternatywna młodzież i niektóre stacje radiowe (nie bez przyczyny wydawcą jest Polskie Radio). Przynajmniej jeśli chodzi o warstwę muzyczną, bo teksty jak zwykle odważne, chamskie, balansujące na granicy dobrego smaku, ale zarazem bardzo zabawne. Aha, tym razem już nie tylko seksualna czekolada i nieudacznictwo, ale też szpilki w show-biz i rozkmina odnośnie powstania warszawskiego. Mocna płyta.
MC koovi - Król Dzielni (2008)
sobota, 24 września 2011 –
12:42
MC koovi
Król Dzielni
self-released, 2008
3.5
Przegapifszy. Największa beka w historii polskiego rapu. Narkotyki, seks, zbrodnia i gry komputerowe - tym zajmuje się MC koovi, król każdej dzielni w kraju.
Zaczyna się całkiem niebanalnie. "Śmieciarka śmierci" to horrorcore i postkomunistyczna paranoja zwieńczone westernowym happy endem (zgadnijcie kto jest tu Clintem Eastwoodem). Dalej też jest ciekawie: hymn wszystkich grających w nieodżałowanego "StarCrafta", gangsterska opowieść o pierwszym zleceniu oraz ćpanie wraz z Bolkiem i Lolkiem. Końcówka epki miażdży jeszcze mocniej: Pierw, diss wszech czasów, istna encyklopedia punchline'ów ze smaczkami w stylu "jebany kasztanie" oraz "wąchaj pałę szmato" ("Zajebało wsią"). Potem, banger z cyklu "rucham laski każdego dnia" z wpadającym w ucho refrenem ("Ściongoj mojty").
Czyli: humor najniższych lotów. Ale w dalszym ciągu humor. Mimo że strasznie prostacki, to jednak na swój sposób inteligentny. Tu przecież nie ma nic na serio. Tylko zbita, obśmianie wszystkiego, co najgorsze w rapie (i nie tylko). MC koovi nonsensownie namnaża przekleństwa, używa najbardziej obciachowych zwrotów z przestarzałego słownika slangu ulicy, a w dodatku wykazuje brak jakichkolwiek umiejętności stricte technicznych. Tak topornie zarapowanej płyty nie słyszałem, odkąd po raz pierwszy i ostatni zapuściłem "Skandal".
Ale to nic, bo o to właśnie chodziło. Wszystkie elementy układanki pasują do siebie doskonale. Epka "do pośmiania", najlepiej z grupą ogarniętych znajomych. Mimo to ściągacie na własną odpowiedzialność.
Gustoprześwietlacz 2.0: Zuch
piątek, 23 września 2011 –
10:32
Nareszcie trochę z innej beki - nie blogger-krytyk muzyczny z zamiłowania, a blogger-grafik, w dodatku znany w sieci trochę szerzej. Prywatnie - brat Andrzeja, mysiejkiszki, znanego Wam z pierwszego gustoprześwietlacza.
Maciej "ZUCH" Mazurek – mąż, ojciec, grafik, projektant, blogger, esteta, wrażliwy na dobry design, fan reklamy i social media, filozof (tylko magister, ale dobrze to brzmi :-), uzależniony od kawy popijanej yerba mate. Nigdy nie jadł sushi i nie zna się na excelu. Jeden z finalistów Blogu Roku 2010.
Kawałki, które tu umieszczam nie mają żadnego chronologicznego czy też hierarchicznego układu. Niektóre są dla mnie ważne, a niektóre reprezentują pewną grupę, czy czas. Ale o tym będzie dalej.
1. Pink Floyd - High Hopes
Ciężko wybrać jeden jedyny utwór Pink Floydów. Uwielbiam ich w całości i w kawałkach. W warstwie muzycznej i tekstowej. Teledyski też miażdżą, więc w warstwie wizualnej również jestem pod wrażeniem. Dla mnie to zespół wszech czasów. Ich solówki to po prostu miód.
2. Mate.O – Dobranocka dla
Prywatnie Mateusz jest moim serdecznym znajomym. Ten kawałek nagrał dla swoich synów. Mateusza zawsze słucham, gdy potrzebuje się odchamić. Jego muzyka jest jak modlitwa. A ten utwór jest dla mnie szczególnie bliski i ważny, bo słuchałem go intensywnie, kiedy spodziewaliśmy się z żoną naszego pierwszego dziecka. A potem przy tym kawałku (zapętlonym) usypiałem mojego synka. Niesamowite uczucie, niesamowite wspomnienia.
3. Luxtorpeda - 3000 świń
Zwariowałem od pierwszych dźwięków tego zespołu, jeszcze od jakiegoś przedpremierowego studyjnego nagrania. Potem dostałem propozycje zaprojektowania im CD i książeczki i wtedy zwariowałem ponownie. Luxy wkręciły mi się na maksa. Słucham ich nałogowo. Mój synek teksty zna na pamięć. Nawet wziąłem go na koncert. Uroczo wyglądał czterolatek u mnie na barana, wymachując rączką zaciśniętą w pięść i wykrzykując refreny. :-)
4. Dave Matthews – Gravedigger
Dave jest moim odkryciem muzycznym. Genialny gitarzysta, piosenkarz, tekściarz. Za oceanem dość popularny, w Polsce prawie nie znany – a szkoda. Kawałek "Gravedigger" – potężny tekst. Szczerze polecam.
5. Blue Foundation - Eyes On Fire
Czas na trochę elektroniki. Blue Foundation reprezentuje rodzaj muzyki, który bardzo lubię słuchać, pracując. Dobrze mi się wtedy skupia na projektach, zwłaszcza późno w nocy.
6. Пятница – czyli 5'nizza (czyli piatnica :-) - Soldat (Солдат)
Uwielbiam. Odkryłem ten ukraiński duet lata temu, jeszcze na studiach. Świetna muza, trochę reggae, trochę słowiańska gitarka, fajne teksty, charyzmatyczne chłopaki. :-) Kiedy w Polsce praktycznie nikt o nich nie słyszał, ja miałem już ich 2 kasety (tak, kasety), które udało mi się kupić w sklepie mięsno-muzycznym we Lwowie. Niestety już nie grają razem, a i osobno nie za bardzo.
7. Everything Is Illuminated OST -Ya takoy
Uwielbiam soundtracki. Powyżej linkuję śmieszny kawałem z rewelacyjnego filmu "Everything is illuminated". Do tego soundracku mocno przyczynił się zespół Gogol Bordello (polecam!!!!!), którego wokalista zagrał właśnie Alexa – togo co gada w tym kawałku.
8. Brad Mehldau - Day is Done
W ramach poszerzania muzycznych horyzontów czasami zabieram się za jazz. Trudna to muzyka, ale genialna. Powyżej linkuję kawłek w wykonaniu Brada Mehldau – świetnego pianisty. Swoją drogą jest to cover. W oryginale grał to Nick Drake – rewelacyjny brytyjski muzyk, którego polskie rozgłośnie radiowe też pomijają – za dobry był.
9. Newton Faulkner – Teardrop
Lubię covery. Jednak nie ma nic gorszego niż zły cover dobrego kawałka – kiedyś słyszałem techno remix Queen i zrzygałem się wewnętrznie. W przypadku Newtona jest to jednak dobry cover. Newton wymiata na gitarze, a i wokal ma ciekawy. Ponadto bardzo lubię Massive Attack. Więc jest 2w1! :-)
10. Naughty By Nature - Hip Hop Hooray
Na mojej liście nie mogło zabraknąć hip-hopu, bo to moja pierwsza muzyczna miłość. Teraz mam 29 lat, czyli wychodzi, że hip-hopu/rapu zacząłem słuchać z 15 lat temu. Wychodzi też na to, że większość osób, które tu dały się prześwietlić zaczynała wtedy podstawówkę lub kończyła przedszkole... Ale z czasem moja droga z hip-hopem się rozeszła. W nowościach się praktycznie nie orientuję. Szczerze, to mi się w ogóle nowe kawałki nie podobają. A po tym jak rap został zgwałcony przez – niegdyś mega wymiataczy gangsta raperów – romanse z technomłotkami, jakimiś Guettami, czy to co zrobiło Black Eyed Peas... Kurde, przecież oni kiedyś nagrywali zajebiste płyty!!! W każdym razie zdecydowanie wolę posłuchać rap-staroci.
10 piosenek to za mało żeby się określić, cały czas przychodzą mi do głowy nowe kawałki... ale to może na reedycje gustoprześwietlacza.
Aha, nie obchodzi mnie czy moja lista wam się podoba czy nie. Mi się podoba.
Pozdrawiam
Zuch
Pink Floyd - zdecydowanie mój ulubiony numer Floydów. Od zawsze na zawsze na przenośnym odtwarzaczu. Swoją drogą, niezły teledysk. Mate.O - zupełnie nie dla mnie. Luxtorpeda - ten zespół to totalny rozpierdol i powtarzam to od samego początku. Na Woodstocku dali konkretny czad i tylko utwierdzili mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) z tegorocznych debiutów. Dave Matthews - no, może być. Blue Fundation - odkąd ktoś wrzucił Blue Foundation do swojego gustoprześwietlacza, bardzo polubiłem ten zespół. Ale ten zalatujący dubstepem remix kompletnie mnie nie jara. 5'nizza - bardzo fajne, przyjemne. Ya takoy - dobre, dobre. Brad Mehldau - zajebista sprawa, trzeba poznać więcej twórczości tego człowieka. Newton Faulkner - naprawdę spoko remix. Naughty By Nature - i klasyk na koniec. Bardzo ładna "dziesiątką".
Linkin Park - Meteora (2003)
środa, 21 września 2011 –
17:53
Linkin Park
Meteora
Warner Bros., 2003
2.0
Rok 2003. Pierwsza połowa. Piąta klasa, czy coś takiego. Litoslav już od dawna słucha Kazika. Rapu trochę krócej, ale teraz to pierdoli. Woli "Jak zapomnieć" i Mezo/Lajner. A ulubionym zespołem jest Linkin Park, popularni nu-metalowcy.
Rok 2011. Połowa druga. "Meteora" za 20 zł. Ciekawe, czy dalej fajne?
Nie.
Cała płyta przeleciała bez żadnych emocji. Zero wspominków, łez zakręcających się w oczodołach, nawijania za Mike'iem Shinodą, śpiewania wraz z Chesterem Benningtonem. Tylko: tło, zero jakichkolwiek reakcji.
Nie, że gówno, dno lub rów mariański. Nie, nie, nie. Bardziej bezpłciowa nuda - całkiem poprawna, miejscami chwytliwa, ale jednak nuda.
Mały sentymencik: przy ostatniej piosence na płycie, singlowym "Numb". Żaden tam wyższy poziom, ale dopiero tutaj sobie przypomniałem, jak długo drugą płytę Linkinów katowałem, a "Numb" w szczególności. Do tego był teledysk nakręcony w Pradze, m.in. na moście Karola, z jakąś ładną buźką. Pamiętacie, czy już zapomnieliście?
Klik.
Ale ta krótka chwila nic nie znaczy. Zupełnie jak u Łony. Rok 2003 wspominam wprawdzie całkiem nieźle, ale muzycznie klepałem biedę. Dobrze, że w głowie się poprzewracało. Ciekawe, co będę mówił za kolejne 8 lat o rzeczach, których słucham obecnie. To samo?













