Przy powstawaniu notatek na potrzeby tej recenzji przy każdym utworze musiałem napisać "Raku, co za biiiit!".
Poważnie, gdyby nie Galus, Hades i "Nowe dobro to zło", debiut DwóchZer nazwałbym najlepiej wyprodukowanym rap krążkiem ubiegłego roku. Skądinąd sukces oparto w obu przypadkach na tym samym kamieniu węgielnym: płycie winylowej. Tyle że Rak wykorzystał ją do bardziej klasycznych, zakorzenionych w latach 90. produkcji. Galus mimo wszystko trochę sobie u Hadesa pofiglował, przemycając parę oryginalnych smaczków. Tu jest mocno, równo i pięknie, ale bez eksperymentów i większej kreatywności. Wszystkie dobre ziomy, które dorastały wraz z wyczynami Michaela Jordana w Chicaco Bulls będą zachwycone. Gorzej, że te świetne bity trochę się marnują w towarzystwie przeciętnych raperów. Rak i Tomasina ani nie mają wiele ciekawego (i nowego) do powiedzenia, ani nie dysponują skillsami ponad średnią. Nawijka, owszem, poprawna. Ale gdy gościnnie melorecytują Diox lub Fokus, różnica jest więcej niż zauważalna. Niezły rap na wielokrotnie wałkowane tematy do pierwszorzędnych podkładów. I to w zupełności wystarcza.
PS Zeszły rok bez wątpienia należał do Prosto: przynajmniej dwie dobre (Hades, DwaZera) i jedna rewelacyjna płyta (Sokół z Marysią). Świetne recenzje, jakie zbiera nowe solo VNM-a, każą przypuszczać, że i w 2012 Prosto będzie ważnym graczem.
Wciąż pamiętacie kompromitującą "Alfę i Omegę"? Zapomnijcie. Smok wraca do formy.
Modlitwy do Boga, Allaha, Latającego Potwora Spaghetti i Afrojaxa zostały wysłuchane. Fokus zarzucił produkcję. Teraz bity klepią mu profesjonaliści: Magiera z Laską, Little z Chwiałem, Ostry i Jajonasz a.k.a. Lukatricks. I bardzo dobrze - podkłady trzymają wysoki poziom, a Fo skupił się na "całej reszcie". Doszlifował jeszcze flow, poprawił technikę i przysiadł nad tekstami. Nie popada w skrajności. Jak się wkurwia, to się wkurwia, ale nie przez całą płytę. Jak moralizuje, to też nie na okrągło. Nie płacze bez przerwy, tylko podnosi głowę. Co się nie da, jak się da? I tak dalej. Szpile wbija mocno i to nie tylko tym z własnego podwórka, do których zazwyczaj ograniczają się polscy raperzy. Taki Obama dostał konkretnie po łbie. I zmącona światowym kryzysem gospodarczym współczesna demokracja. Ale są tu też po prostu ładne numery, w których Fokus się nie spina i podnosi na duchu, a w refrenach przyśpiewują mu Losza Vera lub Gutek. "Dla każdego coś miłego", przy czym nie "wszystko i nic". Różnorodność spięta klamrą charakterystycznego stylu opartego na głosie, który zadziwia już od tylu lat. Nowe Pokahontaz może być grube. Czekamy.
"Gorączka sobotniej nocy" niczym się na dobrą sprawę nie różni od "Sobotażu". Co jednak wcale jej nie szkodzi. Sobota póki co nie nosi na sobie żadnych oznak zmęczenia materiału.
Dalej jest to imprezowy facet z charakterem. Taki swojski, lekko podpity. Całkowicie niepoważny, ale szczery do bólu. Stary, dobry Sobota: uliczny skurwysyn bez nadęcia, serwujący rap bez super głębokich przesłań wyrażonych w pseudopoetyckich metaforach. Potencjał hitowy w co drugim utworze, banger na bangerze - słuchacz buja się na okrągło, bo Matheo zadbał o konkret bity, które niemal zawsze oparte są o mega chwytliwe melodie. Takie w stylu "już to słyszałem", tyle że nie bardzo wiadomo gdzie i kiedy. "Sobotaż" miał jednak większe przeboje. "Gorączka..." trzyma równy poziom właściwie przez wszystkie 21 tracków, ale nie ma tu takich szlagierów jak "Tańcz głupia", które lata na rotacji i u hip-hopowców, i u disco-mułów, i w autach Polonii w New Jersey. Są za to pierwszoligowi goście, jak Peja, Pih, Chada czy Tede, i ani przez chwilę nie zawodzą (wielki props za chór Montu). I sam się sobie dziwię, bo takiej stylówki, jaką zapodaje Sobota, nienawidzę (jak studentów) mniej więcej od '53. Teraz obie płyty rapera ze Szczecina zapętlają się w moim odtwarzaczu (no dobra, foobarowej playliście) bez przerwy. Ja z liceum powiedziałby, że jestem prostak, głupek i zdradzam ideały truskulowych koszul. Ale co ja poradzę, że "Gorączka..." wwierca się w głowę na amen? Nie jest to mądra płyta, ale, jakby to powiedział Afrojax, dopsz buja. I do samochodu się nada. Nie spinać się, tylko słuchać Soboty!
W niektórych rankingach podsumowujących 2011 roku Haju zachodził całkiem wysoko. Niesłusznie. Ale może się mylę.
Tytułowy "Międzyświat" doskonale oddaje charakter wydawnictwa. Jakby świat zawarty na "Muzyce Poważnej" Pezeta spotkał się ze światem wyjętym wprost z "Eternii" Eldoki. Tyle że powstały międzyświat spóźniony jest o przynajmniej 7 lat. Kogo dziś interesuje rozkminkowe narzekactwo z pseudopoetyckim posmakiem? W 2004 mogło się to jeszcze sprzedać. W 2011 zwyczajnie nudzi. Bo jak chce się poczuć klimat tamtych lat, tamtego rapu, to jasne, że wybiera się Pezeta lub Eldokę, nawet jeśli ich płyty po stu tysiącach odsłuchach zna się na pamięć. Ale może się mylę.
Na plus punktują przede wszystkim goście, zwłaszcza Szad i Człowień, którzy wprawdzie znakomicie wpasowują się w maksymę, wedle której powstawało to wydawnictwo, tj. przerost formy nad treścią, ale właśnie samą formą nadrabiają. Haju porywa tylko raz, w kozackim "Może się mylę", gdzie w fajnym koncepcie zamknął szczerość, emocje i wątki autobiograficzne (początek ostatniej zwrotki = ciary na plecach). Oklaski należą się jednak przede wszystkim duetowi Złote Twarze, którego produkcje przez cały album zaskakują równym, wysokim poziomem, niezależnie od tego, czy brzmią znajomo, czy są czymś zupełnie nowym w repertuarze Goldena i Bez Twarzy. Ale może się mylę.
Niby wszystko jest na swoim miejscu, lecz nudzę się przy tym jak facet z zakupoholiczką w galerii handlowej. Takie płyty już były. I były dobre. Tu Haju powiela schematy, co wymagającym słuchaczom już nie wystarcza. Szkoda że na krążku tak rzadko wspomina czas służby wojskowej. Wtedy album mógłby być znacznie bardziej interesujący. Ale może się mylę.
Zadebiutowałem na Screenagers. Taka konkurencja Porcysu, tyle że mniej popularna. Niemniej, 2000 like'ów na Facebooku jest, a to całkiem dużo. Jest trochę prestiż. Mam nadzieję, że i w przyszłości coś mojego opublikują, choć na razie myślę o współpracy, a nie zostania redaktorem na stałe.
Myślałem, żeby napisać coś szczególnego w tym wyjątkowym dniu. Ale... Po co? Dlatego też daje tylko numer, który najbardziej oddaje mój teraźniejszy stan.
PS Prowadzony przeze mnie (i 14 innych osób, jam jest ino rednaczem) najlepszy super blog w sieci - Wygrywam z anoreksją - działa na nowo. Wiąże z tym projektem naprawdę spore nadzieje. Polecam i bloga, i fanpage na Facebooku.
Bonson/Matek Historia po pewnej historii self-released, 2011
3.5
Chyba najbardziej przehype'owana płyta ubiegłego roku. Co nie znaczy, że od razu zła. Wręcz przeciwnie.
Najbardziej irytuje to, że Bonson wali tu smut za smutem. Serio, nic tylko płacze i płacze. Egocentryzm bije po oczach, a skrajny pesymizm trudno zaakceptować komuś takiemu jak ja. Bo bardziej postrzegam rzeczywistość na sposób stoicki - ćpanie po to, aby zapomnieć, jakoś wcale mnie nie kręci. Jasne, życiowy bagaż doświadczeń Bonson ma radykalnie odmienny w stosunku do quasi-bananów wywodzących się z klasy średniej. Tyle że nie kupuję trwającego niemal godzinę użalania się nad sobą i wykładania czystej brudnej prawdy w stylu znacznie mocniej naładowanym emocjami niż Sokół na płycie z Marysią Starostą. Mimo wszystko bardziej przemawiają do mnie naiwne zapewnienia, że świat jest mój, a limitem niebo.
Niemniej, w całym gąszczu żalów na miłość i finansową niemoc można złowić kilka prawdziwych perełek, do których wraca się niezależnie od tego, czy człowiek utożsamia się z ich treścią, czy też nie. "Pan śmieć" jest tu sztandarowym przykładem. Ale warto też zwrócić uwagę na opowieść o miłości zniszczonej przez dragi ("Ich już nie ma") oraz chwytający za serce track adresowany do matki Bonsona ("O mnie się nie martw") - od czasów "Rodziców" Małolata nie było równie szczerego utworu o tej tematyce. Fajnie, że reprezentant Szczecina potrafi te wszystkie emocje w odpowiedni sposób wyartykułować, za każdym razem flow współgra z serwowaną treścią. Trzeba być też naprawdę głuchym, by nie zauważyć, jak bardzo rozwinął się Bonson od czasów "Wspomnień z domu umarłych" z 2008 roku. Nawet ładnie przyspiesza, kiedy ma na to ochotę i kiedy jest to adekwatne do lirycznej zawartości kawałka. Niemniejszy progres zaliczył także Matek, który już 3 lata wcześniej potrafił zbudować taki klimat, że głowa mała. Mrok i brud przenika się z syntetykami, co tylko podbija nastrój poszczególnych tracków.
Wszystko więc gra jak w szwajcarskim zegarku, nawet jeśli przydarzy się słabszy numer ("Osiedla wciąż w nas wierzą"). Wyszła zatem płyta spójna, w sieci wyraźnie przeceniona, ale jednak naprawdę dobra. Tyle że nie dla każdego.
Naprawdę nazywa się Filip Błajet i studiuje dziennikarstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od niedawna prowadzi bloga poświęconego Premiership (wpadaj na Angielskie Boisko). W wolnych chwilach słucha polskiego rapu, gust ma dość zbliżony do mojego. Z jego profilowego na Facebooku aż prosi się, żeby zrobić mema (po lewej, hihi). Wielki fan Szuniego, niekwestionowanego króla prowokacji. Sprawdźcie jego listę:
Zeus – Jestem tu
Ulubiony kawałek dający energię. W głośnikach zawsze jak jestem zmęczony albo nic mi się nie chce (czyli często). W sumie mógłby to być mój budzik, gdyby nie to, że dzwonek Samsunga bardziej prosi się o wyłączenie.
Flexxip – List
Chyba to właśnie jest mój ulubiony kawałek. Piękny numer i piękne wspomnienia. Beztroskie dzieciństwo i te sprawy. Do tego to były czasy, kiedy na Vivie leciały dobre rzeczy. Poza tym na liście nie mogło zabraknąć kawałka z Mesem w składzie.
Ortega Cartel feat. Reno – Dobre czasy
Klasyk o każdej porze dnia i roku, a szczególnie przed każdą imprezą. Nic nie daje mi tyle luzu, co ten numer. Pieprzone mistrzostwo. Świat był dziwny od dawna, wiem to od Rena.
W.E.N.A. feat. Brudne Serca – Nie mam tego
Szczere zwrotki Wudoe, a do tego świetny featuring Brudnych Serc. Czego można chcieć więcej? Dodatkowo wersy, z którymi wiele osób może się utożsamiać, w tym ja. "Nie mam sił dziś kupić Ci kwiatów mała, chcę się upić na kanapie i leżeć do rana". Ten kawałek siedzi w moim sercu i nie planuję protez.
Laikike1 – Aniatomia
Piękny numer bożka Ślizgu, moim zdaniem najlepszy w polskim rapie o miłości. Bardzo lubię czasem posłuchać, ale powodów wolę nie mieć. Moje wnętrze nie przypomina OIOMU i niech tak zostanie.
Dinal feat. Smarki – Chryzantemy złociste
Wankej król podwójnych chwali się, że był na dołku, Smarkej król podziemia jest jak Peter Parker i tęskni. Dobry numer ze świetnej płyty, polecam. Dodatkowo zlepiony ze zwrotką Smarka.
Pezet-Noon feat. Ash – Te same dni, te same sny
Mój ulubiony numer z klasycznej Muzyki Klasycznej. Pezet bardzo dobrze, Ash świetnie, Noon jak zawsze. Truskul w najlepszej postaci. "Życie to myśli regał, sny o tym czego się nie ma".
Tetris – Magnum
Historia opowiedziana tak Naturalnie i lekko. Personifikacja zazdrości, głupoty i nienawiści, Tet w roli killera. Szkoda, że wszystkie ożyły w drugiej części. I szkoda, że nie zagrał tego na koncercie!!!
Smarki/Pysk/Kixnare – Kawałek o życiu
Ostatni numer epki, która zmieniła polski rap. Od tego czasu każdy albo nawijał albo chociaż chciał nawijać jak Smarki. Gorzowianin ogarnia życie i ja to rozumiem. W końcu sam też się staram mieć własne DVD i pager. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu mógłby zarzucić jakąś zwrotką i przypomnieć, kto jest królem
HuczuHucz – Gdyby nie to
Emocje, emocje i jeszcze więcej emocji. One aż kipią z tego numeru. Instant klasyk for me. Świetny bit PTK, bardzo ładne przejście ze spokojnej nawijki aż do agresywnej, dużo udanych wersów, a sampel to jedyne, co udało się Niemcom.
Zeus - wolę inne kawałki Kamila, co nie zmienia faktu, że i ten dobry. Flexxip - KLAAAASYK. W Esce nawet leciało. A wiadomo, że w Esce to sama dobra muzyka. Ortega + Reno - kolejny klasyk pełną gębą. I klip bardzo fajny. Wudoe + Brudne - następny klasyczek. Jobix zalicza jedno z lepszych wejść w polskiej rap grze. Laikike1 - fajne, fajne, ale się nie jaram. Dianl + Smarki - nooo, znowu mocno. Podbitka do Pezeta spoko, podbitka do Małolata też. Smarki fajniusio, jak i Wankz. Leci props. Pezet, Noon i Ash - klasyk po raz wtóry. Piękna sprawa. Tetris - za dużo tych klasyków, za dużo. Kozacki numer. Smarki - w moim gustoprześwietlaczu było na miejscu pierwszym. Wiadomo, że klasyk. Huczu - najlepszy numer z jego grudniowej płyty, znalazł się nawet na mojej liście ulubionych kawalin z 2011 (prestiżowe 13. miejsce). Props za numer, props za całą dziesiątkę.