Gustoprześwietlacz: Orzech

Ponoć jedzenie orzechów dobrze działa na szare komórki. Czy równie dobrze działa na muzyczny gust? Przekonajmy się.

10. The Offspring – Orignal Prankster


Kawałek z mojego dzieciństwa. Przypomina mi wspaniałe czasy, gdy rozrabiałem i niezbyt przejmowałem się konsekwencjami moich czynów.

9. Blink 182 – First Date


Wiele osób uważa Blink 182 za "pedalski" punk rock. Ja sądzę inaczej - luźne brzmienia w sam raz na wakacje, w sam raz na nic nierobienie! Poza tym przypominają mi się, dzięki temu kawałkowi, czasy ferii zimowych i zajawki na snowboard.

8. Ten Typ Mes – Sam siedzę tu…


Nad tym numerem zastanawiałem się dosyć sporo. Pochodzi z niesamowicie dobrego albumu "Alkopoligamia: Zapiski Typa", gdzie każdy kawałek mógłby zagościć na tej liście. Zastanawiałem się nad "Wjazdem" czy też "Zdradą", jednak później przypomniałem sobie jakie miałem wrażenia po pierwszym odsłuchu tego utworu. Dodatkowo świetny bit, a także chórki.

7. Smarki Smark – Młoda Foka


Szczęśliwa siódemka należy do Smarka. "Młoda Foka" jest niesamowitą pokazówką umiejętności zarówno Smarka, który stworzył bardzo humorystyczny tekst, jak i Stony, którego bit bardzo mi się spodobał. Piosenka ta potrafi niesamowicie poprawić mi humor!

6. Ortega Cartel – Dobre Czasy feat. Reno


Utwór ten jest już przez niektórych nazywana klasykiem, nie wiem czy nie za szybko, lecz jest naprawdę dobry. Patr00 wysmażył kozacki, chilloutowy bit, który Reno wykorzystał w 100%. W sam raz na nadchodzące pomału wakacje.

5. Dizkret/Praktik feat. Flexxip – "Nie spinaj się"


Piosenka pochodząca z albumu "IQ", bit to cudo, a zwrotki daje trzech czołowych kiedyś MC.

4. Mac Miller – Senior Skip Day


Tuż za podium znajduje się Mac Miller, według mnie zajebisty rookie (rocznik 1992!), który może zdrowo namieszać. Z wyborem kawałka tego artysty miałem też nie lada problem, gdyż jest on dość twórczy i wydał 3 mixtape'y - na każdym znajduje się jakiś kawałek, który niesamowicie mi się podoba. Jednak padło na "Senior Skip Day", do którego nakręcono też zabawny teledysk. Ogólnie mega polecam tego kota!

3. Dr. Dre feat. Snoop Dogg – "Nuthin' but a 'g' thang"


Nie wiem co napisać przy tym kawałku. Dla mnie jest to po prostu magia.

2. Metode Clique – "Fajny Wajb" / Brudne Serca – "Czy na pewno tak chcesz"


Dwa tytuły jednej piosenki. W każdym razie jest to stary numer dwóch gorzowskich raperów z nieistniejącego już składu. Jak dobrze pamiętam to od tego numeru rozpoczęła się moja przygoda z rapem.

1. Jamiroquai – Cosmic Girl


Piosenka, która nigdy mi się nie znudzi. Zasłużone miejsce pierwsze, pamiętam czasy gdy ją puszczali w MTV… I ten klip!

Offspring - nie tylko z Twojego. Klasyk. Gdzieś mój brat ma na kasecie. Blink182 - nie takie złe, nie takie złe, ale mówienie o tym "punk rock" to obraza majestatu. Mes - ma lepsze kawałki, tutaj trochę nudno. "Młoda foka" - wiadomo, mega rzecz, na winylu mam, polecam gorąco. I czemu widelec ciągle tkwi w jej głowie? "Dobre czasy" - pewnie, że klasyk. Wakacyjny klasyk. Dobre czasy, złe czasy, ale leje się bro. "Lavorama" mega album. Może jednak nagrają nową Ortegę? Byłoby super, ale to płonne marzenia, niestety. Dizkret, Praktik, Mes i Blef - nuda... Mac Miller - takie sobie, czym tu się jarać? Dre + Snoop - może być, niech Ci będzie. Brudne Serca - mają lepsze numery, ale dzięki za przypomnienie. Jamiroquai - wiadomo, że mega!

Zbylu - Operacja: Sampling (2011)


Zbylu
Operacja: Sampling
I-N-I ArtAgencja, 2011

2.0

Małe kroczki. Kroczek za kroczkiem. Tak było kiedyś. Teraz - wielki krok ku wielkiej karierze. Zarazem - mały krok dla słuchaczy, poszukiwaczy dobrych zwrotek, dobrych bitów, czegoś świeżego, nowego i wartego zapamiętania. Sus i tiptop w jednym. Taki paradoks.

O co, a właściwie - o kogo, chodzi? O Zbyla. Warszawskiego producenta. Nie pamiętam już, z kim na przestrzeni lat współpracował, komu dokładnie robił bity. Pamiętam, że bity te robiły wrażenie, a jednocześnie nie pamiętam żadnego z nich. Taki paradoks.

Teraz Zbylu porwał się na głęboką wodę. Wydał album producencki. Na legalu. Co innego słać pojedyncze podkłady ziomkom z podziemia, a co innego machnąć 20 bitów na krążek firmowany swoją własną ksywką, na którą sprosiło się i uznane ksywki z wieloletnią renomą, i podziemnych wacków, i kompletnych no name'ów. "Operacja: Sampling" wydaje się być bardziej undergroundowa od ">>Kodexu<< w wersji undergroundowej". Tyle, że to ona, a nie "Materiał Producencki" Quiza, trafiła do oficjalnego obiegu. Taki paradoks.

Raperzy sobie tutaj jakoś radzą. Albo i nie. Zależy od tracka. To taka zmora płyt producenckich. Ciężko zebrać ekipę, która pociągnie na jednym, wysokim poziomie przez 20 utworów. Tu już pierwszy numer wzbudza co najwyżej politowanie. Dalej jest - jak to dobrze ujął Duże Pe w kolejnym kawałku - raz góra, raz dół. Ale nie ma tu kozackich zwrotek. Są tylko umiarkowanie dobre, przeciętne, słabe i koszmarne. Rozumiecie - niby "raz góra, raz dół", ale jednak nie znajdzie się tu żadnego jointa, który stałby w opozycji do marnego "Chcę być tam" w wykonaniu Arialla (wydaję mi się, że lepiej od niego zaprezentowała by się czcionka z Worda). Taki paradoks.

Na plus - Proceente, Numer Raz, Bartold, Tetris, Duże Pe (ale tylko w jednym z trzech numerów), Junes, Solar, Białas, Wiciu, Łangi i Siódmy (wyłączając jednak ten tragiczny freestyle). Reszta albo na minus, albo na zero. Streetworkerz poniżej oczekiwań, Temate - wiadomo, Flint jak zwykle robi z siebie pierwszoligowego gracza, choć pierwszoligowym graczem może zostać jedynie wtedy, gdy stworzy swoje alter-ego w "Pro Evolution Soccer". Taki paradoks. Aha, niezasłużony hype na kolesi o ksywkach Boomer, Ask i KęKę to dla mnie również "taki paradoks". Przeraża wizja marnowania czasu na takich zawodników.

No dobra, ale to przecież wszystko goście. To nie wina Zbyla, że są tak chujowi, że zjebali mu 3/4 albumu. No, może trochę... Niemniej, nie zawsze bycie słabym selekcjonerem i negocjatorem oznacza, że nie produkuje się rozpierdalających bitów, których słucha się także wtedy, gdy poziom bijących się z nimi raperzyn jest żenująco niski. Nie zawsze. Ale w przypadku Zbyla niestety już tak. Nie zrozumcie mnie źle - te bity w większości dają radę. Choćby dlatego, że znakomicie pasują do obecnej pogody. Te 20 podkładów to w dużej mierze słoneczko, ciepełko, lato i jakieś soulowe sample. I to fajnie brzmi. Tyle że jest tego za dużo. Za bardzo jest to do siebie podobne, za bardzo się to wszystko zlewa. I nie pomagają odmieńce w stylu "Wbrew nadziei", które klimatem pasowałoby na płytę Hemp Gru, lub "Poznaj kulisy", które w założeniach miało być przebangerem. Ale nim nie zostało. Tak, tak. Taki paradoks.

Nie wiem, może się nie znam. Może nie rozłożyłem każdego z bitów na czynniki pierwsze. Ale czy to o to chodzi? Po co wydawać albumy producenckie na tym etapie kariery? Trzeba mieć fame WhiteHouse, Praktika lub Emade, żeby to przedsięwzięcie miało ręce i nogi. Przy tej "Operacji" żaróweczka zapaliła się w mojej głowie tylko 2 razy - przy "Muzyka, mikrofon, scena" i refrenie "Dziś" w wykonaniu Pięknej Kasi (jeśli wygląda tak jak śpiewa, to klękajcie narody!). To jest album przepełniony paradoksami - albo jakiś MC dobrze leci, ale bit jest taki sobie, albo jakiś marny raperzyna za 3 złote masakruje całkiem niezłe biciwo. Paradoks goni tutaj paradoks. Czasem nawarstwienie różnych paradoksów jest tak wielkie, że aż się boję, czy nie doprowadzi to do jakichś paradoksów czasowych, w wyniku których przeszłość, przyszłość bądź teraźniejszość przestaną istnieć.

Operacją można uratować życie. Albo zabić. Jest jednak jeszcze trzecie wyjście z tej sytuacji - uratowanie życia, przy jednoczesnym zabiciu. Wiecie, pacjent przeżywa operację, ale po paru dniach umiera, bo lekarz zjebał sprawę.

Taki paradoks.

Mam nadzieję, że w przypadku Zbyla czeka nas jednak jeszcze jeden paradoks. Operacja się może nie powiodła, ale paradoksalnie da mu szansę na przeżycie w tej całej rapgrze na lepszych warunkach niż dotychczas. Co w przyszłości zaprocentuje. Nie wiem, "Operacją: Sampling 2" z czołówką czołówki na bitach, przy których ludzie będą brać śluby?

Gustoprześwietlacz: Górek a.k.a. Górson

Górek vel Górson. Przesympatyczny i "przepozytywny" człowiek, który piwa nie pije, tylko się nim delektuje. Chyba najbardziej skumał, o co chodzi w tym prześwietlaniu. Najlepsza "10" ever?

Poniżej 10 piosenek, które może i nie do końca oddają mój gust muzyczny, ale tak sobie uknułem, że ta playlista będzie niebanalna. Czy mi "wyjszło"? Pewnie nie, ale cóż... Trzeba żyć dalej. Aha, dodam jeszcze, że kolejność przypadkowa.

Ray Charles - Unchain My Heart


Troszkę staroć, ale chyba nigdy mi się nie znudzi. Mówcie co chcecie, ale jazz to zajebista muzyka. Mogę ją słuchać godzinami.

Bajzel - Wsioryba


Przypadkowo wpadłem na ten kawałek. Okazał się hitem wiosny - przynajmniej dla mnie. A tak poza tym świetny muzyk z tego gościa - na scenie ma naprawdę niezły bajzel. Człowiek orkiestra - nic dodać, nic ująć.

Leniwiec - Reggae dla pana prezydenta


Ktoś kiedyś powiedział, że dobrego punku nigdy za wiele. I miał rację. Co prawda stary zespół, stara piosenka i troszkę spokojniejsza, ale ma niewątpliwie swój urok. Po prostu "I like It". Zastanawiałem się, jaki kawałek wybrać, bo ostatnio naprawdę mam niezłą zajawkę na ten zespół. Ogólnie polecam.

Mate - Spacer


Nie wiem, czy już u kogoś się ten kawałek pojawił, ale jest godny polecenia. Niewątpliwie uzyskał miano przeboju zeszłego lata. Pozytywny tekst, no i ta trąbka... Ahhhh... W ładne dni aż trudno wybić tekst z głowy. Jakoś przełknę to, że pochodzą z Zielonej.

Enej - Radio Hallo


Sympatyczna piosenka, ponadto wokalista nieźle poczyna sobie na akordeonie, co bardzo mi się podoba. Na plus również kultywowanie swoich tradycji. Podobno nieźle poczynają sobie w muzycznym "show" w TV. Nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję, że odwiedzą w tym roku po raz kolejny Przystanek Woodstock.

O.S.T.R. - śśśśśś


Krótko mówiąc: "Jeśli się okaże, że mam na to czas, podróżuję w snach, no bo kocham spać".

Motörhead - Ace of Spades


Nie mówcie, że nie pamiętacie tego kawałka z "Tony'ego Hawka", bodajże dwójki! Jak miło powspominać "stare, dobre czasy", gdy nie było jeszcze tylu problemów.

AC/DC - TNT


Jeden z niewielu zespołów, który potrafi mnie nieźle nakręcić do działania, szczególnie tą piosenką. A tak poza tym wielki szacun dla tych starszych panów, którzy potrafią jeszcze rozkurwić niejedną scenę. Wiele ich utworów nadawałoby się do tej listy.

Jafia Namuel - Pozytywne myślenie


Tytuł mówi chyba wszystko o tej piosence. Jak dla mnie idealna nuta na gorsze dni. Idzie się przy niej nieźle - hmm, jakby to? - wyciszyć? Czy coś like this.

Paweł Kukiz - Pieśń o Małyszu


Wiem, wiem zabrakło Kazika, ale nie ma raczej sensu go tu umieszczać, bo po co [Racja, wystarczy, że ja o nim piszę raz w tygodniu - Lite]. Mógłbym mu poświęcić całą taką listę, ale nie o to tutaj chodzi. Co do piosenki to wręcz uwielbiam ironię Kukiza no i ta muzyka... Chyba nie można było lepiej pocisnąć kibiców sukcesu. Niezmiernie bawią mnie również niektóre komentarze na temat tej piosenki. Ludzie to tylko taki żarcik artystyczny! A tak poważnie, dziękuje Panie Adamie za te wszystkie lata. Dziękuje, że mogłem Pana pożegnać. Kawał Historii.

Propsy za Raya Charlesa Górson, tożto klasyg. Bajzla wrzucał już Danon. Powtórzę się: świetny numer. Leniwiec - beka! Jak najbardziej na plus! Mate - to jest niewątpliwie hit zeszłego lata. Hit, który nierozłącznie kojarzy mi się właśnie z Górsonem. Nie wiem, może to przez ten kaszkiet, który czasem nosi. No, świetny numer. Tak w ogóle, to mamy to na karaoke? Enej - nie znałem wcześniej, zajebista rzecz. Wpadam z dyskiem! Ostry - pozytywny numer z ostatniej płyty tego pana, którą z miłą chęcią słuchałem, katowałem wręcz. Żyję jak miś panda - jem, sram, zasypiam. Motörhead - było, było! "Tony Hawk" zawsze był jedną z tych gier, w które grało się godzinami. No i w każdej części był zajebisty soundtrack. Ma ktoś może na płycie? AC/DC - to chyba też było w THPS2, co? Kolejny klasyk. Jafia Namuel - w przyszłym tygodniu zespół ten dwukrotnie wystąpi w Gorzowie - w III albo IV LO i klubie ManaMana. Sam utwór fajny, fajny, pozytywny, nie żeby się jakoś mocno wyróżniał na tle innych reggae'owych kawałków. "Pieśń o Małyszu" - kiedy poszliśmy z Górkiem, Danonem i Daviem na gorzowski koncert KNŻ w marcu, Górek mówił wyłącznie o tym, że za ileś tam tygodni "jedzie na Małysza". A utwór znakomity. To chyba najlepsza "10" ze wszystkich...

Looptroop Rockers - Professional Dreamers (2011)


Looptroop Rockers
Professional Dreamers
David vs. Goliath, 2011

4.5

Co ma wspólnego hip-hop z Coca Colą, emigrantami z Polski i Jezusem Chrystusem? Jest wszędzie.

Może to, co teraz napiszę to czysty banał - a pisanie jakichkolwiek banałów w przypadku tego zespołu i tej płyty jest sporym nietaktem - ale niestety trzeba to zrobić. Hip-hop jest wszędzie. Żeby go zasmakować nie trzeba od razu lecieć za Atlantyk, do Nowego Jorku. Coś z hip-hopu znalazłoby się zapewne i w Angoli, i w Korei Północnej, i na jakiejś zapomnianej wyspie gdzieś na Pacyfiku. W końcu, nawet na zabitej wiosce jest do rapu dostęp. Nikogo więc już nie powinno dziwić, że i w Szwecji rapują. Ba, że rapują na tyle dobrze, że bez jakiegokolwiek zająknięcia mówi się o Szwedach jako o ścisłej, europejskiej czołówce. Wiadomo, że nie o wszystkich Szwedach. Ale o tej czwórce z Looptroop Rockers już jak najbardziej.

No właśnie, znów jest ich czterech. W pracach nad poprzednim albumem - "Good Things" - właściwie nie uczestniczył Cosmic. Zrobił sobie urlop. A tak naprawdę to chyba nawet odszedł z zespołu. Całe szczęście wrócił - "Professional Dreamers" nagrano już z jego udziałem. I bardzo dobrze, bo może nie gra tu pierwszych skrzypiec, lecz świetnych skillsów odmówić mu nie sposób.

Kto wie, może właśnie dlatego, że Looptroop znów jest kwartetem, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że na płycie bardziej pachnie "The Struggles Continues" niż "Good Things". Z drugiej strony nazwanie "Professional Dreamers" krokiem wstecz to zniewaga tysiąckrotnie przebijająca wszystkie obelżywe insynuacje z ust Jarosława Kaczyńskiego. Ponownie czuć tu bowiem powiew świeżości. Pamiętacie reakcje na "Good Things"? To był miejscami całkiem inny Looptroop, efektowny i przebojowy jak nigdy. I mogło się to podobać lub nie. Z "Professional Dreamers" sprawa identyczna - to znów jest inny Looptroop. Z jednej strony jeszcze bardziej efekciarski, z drugiej nawiązujący swoją melodyjnością do nieco starszych nagrań.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak to wszystko Embee ładnie poskładał. Zastosował zarówno nowe sztuczki, jak i stare i ograne, ale jakże zajebiste patenty. Przykładowo klimat paryskich knajp ("Late Nights Early Mornings") miesza się tu z ratowaniem Księżniczki z rąk złego Bowsera przez wąsatego Mario ("Blow Me Away"). Autentycznie, Embee samplował tu nawet starego Mariana ze SNES-a! Każdy z bitów ma w sobie coś, dzięki czemu zostaje zapamiętany. Cosmic nie gra na "Professional Dreamers" pierwszych skrzypiec, bo gra je Embee. Swoją produkcją zjadł wszystkie zwrotki pozostałej trójki, zjadł wszystkie refreny śpiewane przez Promoe lub zaproszonych gości. "Professional Dreamers" to przede wszystkim jego dzieło. Tak, tak! Dzieło!!!

Mam nadzieję, że nie zrozumieliście mojego powyższego wywodu opacznie - zjeść zjada, ale tylko dlatego, że Embee robi tu prawdziwe cuda na kiju. Promoe, Supreme i Cosmic są w kapitalnej formie, mimo że jeden przez kłęby dreadów nic nie słyszy, drugi nie może nic mówić, bo mu broda zarasta aparat gębowy, a trzeci udaje inteligenta w Ray Banach. Szwedzki tercet nagle nie zmienił zainteresowań - serwuje i teksty lżejsze, i poważniejsze, i wtrąca jakieś bragga, i zwraca uwagę na problemy społeczno-polityczne. Jak Tet i Pogz namawia wszystkich *pięknych przegrańców*, by nie przestawali marzyć ("Professional Dreamers"), a na koniec płyty przedstawia trzy poruszające historie i zauważa, że "muzyka jest sprawą życia i śmierci" ("Joseph", nagrany - co istotnie - bez udziału Cosmica).

Poprzeczkę zawiesili sobie wysoko, ale zdołali ją przeskoczyć. Pewnie "Professional Dreamers" nigdy nie stanie się tak klasycznym albumem jak "The Struggle Continues", ale co z tego. Ten album to kolaż cudownych dźwięków zaczerpniętych z różnych muzycznych stylistyk i zamienionych na chwytliwe melodie. Ten album to zbiór świetnych zwrotek przeplatanych nośnymi refrenami w wykonaniu Promoe i zaproszonych gościu (na plus: ujmująca Lisa Ekdahl i Chords oraz Gnucci Banana, kojarząca się z jakąś krzyżówką Uffie i Fergie). Ten album to w końcu krążek, który spodobał mi się - jak na razie - najbardziej ze wszystkich wydanych w tym roku. Czas pokaże czy, a jeśli tak to kto i kiedy, dorówna Looptroop Rockers...

Gustoprześwietlacz: Szuni

Od 3 lat nagrywa krążek, który ma mieć promocję na moim blogu. Coś czuję, że nigdy go nie nagra. A szkoda, bo daje radę. Człowiek, który wrzucał różne dziwne rzeczy za kanapę. A jaki ma gust?

10. Maluch - Track 11


3 wersy stąd mógłbym wydzierać sobie na łapach jako życiowe motto.

9. Pjentak - Czas (to pieniądz)


Taki rap jaki najbardziej lubię. To nie jest jego najlepszy numer, ale i tak jest bardzo dobry i reprezentatywny.

8. Rap Addix - Brud Nawarstwiam II


Nie słucham raperów, którzy nie umieją rapować, ale Junes jest wyjątkiem. Jaram się bezpośredniością, szczerością, a tym numerem dość mocno, bo emanuje wkurwieniem. Lubię to.

7. Saafir - Light Sleeper


Z boom bapowych rapów z 90s mógłbym wrzucić tu pełno rzeczy, ale niech będzie Saafir, bo ostatnio katuję ten numer, nieźle leci.

6. Galaxie 500 - Flowers


Żeby nie było tylko rapowo. Jak ktoś nie słyszał o slowcore, to polecam.

5. Jeżozwierz - Jebać tytuł


Kozacki warszawski raper: styl, oryginalność, głos, tekst. Coś pięknego.

4. Cutting Crew - (I Just) Died In Arms


Nie powiem dlaczego, bo klimatu tego numeru nie da się opisać słowami.

3. Toto - Africa


Śpiewam codziennie od paru lat, więc nie mogło zabraknąć na liście aktualnie ulubionych kawałków.

2. Maluch - Abro


Ponad trzydziestu raperów już, czujesz?

1. Big L - Put It On


Chciałem wstawić tu coś z moich dwóch ulubionych polskich płyt: Małolat/Ajron i solo Eisa, ale na pierwsze miejsce zasługuje tu tylko moja biblia rapu. Prawdziwy rozpierdol, szkoła rapowania, składania rymów i panczlajnów, mega kawałek. Chuj w dupę jak ktoś się nie jara, bo za mało niszowe.

POZDRO MACIEK :* :* :*

Maluch - nie lubię gostka, i tyle. Pjentak - takie se, co w tym niezwykłego? Junes spoko, propsuję. Saafir? Pierwsze słyszę, chujowe. Galaxie 500 całkiem spoko, zaskoczenie in plus. Jeżozwierz - nie kumam niezdrowej podjarki jego twórczością, choć fajne, spoko, w porządku, dobre. Cutting Crew - no jest hicior! Toto - wciąż czuć przebojowość w powietrzu, tego się tu nie spodziewałem. Maluch - miało nie być dwóch utworów tych samych wykonawców w jednej 10. No cóż... I tak słabe. Big L - propsuję, dobry numer. Mimo wszystko szkoda, że gdzieś wcześniej nie znalazło się nic Małolata i Eisa...

Gustoprześwietlacz: Deliszys

Był Danon, jest Deliszysz. Marek, bo tak ma na imię, na co dzień z tej ksywki, nie wiedzieć czemu, nie korzysta. Jaki gust muzyczny ma chłopak, któremu można pozazdrościć dwóch rzeczy: wyśmienitych żartów i poczucia humoru?

Magnetic Man ft Ms Dynamite – Fire


Dynamite lubiłem jeszcze z czasów r'n'b ("Dy-naa-mitee", "It takes more"), ale dzięki temu kawałkowi zauroczyłem się dubstepem. Żadna wielka zajawka, ale jak kiedyś zdam prawo jazdy (kiedyś), to na pewno będę tym katował głośniki. A na tym nagraniu to ponoć Ms pozwoliła sobie odpłynąć i poimprowizować – to widać. Genialne.

Luniz – I got 5 on it


Każdy fajny kawałek nudzi się, jak się go słucha 12 raz pod rząd (też tak robicie?). Każdy zajebisty przestaje być zajebisty gdzieś przy trzeciej dziesiątce, a ten nie znudził mi się, mimo że były dni, że jak kładłem się spać i wstawałem rano, to tylko przy wokalu Yuka. Członek Dream Teamu jeśli chodzi o beat.

Phil Collins – Another Day In Paradise


Jeśli Collins prywatnie jest tak zajebisty jak "na krążku", to podejrzewam, że nigdy nie zacina mu się Internet, kanapka nie spada posmarowaną stroną na podłogę, skarpetki zawsze są do pary i nigdy nie trafiają mu się gorzkie pistacje (ble). Kolejny fajny dzień w raju, co?

Nina Simone – Sinnerman


To jest taki kawałek, że jak zamkniecie oczy to poczujecie: miesiąc sierpień, godzina 19:00, 27 stopni na dworze, lekki wietrzyk we włosach, smak zimnego melona… Ej, też jedziecie białym cabrio po Miami?

The Game – Where I'm From


Szybka podróż do Los Angeles (powiedzmy, że z Florydy mają takie dobre drogi jak my do Szczecina) i mój ulubiony czarny-gangsterski-zły raper. Z tymże Game ma zawsze takie nieco lżejsze kawałki z dobra nutą, to u niego lubię. Poza tym gra w kosza i ma fajną łezkę pod okiem... BWS BWS BWS !!!

Barry White ft Chris Rock – Basketball Jones


Może to dlatego, że kocham koszykówkę, a może dlatego, że czuję się przy tym tak zajebiście wyczilautowany, że nawet C-Rock nie jest w stanie mnie wkurzyć. Z czasów kiedy koszykówka była bliżej jazzu, funku i LSD niż rapu, dziwek i sterydów.

Eric Clapton – Wonderful Tonight


Po prostu "wonderful".

Fugees – Killing Me Softly


Dobrze, że wszystkie słabe wykonania tego utworu w ciągu ostatnich paru lat, jakie miałem nieprzyjemność słyszeć w prawie każdym programie rozrywkowym i na prawie każdym kanale, nie są w stanie zepsuć mi nawet sekundki tego arcydzieła. Lauryn Hill jest jedyną królową czarnego wokalu, zjada Beyonce i Aliyah przy pierwszej lepszej okazji, jedynie Alicie Keys musi trochę dłużej przegryźć. To jest basen nie muzyka, bo przy tym się zwyczajnie płynie, moi mili.

The Police – Every Breath


Najlepszy instrumental wszech czasów, wystarczy?

Afro Kolektyw – Karl Malone


Polski akcent. Nie wiem co jest bardziej zajebiste: bananek w tym (nie boję się tego słowa) teledysku, wada wymowy Afrojaxa, "Malone ma białasa, białas ma imię John. Białas ma także nazwisko Stock-ton", czy może fakt, że w tekście pojawia się sam i we własnej zajebistej osobie Jason Williams.

Magnetic i Dynamite - rozbolała mnie od tego głowa. Pod koniec utworu trochę się wkręca, choć nadal to strasznie okropne brzmi. Luniz - klasyczniej się nie dało? Pięć za to. Phil Collins - nie lubię go zbytnio, ale w sumie spoko. Nina Simone - spodziewałem się bardziej staromodnej wersji, takiej jak ta, nowoczesna mi nie pasi, choć to prawda, do cabrio nadaje się jak znalazł. Game'a nigdy nie lubiłem - zdania nie zmieniam, ale do tła może być. Barry White na plus, Chris Rock na minus, słowem - piosenka nijaka. Eric Clapton - nuda! "Killing My Softly" - mega rzecz, uwielbiam, Fugees zawsze i wszędzie. The Police - nuda, again. Kaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaarl Maaaaaaaaaaaaaaaaaalone. Drugi raz trafia ten utwór do gustoprześwietlacza. I dobrze, bo to znakomity numer!

Nieznane, a szkoda: El Banda

Kobiecy wokal. Punk. Napierdalanie. El Banda, czyli ulubiony zespół mojego taty do jazdy samochodem.

Wszystko zaczyna się gdzieś jesienią 2003 roku. Zgraja punków mająca doświadczenie *podwórkowo-undergroundowe*. Zakłada się zespół, nagrywa się pierwsze demo, gra się pierwszy koncert. Nic z tego jednak nie wynika. Dochodzi do roszad w składzie. Najważniejsza dokonuje się na miejscu wokalisty. El Bandę opuszcza Hiube - po trosze dlatego, że sytuacja formacji niezbyt się rozwija, po trosze dlatego, że do reszty kapeli dojeżdża do Warszawy z Lublina. Kawałek jest, obie strony zauważają, że jest im to nie na rękę. Na jego miejsce przychodzi Ania z Milanówka.

Tak, wiem. "Ania z Milanówka" brzmi bardzo niepozornie. Ania z Milanówka pokazuje w El Bandzie jednak konkretny pazur i daje zespołowi mocnego, energetycznego kopa. Jej barwa głosu przywodzi na myśl zadziorną Nosowską z początku kariery. Z wokalistką Hey łączy ją jeszcze jedno - świetne teksty. Wszystko przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Nosowska wszakże jest o wiele bardziej wszechstronna i poetycka. Ania z Milanówka nadrabia jednak jakże charakterystycznym dla punku ostrym i dosadnym przekazem. Tyle że to taka kobieca wersja punkrockowego buntu. Idee, postulaty i poglądy niby znane, ale często są "upiększane" treściami z lekka feminizującymi. Wolność dla człowieka, to także wolność dla kobiety. Prawda, że proste? Niekoniecznie dla wszystkich, bo ile było punkowych kapel, które kobiety bezwstydnie uprzedmiotawiały niemal równie prostacko co niektórzy wykonawcy hip-hopowi? Nie wiem - znam kilka, ale pewnie było, jest i będzie ich całkiem sporo.

El Banda to jednak nie tylko Ania z Milanówka. Jej siłę stanowi także czwórka instrumentalistów. Okej, słowo *instrumentaliści* sugeruje może nie tyle wirtuozów, co facetów z dyplomem po szkole muzycznej. Po członkach kapeli z - podkreślę to raz jeszcze - *podwórkowo-undergroundowymi* korzeniami raczej nie można spodziewać się takich fajerwerków. To raczej czwórka samouków, małych wyrobników, którzy to tu to tam się wywalą, coś spartolą. Ale punk to nie granie pierdu-pierdu, żeby było czysto i ładnie - tutaj trzeba napierdalać. A to im wychodzi. Jest czad, dlatego mój tata lubi przy tym jeździć. Bo jak jedzie się w trasę, to człowiek nie zaśnie przy takim łomocie.

W 2006 roku wychodzi "Przejdzie Ci" - długogrający debiut El Bandy. Album tylko zwiastuje burzę, która przychodzi dopiero po 4 latach. W 2010 roku pojawiają się "Skutki uboczne", gdzie kapela znacznie podkręca śrubę - zagrała lepiej i ciekawiej. Ania jest tu w fenomenalnej formie tekstowej. Idzie złapać się za głowę, słuchając kolejnych utworów przepełnionych buntem, wściekłością i wulgarnością. Tak się żyje i umiera na Mazowszu, gdzie macice wchłaniają kolejne płody, a na murach miast malowane są obrazy krwią menstruacyjną. Najbardziej charakterystyczny numer z płyty - "Ajloviu" - wprost kopie dupę - zarówno lirycznie (np. "Wytnę sobie irokeza na cipce, obiecuję, tylko mnie kochaj"), jak i muzycznie i kompozycyjnie. Bardzo bezczelna Ania = bardzo bezczelny album. Co warte zauważenia, wokalnie Ania też daje radę - nie ma tu zaskakujących tonacji, jakichś szmerów-bajerów z głosem, ale jest za to jakże autentyczny ryk wściekłości, który Ania ma chyba we krwi.

Mocna rzecz. Gdyby samochód, którym jeżdżę, posiadał odtwarzacz CD (nie posiada nawet radia), to byłoby możliwe, że również w moim przypadku oba albumy El Bandy (ale ze wskazaniem na "Skutki uboczne") byłyby ulubionymi krążkami do jazdy autem. Nie słucham Ani z Milanówka dzień w dzień, raczej od przypadku do przypadku, lecz propsuję i polecam. Muzyka może się podobać, wokalistce należy się szacunek za odwagę do wyrażania własnych poglądów. Punk dla wkurwionych przedstawicielek płci żeńskiej. Oraz lubiących jeździć autem z łomotem.

Przydatne linki:
myspace

Gustoprześwietlacz: Bober

Tak jak obiecałem - do mojego zoo trafiło kolejne zwierzątko! Po kocie i niedźwiedziu padło na bobra. Swoją drogą, jeśli jeszcze nie czytaliście książeczki o bobrach żeglarzach, co mają problemy z osobowością (nie wiedzą do końca, czy są bobrami, czy może misiami), to polecam gorąco. To powinna być lektura szkolna!

Kobiety mają problem z podejmowaniem decyzji - przynajmniej niektóre - ja się niestety do tej grupy zaliczam. Dziesięć piosenek, to dziesięć wspomnień, niezliczone minuty śmiechu, może i litry łez. Dlatego tak ciężko je wybrać. Ale nie ma co marudzić, mimo iż pominęłam wiele ważnych piosenek.

The Offspring - The Kids Aren't Allright


The Offspring poznałam przez mojego brata, którego gust muzyczny miał spory wpływ na kształtowanie się mojego. Dlatego ta piosenka jak i inne utwory The Offspring zawsze będą mi się kojarzyć ze spędzaniem czasu z bratem, mostkiem, piwem i braterskimi rozmowami.

Arctic Monkeys - A Certain Romance


Uwielbiam. Wybrałam tę piosenkę, by pokazać, że Arctic Monkeys to nie tylko okropnie przystojny Alex Turner i również niczego sobie Jamie Cook oraz dwaj panowie, którzy są nieco mniej urodziwi... ale zespół, który bardzo dobrze gra. Ta piosenka nawet bez głosu Turnera byłaby świetna, choćby ze względu na gitarę.

De Gaulle - Is This Love



Przypadkowe odkrycie. Boris Laborde jest młodym Francuzem z Paryża, który na chwilę obecną nie robi zawrotnej kariery, ale moim zdaniem ma na to sporo szanse. A "Is This love" to dobra piosenka, by po prostu zamknąć oczy i dać głowie odpocząć po ciężkim dniu. Polecam też "Heart of Stone".

Muzyka Końca Lata - Chłopaki wieczorem


Ta piosenka to wakacje 2008. Przez rozsypane szkło, przez drut i beton, dziurę w płocie jak duży czarny kot, pobiegnę przez zaspane miasto. MKL jest tak pozytywny, że ciężko go nie lubić. Moją sympatię zdobył przez teksty - zapijam kompotem wrodzoną tępotę czy nie dla mnie te kwiaty, bo techno słabo tańczę i wiele, wiele innych. Uwielbiam ich koncerty, jednakże za ten na Dniach Gorzowa mam żal - rozczarował mnie okropnie, nie ze względu na piosenki z nowej płyty, bo "Dokąd to pójdziemy dziś" jest cudowne (ale go nie zagrali), tylko przez widoczne objawy "zatrucia rybą" Zmywaka.

The Kooks - Crazy (In The Streets of Paris)


I remember when, I remember, I remember when I lost my mind. Dosłownie. Przez pewien okres czasu zupełnie straciłam dla The Kooks głowę. Ich piosenki towarzyszyły mi wszędzie - "Stormy Weather" w Londynie, "Ooh La" grane przez jakiegoś chłopaka na Park Space w Cambridge, "Sway" pijąc wino z moją najlepszą przyjaciółką i jeszcze wiele innych. Miałam szansę być na ich koncercie w Berlinie jesienią '10. Tym którzy myślą, że Luke to zachrypnięty, chudy Brytol w ciasnych spodniach, mogę powiedzieć "FUCK YEA". Było CUDOWNIE.

The Broken Family Band - It's All Over


Przypadkowe odkrycie numer dwa. Zespół z Cambridge, założony dla zabawy. A ta piosenka, uratowała mnie przed zrobieniem czegoś bardzo głupiego, bo gdyby nie ona byłabym w bardzo nieodpowiednim miejscu w bardzo nieodpowiednim czasie.

Indios Bravos - Jego piosenka o miłości


Indios Bravos - przez nich prawie uciekłam z domu, a nie-prawie zjadłam mątwę w atramencie (dziwne metody wychowawcze mojego taty - był to warunek pójścia na ich koncert jesienią 2009). Nie żałuję, grali świetnie, chociaż Gutek ledwo trzymał się na nogach. Mam nawet plakat z autografami, niestety wykonanymi tuszem do rzęs, bo... zgubiłam długopis. Bardzo lubię tę piosenkę, ale teledysk mi się okropnie nie podoba.

MGMT - Kids


Męczyciel. Zostałam zarażona MGMT przez koleżankę Czeszkę w wakacje i ta infekcja trzyma się do tej pory.

Komety - Spotkajmy się pod koniec sierpnia


Było mi strasznie trudno wybrać piosenkę Partii/Komet do tej dziesiątki, dlatego że większość z nich jest dla mnie ważna. Ale ta szczególnie. Najśmieszniejsze jest to, że nigdy nie udało mi się spotkać z osobą, do której kiedyś kierowałam tekst pierwszej zwrotki tej piosenki. Może za rok.

Coconut Records - West Coast


Niszczyciel. I wish you would put yourself in my suitcase. Czasem mnie dopada, wyciąga na spacer i przeżera swym znaczeniem każdy centymetr mojego ciała. Tak na koniec.

Offspring - nie pamiętam już jaka piosenką tego zespołu była moją ulubioną... To raczej nie była ta, ale ta jak najbardziej się podoba. Też mi się trochę z bratem kojarzy. Na kasecie miał jakieś Offspring chyba. Twórczość Arctic Monkeys znam tak piąte przez dziesiąte - głównie ten utwór, którego cover nagrało funkowe Lack of Afro (kto nie zna, to polecam gorąco, bo dobra rzecz!). To jest fajne, tyle mogę powiedzieć. Takie trochę inne, niż wszystko to, co do tej pory zakodowałem jako Arctic Monkeys. Wiecie, takie skoczne. No, może źle zakodowałem. De Gaulle - tak wielkie jak Charles to nie jest. W ogóle nie jest to wielkie. Gdyby wokal był trochę głośniej, a muzyka trochę ciszej, to może. Tak jest po prostu okej. MKL - fakt, pozytywne, nie da się nie lubić. The Kooks - kiedyś każda moja koleżanka tego słuchała. A przynajmniej takie miałem wrażenie. Nigdy tego wcześniej nie słyszałem, a tu proszę - *przeróbka* ukochanego przeze mnie Gnarlsa Barkleya (solówka Cee Lo Greena z zeszłego roku to moc!). Trochę inaczej, ale propsy lecą. Przypadkowe odkrycie nr 2 - miła i sympatyczna piosenka, która kiedyś zostanie zaadaptowana na potrzebę jakiegoś młodzieżowego serialu, o ile już nie pojawiła się w jakichś "Skinsach". Indios Bravos - kto mnie zna, ten wie, że hejtuję Gutka, a w szczególności Indios Bravos, od pierdyliarda lat i niestesty "Jego piosenka o miłości" tego nie zmienia. Starałem się w cholerę, ale nie potrafię się do tego przekonać. Wybacz, Bobrze. MGMT fajne, wokal jak wokal, ale muzycznie ciekawie rozwiązane, lubię takie połączenia. I teledysk fajny! Komety - to moje pierwsze spotkanie z tym zespołem (się uchowałem) i... No nie wiem, takie lekkie, przyjemne granie. Coconut Records - zaczęło się wybornie, gdy wszedł wokal atmosfera niby trochę spadła, ale jednak klimat jest. Podoba mi się. Fajnie się dalej rozwija. Takie małe skojarzenie z Arcade Fire miałem, ale to jednak zbyt daleko idące. Warto sprawdzić, to na pewno.

Moje ulubione utwory ze słowem "ballada" w tytule

Ballada. Bardzo fajne słowo. Bankowo w moim prywatnym TOP10 fajnych słów (gdybym prowadził blog o pierdołach, to pewnie bym tę toplistę zaprezentował, ale to jednak bardzo poważany dziennik bardzo poważanego gościa). Jeśli jakakolwiek piosenka ma słowo "ballada" w tytule, to wiem, że będzie dobra. Wiadomo, że są odstępstwa od tej reguły, ale przecież one ją tylko potwierdzają. Ale nie wyjątki tu zaprezentuję, tylko moje ulubione muzyczne ballady.

Tadeusz Chyła - Ballada o Cysorzu


Znane mi głównie w wykonaniu Kazika. Ale to Tadeusz Chyła wymyślił "Balladę o Cysorzu". Zabawną i z morałem. Z doskonałą puentą. Cesarz to ma klawe życie. Choć to świnia i krwiopijca.

Kult - Ballada o dwóch siostrach


Fragment małego oratorium "Kolczyki Izoldy" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Grane przez Stanisława Staszewskiego. W sensie, że przez tatę Kazika. Grane też później przez Kult, a dokładniej od czasu premiery "Taty 2". Bardzo spodobało mi się to wykonanie. Takie balladowe właśnie. Średniowiecze. Wędrowny bard śpiewa i gra na gitarze poetyckie teksty. Tyle że tu instrumentarium mocno wzbogacone. Co z tego, skoro klimat dalej ten sam.

Krystyna Janda - Ballada o Janku Wiśniewskim


Ostatnio dość popularne, prawda? Mimo że rockowa wersja Kazika bardzo mi się podoba, wręcz jaram się nią jak pochodnia, to jednak wybieram tu wykonanie Krystyny Jandy - bardziej podniosłe, bardziej współczesne czasom, w których powstał tekst. Nietrudno się utożsamiać ze sprzeciwem wobec czegoś, gdy ten sprzeciw wyraża się w słowach zaśpiewanych właśnie w ten sposób.

Kazik Staszewski - Ballada o kobiecie żołnierza


A to już Kurt Weill. "Opera za 3 grosze". The Doorsi i Louis Armstrong też po niego sięgali. Naprawdę. Kazika nawet nie ma co z nimi porównywać, ale jego wykonanie "Ballady o kobiecie żołnierza" może się podobać. I na płycie, i na koncertach. A najlepsza w niej jest końcówka. W Rosji ciągle wojna trwa! Choć te słowa odnoszą się do I wojny światowej i rewolucji październikowej, to odnoszę wrażenie, że i dziś są aktualne. W Rosji ciągle jakaś zawierucha - a to Czeczenia, a to teatr na Dubrowce, a to samolot gdzieś pierdyknie o ziemię. A przy całej tej zawierusze wóda leje się strumieniami. A co, żołnierzu, kobieta twa z ogromnej Rosji dostać ma? Najlepiej połówkę samogonu, nada się.

Big Cyc - Ballada o smutnym skinie


Klasyk. Można zwalczać skinheadów "po fachowemu", atakując ich ideologie, jak robiło to choćby KSU (nie pomnę, w którym dokładnie utworze, ale było tak, na pewno), a można ich obśmiać po całości. Niekoniecznie czepnąć się ich ideologii, ale skrytykować rzecz bardziej przyziemną, dla przykładu taki wygląd. Całą zimę biegał łysy, wiosny już nie dożył!

Łona - Ballada o szlachetnym czorcie


Najmniej balladowa ballada ze wszystkich zamieszczonych tu ballad. Ale ta ballada na bal nie lada się nada. Chociaż nie. Bardzo lubię ten utwór, mimo że właściwie jest o prostej historii, w której niezwykłe jest tylko to, że miejski autobus jeździ, a nie to, że kierowca tegoż wehikułu okazał się miłym gostkiem, który, gdyby nie prowadził, strzeliłby sobie z przypadkowym pasażerem piwko lub dwa.

Strachy na Lachy - Ballada o Tolku Bananie


Na koniec chyba moja ulubiona ballada. A przynajmniej najczęściej podśpiewuję ją sobie pod nosem. I wolę wykonanie Strachów. Nie lubię Wilków. Choć w sumie nie wiem, czy nie grał tego ktoś wcześniej. Pewnie tak, zawsze tak z tymi balladami jest. A to bardzo balladowa ballada jest. Stare miał dżinsy, starą koszulę...

Gustoprześwietlacz: Danon

Gusta muzyczne mają nie tylko zwierzęta, ale także jogurty. Danon i jego "dziesiątka":

Ciężko ograniczyć się do zaledwie 10 kawałków ale jakoś udało mi się odchudzić listę i upchnąć (prawie) wszystko w 10 pozycjach:

Pablopavo & Ludziki - Do stu


Niesamowity pozytyw. Wakacje, ogniska, piwo i gołe stopy. ^^

Red Hot Chilli Peppers - Snow (Hey Oh)


Kawałek mocny jak kawa z rana, daje kopa i na ryju banana! ; )

Anteny - Sygnał


Coś z naszego rodzinnego Gorzowa. Chłopaki z płytki na płytkę co raz fajniej brzmią i oby szło im tak dalej. Szczerze im tego życzę, a i dobrze by było, gdyby udało im się w końcu przebić ze swoimi kawałkami gdzieś dalej, po to aby zarazić większą publikę ich magiczną muzyką. Po przesłuchaniu tego kawałka polecam bliższe zapoznanie się z twórczością Anten. Miałem niezły problem z wyborem kawałka z racji, że ostatnimi czasy jaram się całą najnowszą EP-ką "Święty Spokój" (klik) i wybór tego jednego najlepszego kawałka jest trudny. Dlatego jeszcze raz polecam bliższe obadanie Anten.

John Frusciante – Unreachable


Ciarki na skórze... Fani Frusciante powinni wiedzieć, o co chodzi.

Band of Horses - Funeral


Ciężko nie zajarać się tym kawałkiem. Tylko nie przesadźcie.

Bajzel - Wsioryba


Odkrycie Górka [Górson, kiedy Twoja "10"? - Lite] z płyty "Męskie Granie". Strasznie pozytywny bajzel!

Coma - Leszek Żukowski


Kawałek przypadek, a wyszła naprawdę fajna wizytówka zespołu.

Lao Che - Bóg Zapłać


Chcę wszystko…

Afro Kolektyw - Karl Malone


Niestety, ale jestem tylko złamanym białasem, dlatego bliższy opis tego kawałka przez moją osobę mija się z celem. Sami obczajcie.

Confident Soundsystem - Słownie dziesięć


Kawałek kolegi z forum perkusyjnego, śp. Michała "Żaby" Chrzanowskiego. Przykro na myśl, że tacy ludzi odchodzą tak młodo. W dodatku przez bezmyślność innych. Żaba nawet nie zdążył nigdzie opublikować tego kawałka, a szkoda, bo pewnie byłby ucieszony opinią słuchaczy. Jak na chłopaka, który dopiero zaczyna przygodę z muzyką, miał wielki potencjał. Przesłuchajcie, bo naprawdę warto.

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że każdy znalazł tu coś dla siebie, a w przyszłości liczę jeszcze na jakiś "Gustoprześwietlacz" w wersji XXL. Dzięki za uwagę, Pokój z Wami.

"Do stu" pojawia się tu nie pierwszy raz - chyba najfajniejszy utwór z "Telehonu". Swoją drogą, wciąż mam nieodpartą ochotę sprawdzić nową płytę Pablopavo i Ludzików, ale kasy brak... No i o co chodzi z gołymi stopami? Red Hoci zawsze spoko, propsuję. Anteny - ni to mnie ziębi, ni to grzeje. A tak nawiasem, też Wam się wydaje, że tu śpiewa Artur Rojek? John Frusciante - ciar na plecach nie ma, ale fajne, fajne. Band of Heroes - faktycznie, zajarałem się. Bajzel znamy, znamy. W piątek grali w gorzowskim Magnacie, trochę szkoda, że nie zaszedłem. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Comy, ale ten numer kocham bezgranicznie. Świetny jest. Lao Che mnie nie jara. Po prostu. KAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARL MALONE!!!! <3 Confident Soundsystem - całkiem spoko. Szkoda chłopaka - popracowałby nad dykcją i może by coś z niego było, a tak to... [']