Ten jakże przystojny pan z przepięknym wąsem to Heinrich Himmler - jeden z przywódców nazistowskich Niemiec i twórców SS. Dlaczego piszę o nim na blogu muzycznym? Czy zacząłem myśleć, że blog historyczny bardziej się opłaca? No i dlaczego uważam, że tak naprawdę Himmler był rolnikiem?
Himmler był rolnikiem na wsi
Cienka linia jak J5 i Nelly Furtado
Zdaję sobie sprawę, że Ameryki nie odkrywam, bo to raczej sprawa stara, znana światu. Sam na to zwróciłem uwagę niedawno, gdy przypadkiem przemówił do mnie James Brown w duecie z Pavarottim. Trochę wątpię, czy nie byłem ostatnią osobą "na tym łez padole", która to sobie uzmysłowiła, więc pisanie tego powyżej i tego poniżej raczej sensu nie ma... A co mi tam, przecież ten blog jeśli chodzi o "fakty oczywiste" już i tak zasłynął, więc kolejny do kolekcji stanu rzeczy nie zmieni... Zresztą, może jednak gdzieś się zabłąkała mała, nieuświadomiona duszyczka?
O co chodzi? Porównajcie sobie Jamesa Browna z Czesławem Niemenem. "It's A Man's Man's Man's World" z '66 z nagranym w rok później "Dziwny jest ten świat". Porównajcie to sobie "czytając dalej" lub zjeżdżając parę pikseli w dół:
Sting w Poznaniu, czyli żądłem w serce
Ola Kałowska, znana Wam z relacji z tegorocznego Open'era, tym razem miała okazję odsłuchać na żywo Stinga z orkiestrą symfoniczną, podczas ostatniego koncertu na stadionie Lecha w Poznaniu. Zachęcam do przeczytania jej relacji.Kalifornizacja
"Californication" - serial komediowy amerykańskiej stacji "Showtime", którego tytuł został przez polski oddział Comedy Central jakiś polski kanał telewizyjny przetłumaczony jako... "Kalifornizacja". Przedziwnie, prawda? Ale dziś nie będę pisał o seksualnych podbojach Davida Duchovnego.
Dziś chodzi mi bowiem o 7. album w dorobku Red Hot Chilli Peppers. O krążek, który śmiało można nazwać kopalnią doskonałych piosenek, hitów przez wielkie "H". O "Californication" rzecz jasna.
Klatka
Tak bez dłuższego komentarza, bez większego rozwodzenia się nt. tego, jak wiele można ostatnio poczytać o Arcade Fire, bo Kanadyjczycy nagrali super płytę, docenioną przez krytykę i fanów (patrz: 6. miejsce w rankingu tegorocznych albumów na Rate Your Music). Płytę, której jeszcze nie miałem okazji usłyszeć.
Ale zostawmy to "The Suburbs". Sam poznałem Arcade Fire jakoś kilka tygodni temu i wciąż jestem na etapie fascynacji "Neon Bible" - krążka, który kosi, miażdży, wprowadza w osłupienie (skreśl cokolwiek, dopisz cokolwiek o podobnej wymowie). Najbardziej zdumiewa jego koniec, numer "My Body Is A Cage". Kawałek niepokojący, coś z pogranicza lęku, jęku, szczerości, próby otwarcia się. Klimat podbudowany charakterystycznym wokalem i fantastycznymi - przyjmijmy umownie, bo nie wiem, czy aby na pewno - organami, które w okolicach połowy piosenki nagle zaczynają grać znacznie głośniej, bardziej wyraziście. Kapitalna sprawa.
Wiek a zmiana gustu
Do niektórych rzeczy człowiek przekonuje się z wiekiem. Prostym przykładem jest choćby browar: jeśli za brzdąca wypiło się przez przypadek trochę piwa (bo myślało się, że jest to sok jabłkowy z wodą gazowaną), to raczej na twarzy gościł grymas, a nie minka sugerująca zadowolenie ze smaku wypitej przed chwilą substancji. Później, wraz z dorastaniem, piwo zaczęło korcić, a raczej zaczęły korcić jego efekty uboczne. W końcu doceniło się również charakterystyczną goryczkę. Zauważyłem, że wiek wpływa również na zainteresowanie muzyką, która w przeszłości mocno mnie denerwowała.
W-O-W
Ostatnio bardzo często słucham jazzu, lecz głównie jako wypełniacza - czegoś, co gra w tle, kiedy robię masę innych rzeczy. Nie chcę tu kłamać, że znam się na jazzie. Że kojarzę choćby najważniejsze persony dla tego gatunku. Wyszłoby pewnie kilkanaście nazwisk na krzyż, z czego co najwyżej kilka rozpoznałbym, np. słuchając w radio. Zdarzają się jednak takie albumy, których zdegradować do roli drugiego planu po prostu nie potrafię. Ich się nie słucha, je się przeżywa.
Nieznane, a szkoda: Husky Rescue
Redaktorzy serwisu Z czuba (a więc tego serwisu, który był inspiracją do stworzenia tego nieregularnego cyklu) wprowadzili w mowę potoczną zwrot, że coś jest "z czuba". Czyli jest inne, odmienne, oryginalne, zwariowane bądź wręcz pojebane - w dobrym tych słów znaczeniu. Wykorzystując wykonawców, którzy przewinęli się przez "Nieznane, a szkoda", mogę np. stwierdzić, że takie zespoły jak Movits!, Maskinen i Molotov były jak najbardziej "z czuba", w przeciwieństwie do takiego niemieckiego duetu Mo' Horizons, który był bez wątpienia fajny, grał dobrą muzykę, ale określenie "z czuba" zupełnie do niego nie pasuje.
Rodzi się więc pytanie, czy kolejni bohaterowie mojego ulubionego cyklu, członkowie fińskiej grupy Husky Rescue, są "z czuba"? Przekonajmy się.
Party jednoosobowe
Piosenka, która nie zmieściła się na płycie "Hurra!". Odpadła w wyniku demokratycznego głosowania. Ups... Nie było ono do końca demokratyczne, gdyż na sam koniec, mając wgląd w głosy innych, poszczególne piosenki wybierał Kazik, przepychając swoich faworytów. "Party jednoosobowe" zatem na płycie się nie znalazło, zostało jednak nagrane i pojawiło się na singlu "Karinga", będącym jednocześnie swoistym suplementem krążka "Hurra!".
A numer jest naprawdę fajny. Ciekawie zagrany, a tekst Staszewskiego oryginalny - inny niż zazwyczaj. Piotrek Morawiec w książce "Kult. Biała Księga" Wiesława Weissa powiedział, że to jeden z najlepszych tekstów, jakie Kazik ostatnio napisał. Ma chłop rację. Warto poznać. Niestety, na YouTubie się nie da, więc odsyłam na Wrzutę.
Fajną książkę "wczoraj" czytałem
Szczerze powiedziawszy, nie czytam zbyt wielu książek. Wciąż sobie przez to pluję w brodę, bo zdaję sobie sprawę, że warto, a mimo tego wolę poświęcać swój czas innym formom rozrywki. Może gdyby doba miała co najmniej 36 godzin...


