Tak jak obiecałem - do mojego zoo trafiło kolejne zwierzątko! Po kocie i niedźwiedziu padło na bobra. Swoją drogą, jeśli jeszcze nie czytaliście książeczki o bobrach żeglarzach, co mają problemy z osobowością (nie wiedzą do końca, czy są bobrami, czy może misiami), to polecam gorąco. To powinna być lektura szkolna!
Kobiety mają problem z podejmowaniem decyzji - przynajmniej niektóre - ja się niestety do tej grupy zaliczam. Dziesięć piosenek, to dziesięć wspomnień, niezliczone minuty śmiechu, może i litry łez. Dlatego tak ciężko je wybrać. Ale nie ma co marudzić, mimo iż pominęłam wiele ważnych piosenek.
The Offspring - The Kids Aren't Allright
The Offspring poznałam przez mojego brata, którego gust muzyczny miał spory wpływ na kształtowanie się mojego. Dlatego ta piosenka jak i inne utwory The Offspring zawsze będą mi się kojarzyć ze spędzaniem czasu z bratem, mostkiem, piwem i braterskimi rozmowami.
Arctic Monkeys - A Certain Romance
Uwielbiam. Wybrałam tę piosenkę, by pokazać, że Arctic Monkeys to nie tylko okropnie przystojny Alex Turner i również niczego sobie Jamie Cook oraz dwaj panowie, którzy są nieco mniej urodziwi... ale zespół, który bardzo dobrze gra. Ta piosenka nawet bez głosu Turnera byłaby świetna, choćby ze względu na gitarę.
Jestem świadomy, że hejtując numery z tego Gustoprześwietlacza hejtuję istotną część czyjegoś życia. Jak się dobiera numery na zasadzie wspomnień, to tak jest – cóż, nic z tym nie zrobię. Pierwszego numeru zjechać serca nie mam, bo choć Offspring nie lubię, to: a) mam ich jedną płytę na półce (acz gównianą, 100 odsłuchań i nara); b) „The kids aren't allright” samplowałem w jednym numerze na Standby Lights (nie wszedł); c) Offspringi miały też trochę wkładu w moją egzystencję, także tego. W Arctic Monkeys (poniedziałkowe klucze! :O) i ich „A certain romance” moją uwagę zwrócił przede wszystkim fajnie brzmiący basik i praca perki po 3:53, poza tym z warstwy czysto muzycznej jaram się tym przejściem (intrem?) z 0:40, reszta numeru taka se. „Is this love” zaczyna się doskonale, zwrotka też bez zastrzeżeń (zajebisty wokal!), klimat stwierdzon jest. Tamburynów nigdy nie lubiłem, ale ten, co wchodzi w refrenie czy czymś takim nie psuje nastroju, więc niech se żyje. Podoba mi się brzmienie gitar, zwłaszcza akustycznej. Litu – to JEST wielkie. „Chłopaki wieczorem” - matko, kto to wrzucał? Zjebana jakość, będzie ciężko. Na nieszczęście dla tego numeru, mimo niskiej wartości kb/s słychać, że perkusja brzmi tragicznie. Jak ja nie lubię takich werbli (pozdrawiam z tego miejsca Stromka, który je uwielbia). Numer starają się ratować fajne solówki po refrenach – można by je wyciąć i wstawić do innego kawałka, bo tu się marnują. „Crazy”? Cóż, wolę cover Shiry Gavrielov (BARDZO POLECAM, sprawdź to). W numerach takich jak ten, gdzie jest wokal + akompaniament gitary, moje zmysły automatycznie zaczynają szukać melodii, bo niezbyt rozwinięta mnogość głosów mnie zwyczajnie irytuje, jak nie ma czego nucić. Tutaj za bardzo nie ma, więc hejt idzie (proponuję posłuchać Hornsmana Coyote'a – ten do samej gitary potrafi zaśpiewać tak, że numer siedzi w głowie cały dzień). Wchodzi The Broken Family Eyes, i kurwa, od razu skojarzenie. Wokal mi się z czymś kojarzy... tylko Z CZYM? A no tak, James Blunt. Niesmak. Potężny niesmak, aż mi paskudzi ten Jamesowy śpiew słuchanie całego kawałka. Póki nie weszła ta młócka w 3:03, było jeszcze znośnie. Tak ostatkiem sił, no ale jednak dało się słuchać. Potem wszedł indierockowy schemat, którego osobiście nie potrafię słuchać, więc – wypierdalać! „Jego piosenka o miłości” IB brzmi tragicznie. Strasznie się męczyłem przez większość tego kawałka, na wysokości 1:58 zaczęło się coś dziać i zrobiło się nawet spoko. Gitara z 2:39 (solo?) też dosyć fajna. Nic więcej. Nic. MGMT znałem dotąd tylko z singla Kid Cudiego, którym zaraziła mnie moja lady. Solowo też sobie radzą, ma ten numer coś wkręcającego – zwłaszcza cyberdźwięk w refrenie. Chociaż brzmi jak łona bi 8bit, to pasuje do całości. Później zaczynają wchodzić dziwne jazdy (ten bass i crashe...), ale zachowuje toto swój specyficzny urok. Bez hejtu, za to ogólne zaciekawienie jest obecne. Komety wchodzą z rozpierdolem, wszystkie instrumenty kleją się do siebie i muzycznie też bardzo ciekawie. Tylko wokal trochę cienki, ale nie przeszkadza. Nie mam się do czego przyjebać – bardzo w porządku numer. Coconut Records? Popieram Lite'a i jego opinię o spadaniu atmosfery (kurwa, ale sformułuj to inaczej, bo zęby bolą jak się czyta „atmosfera spada”), z tym, że później aranżacja ujawnia swoją tajną broń. 0:54 i tyle gadania. Cały numer mógłby się składać tylko z tego dźwięku! Nie jest to żaden rozpierdol, ale przyjemnie się tego słucha.
One Comment
Jestem świadomy, że hejtując numery z tego Gustoprześwietlacza hejtuję istotną część czyjegoś życia. Jak się dobiera numery na zasadzie wspomnień, to tak jest – cóż, nic z tym nie zrobię. Pierwszego numeru zjechać serca nie mam, bo choć Offspring nie lubię, to: a) mam ich jedną płytę na półce (acz gównianą, 100 odsłuchań i nara); b) „The kids aren't allright” samplowałem w jednym numerze na Standby Lights (nie wszedł); c) Offspringi miały też trochę wkładu w moją egzystencję, także tego. W Arctic Monkeys (poniedziałkowe klucze! :O) i ich „A certain romance” moją uwagę zwrócił przede wszystkim fajnie brzmiący basik i praca perki po 3:53, poza tym z warstwy czysto muzycznej jaram się tym przejściem (intrem?) z 0:40, reszta numeru taka se. „Is this love” zaczyna się doskonale, zwrotka też bez zastrzeżeń (zajebisty wokal!), klimat stwierdzon jest. Tamburynów nigdy nie lubiłem, ale ten, co wchodzi w refrenie czy czymś takim nie psuje nastroju, więc niech se żyje. Podoba mi się brzmienie gitar, zwłaszcza akustycznej. Litu – to JEST wielkie. „Chłopaki wieczorem” - matko, kto to wrzucał? Zjebana jakość, będzie ciężko. Na nieszczęście dla tego numeru, mimo niskiej wartości kb/s słychać, że perkusja brzmi tragicznie. Jak ja nie lubię takich werbli (pozdrawiam z tego miejsca Stromka, który je uwielbia). Numer starają się ratować fajne solówki po refrenach – można by je wyciąć i wstawić do innego kawałka, bo tu się marnują. „Crazy”? Cóż, wolę cover Shiry Gavrielov (BARDZO POLECAM, sprawdź to). W numerach takich jak ten, gdzie jest wokal + akompaniament gitary, moje zmysły automatycznie zaczynają szukać melodii, bo niezbyt rozwinięta mnogość głosów mnie zwyczajnie irytuje, jak nie ma czego nucić. Tutaj za bardzo nie ma, więc hejt idzie (proponuję posłuchać Hornsmana Coyote'a – ten do samej gitary potrafi zaśpiewać tak, że numer siedzi w głowie cały dzień). Wchodzi The Broken Family Eyes, i kurwa, od razu skojarzenie. Wokal mi się z czymś kojarzy... tylko Z CZYM? A no tak, James Blunt. Niesmak. Potężny niesmak, aż mi paskudzi ten Jamesowy śpiew słuchanie całego kawałka. Póki nie weszła ta młócka w 3:03, było jeszcze znośnie. Tak ostatkiem sił, no ale jednak dało się słuchać. Potem wszedł indierockowy schemat, którego osobiście nie potrafię słuchać, więc – wypierdalać! „Jego piosenka o miłości” IB brzmi tragicznie. Strasznie się męczyłem przez większość tego kawałka, na wysokości 1:58 zaczęło się coś dziać i zrobiło się nawet spoko. Gitara z 2:39 (solo?) też dosyć fajna. Nic więcej. Nic. MGMT znałem dotąd tylko z singla Kid Cudiego, którym zaraziła mnie moja lady. Solowo też sobie radzą, ma ten numer coś wkręcającego – zwłaszcza cyberdźwięk w refrenie. Chociaż brzmi jak łona bi 8bit, to pasuje do całości. Później zaczynają wchodzić dziwne jazdy (ten bass i crashe...), ale zachowuje toto swój specyficzny urok. Bez hejtu, za to ogólne zaciekawienie jest obecne. Komety wchodzą z rozpierdolem, wszystkie instrumenty kleją się do siebie i muzycznie też bardzo ciekawie. Tylko wokal trochę cienki, ale nie przeszkadza. Nie mam się do czego przyjebać – bardzo w porządku numer. Coconut Records? Popieram Lite'a i jego opinię o spadaniu atmosfery (kurwa, ale sformułuj to inaczej, bo zęby bolą jak się czyta „atmosfera spada”), z tym, że później aranżacja ujawnia swoją tajną broń. 0:54 i tyle gadania. Cały numer mógłby się składać tylko z tego dźwięku! Nie jest to żaden rozpierdol, ale przyjemnie się tego słucha.