W przeszłości za zrobienie jednego rebusu zostałem mocno skrytykowany. No, lipny był, trzeba przyznać. Trochę się zastanawiałem, czy powinienem taką
Czytaj dalej >>
Robienie wszelkiej maści podsumowań to praca niewdzięczna. Zajebiście satysfakcjonująca, jeśli dane podsumowanie okaże się sukcesem, ale - tak czy siak - lekko frustrująca. Można dostać ataku epilepsji, wciąż stresując się tym, czy aby na pewno czegoś się nie pominęło. Tym razem tych nerwów sobie odpuszczę. Nie znaczy to jednak, że żadnego podsumowania nie będzie. Będzie i wierzę w to, że wyjdzie naprawdę fajnie.
Pierwsza Gwiazdka już świeci na niebie, Święty Mikołaj już dawno przykicał pod choinkę i zostawił cudowne prezenty. Wprawdzie dopiero 16, ale, na dobrą sprawę, do wigilijnego stołu można już zasiadać... Tylko wyobraźcie sobie, że nie ma na nim tradycyjnych potraw, a ich role odgrywają polskie płyty hip-hopowe. Że debilny pomysł? Nie mniej debilny niż momentami polski hip-hop.
Tradycja zobowiązuje do tego, żeby przed rozpoczęciem jakże sytego posiłku, złożyć sobie najserdeczniejsze życzenia w stylu "zdrowia, szczęścia, pomyślności" i podzielić się opłatkiem. Opłatkiem, czyli świętością. A jaka płyta w polskim rapie jest świętością? To zależy od kręgów. Jedni kultywują "Kinematografię" Paktofoniki, inni "Jazzurekcje" Ostrego. Na Ślizgu opłatkiem stałyby się pewnie "Najlepsze dni" albo jakieś "Najebawszy". Może ustalmy, że każdy uważa co innego za święte, więc niech każdy przygotuje swój własny opłatek. Potrawy, do których zasiada się po "Dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze!", wybrałem już tylko według własnych skojarzeń.
U mnie w domu zaczyna się od barszczu z uszkami. Można powiedzieć, że zaczyna się od najlepszego, bo zamiast tych wszystkich 12 potraw mógłbym zjeść 12 porcji barszczu z uszkami. To wszakże taki klasyk Wigilii. Nic więc dziwnego, że barszczu z uszkami polskiego hip-hopu upatruje w "Światłach Miastach" grupy Grammatik. Podobnie jak barszcz z uszkami mógłbym przesłuchać je 12 raz pod rząd, mając w głębokim poważaniu resztę.
Co w dalszej kolejności? U mnie zaczyna się wybieranie według własnego gustu. Rzadko się zdarza, żebym na Wigilię jadł karpia, co dla wielu czytelników może oznaczać, że u mnie w domu nie ma prawdziwych Świąt. Może dlatego, że nikt z rodziny nie lubi pierdolić się z ośćmi. Może też z tego powodu, iż nikogo nie ciągnie do trzymania karpia w wannie, tylko po to, aby go następnie okrutnie bądź *humanitarnie* ukatrupić. Tak bestialsko mógłbym postąpić jedynie z "Na szlaku po czek" VNM-a. Ale mówię, co kraj to obyczaj, co osoba to różniące się gusta, co słuchacz rapu to inny karp polskiego hip-hopu, bo i skojarzenia z karpiem ludzie miewają całkiem odmienne.
Jeśli już przy rybach, to u mnie zawsze są śledzie. Na normalną kolację wcinam je aż miło. Podczas Wigilii takiego wrażenia już nie robią, skoro wokół tyle smakołyków, a i tak je się wszystkiego po trochu, jak najszybciej, bo przecież prezenty, PREZENTY, PRE-ZEN-TY!!! I taka postawa wobec śledzi pasuje do mojej postawy wobec płyty "W pogoni za lepszej jakości życiem" duetu Małolat/Ajron. Niby całkiem fajnie, ale jednak, stojąc oko w oko z innymi potrawami i płytami, "Przestań się w końcu pytać, czy jestem Pezeta bratem" przegrywa. Nie da się tego w kółko słuchać, tak jak się nie da jeść śledzia za śledziem.
Jako, że w czasie Wigilii nie spożywa się mięs, królują nie tylko ryby, ale też i grzyby. Znienawidzone przeze mnie, wpierw ususzone, a potem uduszone grzyby. Masakra. Wywołują one u mnie odruchy wymiotne niczym "Dziś w moim mieście" duetu Pezet / Małolat. Wyjątek: grzybki mun, ale przecież nawet na wspólnej płycie braci Kaplińskich jest jeden fajny utwór... Co więcej, grzyby przybierają postacie jeszcze gorsze - kapustę z grzybami, czyli, jak zwykłem mówić, bigos bez mięsa. Sporo osób taki "smakołyk" jednak lubi, ba, wręcz go ubóstwia, więc chyba najlepiej porównać go do "Spalonych inny słońcem" tria 2cztery7 - albumu, którego nie mogę strawić, lecz spore grono osób uznaje go niemal za klasyka, a przynajmniej za swój ulubiony krążek.
O dziwo, kapusta i grzyby w wyjątkowych sytuacjach mi smakują. Wyjątkowe są - fanfary - pierogi z kapustą i grzybami, które są doskonałym przykładem na to, jak z dwóch znienawidzonych składników można zrobić wprawdzie może trochę pospolitą, ale jednak jedną z moich ulubionych potraw wigilijnych. Coś jak Warszafski Deszcz i "Powrócifszy". Dopiero tym albumem TDF i Numer zyskali moją sympatię. Na swoich solowych wydawnictwach tak wysokiej formy, moim zdaniem, już nie dotrzymują, co do grzybów i kapusty pasuje idealnie. Pytanie tylko, kto jest w tym duecie kapustą, a kto grzybami. Który składnik jest "zawsze spoko"? Który ma skłonności do beefów i niewyparzoną gębę?
Powoli przechodzimy do dań na słodko. Dań na słodko, nie deserów - to różnica. Może to dziwne, lecz w moim domu na Wigilie je się makaron z serem i rodzynkami. Makaron z serem jemy właściwie średnio raz na tydzień, lecz wtedy już bez rodzynek. Nie wiem, to może taka podświadoma pozostałość po poprzednim ustroju, kiedy z bardziej egzotycznymi wytworami przez cały rok był problem, ale na Święta rzucano towar, lud się cieszył, a za komuny było lepiej. A może po prostu taki zwyczaj, nic więcej. W każdym razie, makaron z serem i rodzynkami zawsze był czymś takim mało wigilijnym w moim mniemaniu. Nie żebym narzekał, bo bardzo lubię makaron z serem i rodzynkami. Wydaję mi się jednak, że ta potrawa nieco odstaje od reszty, jest czymś zupełnie innym, wyrwanym z kontekstu. Gdybym zestawiał tutaj wigilijny stół nie z polskimi płytami, tylko rodzimymi raperami, to postawiłbym na Fisza, człowieka wg mnie trochę oderwanego od tego krajowego bagienka zwanego hip-hopem. Pasowałby tu każdy jego album. Ostatecznie wybrałem "Heavi metal", gdzie nie brakuje odniesień do przeszłości, coś jak te rodzynki. Niewyobrażalnie słodka jest także kutia. Za słodka. Przesłodzona. Jak hiphopolo. Jak Jedem Osiem L i "Wideoteka".
Co do popicia? Tradycyjny kompot z suszonych owoców. Niby nic takiego, a smakuję zaskakująco nieźle. Jest to taka niespodzianka, bo zawsze patrzę na te owoce i myślę sobie, że często nie smakują mi przed wysuszeniem, a co dopiero po. A tu się okazuje, że bomba, że da się pić, że wypijam wręcz parę kubków. No i podobnie jest z "T.R.I.P." Pięć Dwa. Niby chłopaki z Dębca nigdy mnie bardziej nie jarali, a tu proszę, surprise, świetną płytę nagrali. Serio. A że Polacy lubią sobie zapożyczać od innych narodów, to na stole (albo pod) bywa także Coca-Cola. Ze Stanów ściągamy również raperów, nie tylko przy użyciu RapidShare. Przykład pierwszy z brzegu to "Global Takeover" El Da Sensei & The Returners. "A dlaczego zaliczam napoje do wigilijnych potraw?" - mógłby ktoś zapytać. Kryzys i takie tam.
A na deser? Przede wszystkim sernik. Sernik to ciasto kultowe. Ciasto przepyszne. Ciasto, które mógłbym jeść w kółko, o ile piecze go moja mama. Palce lizać po prostu. Coś jak "Muzyka poważna" Pezeta i Noona. Nigdy się nie znudzi. Poza tym? Pierniki. Mama co roku zaskakuje z ich wyrobem, za każdym razem przybierają bowiem inne kształty. Co roku to samo - osłupienie jak na "Dużych Rzeczach" Weny i Rasmentalismu oraz różnorodność jak na "Lavoramie" Ortegi Cartel.
Także wesołych świąt moi mili. Ja swoją wigilijną kolację już zjadłem. A Wy, co jecie na Wigilię?
Pierwszym "Level upem" jarałem się jak głupi. Do tego jointa podchodziłem z rezerwą, ale jak już się osłuchał... Szok. Ile tu znakomitych linijek!!! Ok, można się przyczepić do Laika, że czasem jego utwory ciężko zinterpretować. Ba, momentami odnosi się wrażenie, że tylko sam Laik wie, o co w danym numerze chodzi. Ale nie tutaj. Tutaj są ciary jak przy pierwszym "Level upie" (choć słyszałem opinie, że gorzej, że to nie to samo i tak dalej, i tak dalej). W każdym razie, good shit.
Niektórzy mają to szczęście, a właściwie nieszczęście, że tegoroczne Święta i, w szczególności, Sylwestra spędzają kilka tysięcy km z dala od Polski. W Stanach Zjednoczonych. Nie, nie chodzi o mnie, ale o takiego jednego, który wprawdzie przeżyje powitanie Nowego Roku z innej perspektywy, ale nie oszukujmy się, w tym wieku jednak najbardziej chce się zmianę daty świętować w towarzystwie znajomych. W US i A takich mieć nie będzie, dlatego też na osłodę przygotowałem mu kilka piosenek o kraju zza Wielkiej Wody oczami polskich (i nie tylko) artystów. Aha, czemu o tym już dzisiaj? Wylot nazajutrz, chociaż chłop sprawdzi to wszystko jeszcze na polskim łączu.
Kto by pomyślał, że można tworzyć pod ksywką "Biegaj". Co będzie następne? "Żryj"? "Pij"? "Bywaj"? "Spływaj"?
Tak sobie tylko żartuję, choć Biegaj istnieje. Serio. Jest producentem, tworzy - jak sam mówi - muzykę z pogranicza rapu i trip-hopu. Wczoraj podesłał mi swój album - "Night noise". Widzę, że nie tylko mi, bo wpis o nim pojawił się też na Rzygu kulturalnym. W każdym razie, jest to materiał w dużym stopniu instrumentalny, tylko w dwóch kawałkach ktoś udziela się wokalnie (nie tyle "ktoś", co raperzy, marni zresztą). Jak zauważył Kryniu - muzyka Biegaja świetnie spisuje się w roli tła tudzież "relaksatora", wycziluwującego po dniu pracy, pracy i obowiązków. Są w tej kwestii lepsi twórcy, to chyba oczywiste. Ale przecież nie o to tu chodzi. Sukcesem dla Biegaja będzie choćby to, że ktoś ściągnie jego płytę i przesłucha ją nawet jeden głupi raz. Także tego, wiecie co macie robić:
DOWNLOAD
Przesłuchałem ze 2 razy to nowe POE. Wnioski?
Taki blog jest - We Are From Poland. Odwiedzam go regularnie, ale rzadko coś tam dla siebie znajduję. Doceniam pracę, ale po prostu zazwyczaj prezentowane są tam rzeczy niekoniecznie pod moje gusta. Ale ostatnio... Ostatnio wytropiłem perełkę.
Taka nowa ustawa weszła w życie, co zakazuje palenia w takich miejscach jak pub chociażby. Przepis kontrowersyjny, to na pewno - ma swoje plusy, ma swoje minusy, raczej nie da się powiedzieć, że jest on *krystalicznie dobry* tudzież *zły do szpiku kości*. O zmianach w prawie trąbią dziś dużo, a ja od paru dni słucham Łonę i Afrojaxa zachęcających do rzucenia nałogu. Obie rzeczy zbiegły się w czasie, zatem umieszczam. I Łona, i Afrojax pojechali bezbłędnie z typowym dla siebie poczuciem humoru. Nie słyszeliście? No to się wstydźcie.
Dużo narzekam na tegoroczne polskie rapsy. Są ku temu powody. Dziś jednak nie chcę marudzić. Nie będzie też peanów, zachwytów, ochów i achów. Powiem jednak kilka dobrych słów o kilku dobrych płytach.
Dziś niektórzy żyją manifestacją i kontrmanifestacją w Warszawie - w sumie, obie siebie warte. Robienie tak żałosnego i kosztownego widowiska z manifestowania swojego patriotyzmu tudzież swojego sprzeciwu wobec elementów nacjonalistyczno-faszyzujących uważających się za "prawdziwych Polaków" jest tak słabe, że powoduje jedynie smutek na mojej mordce.
Także, na dzisiaj proponuję "Polskę" Kultu, bo cóż lepszego mógłbym puścić 11 listopada? A że jest to już 100. wpis na blogu, na którym o Kaziku poczytać można wiele, najważniejszy numer Kultu pasuje tu idealnie.
Raz na kilka miesięcy wracam do Toma Waitsa. Toma Waitsa w różnej postaci. Toma Waitsa w wykonaniu Toma Waitsa. Toma Waitsa w wykonaniu Kazika. Toma Waitsa w wykonaniu Scarlett Johansson. Samą twórczość Waitsa wciąż poznaję, kopę płyt przecież nagrał. W rozwinięciu: Waits vs. Kazik i Waits vs. Scarlett w - odpowiednio - "Misery in River of the World" ("Rozpacz płynie rzeką poprzez świat") oraz "Anywhere I Lay My Head". Czyje wykonanie odpowiada Wam najbardziej?
Dawno nie pisałem - tematy jeszcze by się znalazły, ale wena mnie opuściła, a na siłę dłubać nie ma co, racja?
Słyszałem wcześniej, ale odkąd widziałem "Czas Apokalipsy", "The End" kojarzy mi się tylko z obrazem Francisa Forda Coppoli. Naprawdę, ciężko mi znaleźć lepszą piosenkę lepiej wykorzystaną w czołówce jakiegokolwiek filmu. Może Wy znacie?
Swoją drogą, najbardziej spodobały mi się właśnie ostatnie piosenki i z debiutu, i z ostatniej płyty z udziałem Jima Morrisona ("L.A. Woman"). Ciekawe, prawda?
No i znów coś w sam raz na wieczorne spacery...
Czekałem, czekałem i czekałem. W końcu, nawet się, to niewiarygodne, doczekałem. Tyle, że w dniu premiery, "Abradabingu" nie było ani w MediaMarkcie, ani w Empiku. Ale to mnie nie dziwi (?), to mnie nie razi (???), skoro Gorzów zwykłą dziurą jest i kropka. Ba, czasem odnoszę wrażenie, że to nawet taka... "zapchajdziura" między Berlinem, Szczecinem i Poznaniem. Wiecie, żeby poudawać, że maksymalnie co 150 km istnieje jednak jakaś cywilizacja, osiedle ludzkie powyżej 100 tys. mieszkańców.
Ale mi się przypomniało!!! Pamiętam, że ostatnie JuNouMi mnie trochę rozczarowało. Ok, jarałem się Łoną i Tłustymi Kotami, ale obok dinalowego jointa o robieniu rewolucji przechodziłem raczej obojętnie, bez "wow", "hola, ale to zajebiste!" bądź czegoś w stylu "słuchanie na okrągło". Wtem Kazik, Edytka Bartosiewicz, "Cztery pokoje" i "socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny". Chwila zadumy: "Zaraz, kto to follow-upował ostatnio? Te Tris? Nie... On się spalał i gubił w mieście... Dinal? Bingo!". Tym sposobem "Palić i grabić" odkryłem na nowo. Follow-up stoi tu na follow-upie. Ba, znów odkryłem nawiązanie, może trochę naciągane, do Kazika, tj. jakby słowa Wankeja "większość ma amnezję i dlatego pretensję" stały gdzieś tuż obok "Amnezji" Kultu z zeszłego roku. Co, nie znacie? Albo porzuciliście w zapomnienie jak ja? To doceńcie!
Siema, siema.
(Mało (w sensie, mniej) piszę w ostatnich dniach i - (nie)stety - szans na poprawę w najbliższym czasie nie przewiduję. Trudno.)
Dziś ponownie krótko, takie koleżeńskie polecenie wydarzenia, które rozegra się w ten piątek w klubie AQQ, tj. dawnym Collectivie, koło godziny 20. Wystąpi JellysTone, trzyosobowa reggaebanda z Gorzowa / Kostrzyna nad Odrą / Wrocławia, w której nawija m.in. mój znajomy ze szkoły. Soundsystem, jamajskie dźwięki, dużo pozytywnej wibracji i rytmów do pobujania / potańczenia. Wjazd tylko 5 zł, więc z braku innych alternatyw chyba warto przyjść, zobaczyć i posłuchać. Nie możecie się zdecydować? To sprawdźcie MySpace, pamiętając jednak, że zamieszczone nagrywki są trochę stare - nowsze istnieją, lecz, w wyniku lenistwa, nikt ich nie wrzucił: http://www.myspace.com/jellystonesound
Oczywiście, będę, acz, nie chcąc być posądzony o jakąś stronniczość, relacji nie przewiduję. Piątka!
Świetna rzecz na nocne spacery o tej porze roku. Klimat ma. No i świetny tekst, ale w przypadku KSU to norma, więc nie ma co się dziwić. Błagam, posłuchajcie.
14 października jest dniem szczególnym nie tylko w Gruzji (Dzień Kościoła Sweti Cchoweli), Zimbabwe (Święto Karirurute) oraz Usherolandii (urodziny Ushera), albowiem w Polsce na tę datę przypada Dzień Edukacji Narodowej, tj. święto wszystkich nauczycieli (ogólnie wszystkich pracowników oświaty) oraz, poniekąd, również uczniów. Tak sobie pomyślałem, że to idealny czas na przypomnienie utworów muzycznych, które ze szkołą w jakimś stopniu się kojarzą.
Tak jak się w sumie spodziewałem, przeczytanie kolejnej muzycznej lektury nie zajęło mi kilku miesięcy, jak było to w przypadku tzw. "Białej Księgi Kultu" Wiesława Weissa. "KSU. Rejestrację buntu" Krzysztofa Potaczały połknąłem w mniej więcej tydzień, co i tak wynika z wielu ograniczeń czasowych, na które składały się m.in. literatura Młodej Polski, "Czas Apokalipsy", pola trójkątów, słowa w stylu "Krankenhauseinweisungen", "Futurama" i "Sześć stop pod ziemią". Gdyby nie to, te 230 stron zajęłoby mi co najwyżej kilka godzin.
Znów "trochę chilloutu". Cholernie nastrojowego chilloutu z cholernie klimatycznym wstępem, czytanym przez Jonathana Hutchingsa. Nie będę specjalnie przedłużać, posłuchajcie idealnego na "wieczorową porę" kawałka. "The Good Man" Husky Rescue z płyty "Country Falls" z 2004 roku.
Szczerze? Nie kumam do końca, po co pan Zygmunt Staszczyk pchał się z tą solówką. Przecież zawsze było tak, że T.Love = Muniek i - na odwrót - Muniek = T.Love. Może po drodze przytrafiła mu się jakaś Szwagierkolaska, ale jednak to T.Love nagrało "Chłopaki nie płaczą", więc to jednak T.Love zna się w pierwszej kolejności. ;-)
Ten jakże przystojny pan z przepięknym wąsem to Heinrich Himmler - jeden z przywódców nazistowskich Niemiec i twórców SS. Dlaczego piszę o nim na blogu muzycznym? Czy zacząłem myśleć, że blog historyczny bardziej się opłaca? No i dlaczego uważam, że tak naprawdę Himmler był rolnikiem?
Zdaję sobie sprawę, że Ameryki nie odkrywam, bo to raczej sprawa stara, znana światu. Sam na to zwróciłem uwagę niedawno, gdy przypadkiem przemówił do mnie James Brown w duecie z Pavarottim. Trochę wątpię, czy nie byłem ostatnią osobą "na tym łez padole", która to sobie uzmysłowiła, więc pisanie tego powyżej i tego poniżej raczej sensu nie ma... A co mi tam, przecież ten blog jeśli chodzi o "fakty oczywiste" już i tak zasłynął, więc kolejny do kolekcji stanu rzeczy nie zmieni... Zresztą, może jednak gdzieś się zabłąkała mała, nieuświadomiona duszyczka?
O co chodzi? Porównajcie sobie Jamesa Browna z Czesławem Niemenem. "It's A Man's Man's Man's World" z '66 z nagranym w rok później "Dziwny jest ten świat". Porównajcie to sobie "czytając dalej" lub zjeżdżając parę pikseli w dół:
"Californication" - serial komediowy amerykańskiej stacji "Showtime", którego tytuł został przez
polski oddział Comedy Central jakiś polski kanał telewizyjny przetłumaczony jako... "Kalifornizacja". Przedziwnie, prawda? Ale dziś nie będę pisał o seksualnych podbojach Davida Duchovnego.
Dziś chodzi mi bowiem o 7. album w dorobku Red Hot Chilli Peppers. O krążek, który śmiało można nazwać kopalnią doskonałych piosenek, hitów przez wielkie "H". O "Californication" rzecz jasna.
Tak bez dłuższego komentarza, bez większego rozwodzenia się nt. tego, jak wiele można ostatnio poczytać o Arcade Fire, bo Kanadyjczycy nagrali super płytę, docenioną przez krytykę i fanów (patrz: 6. miejsce w rankingu tegorocznych albumów na Rate Your Music). Płytę, której jeszcze nie miałem okazji usłyszeć.
Ale zostawmy to "The Suburbs". Sam poznałem Arcade Fire jakoś kilka tygodni temu i wciąż jestem na etapie fascynacji "Neon Bible" - krążka, który kosi, miażdży, wprowadza w osłupienie (skreśl cokolwiek, dopisz cokolwiek o podobnej wymowie). Najbardziej zdumiewa jego koniec, numer "My Body Is A Cage". Kawałek niepokojący, coś z pogranicza lęku, jęku, szczerości, próby otwarcia się. Klimat podbudowany charakterystycznym wokalem i fantastycznymi - przyjmijmy umownie, bo nie wiem, czy aby na pewno - organami, które w okolicach połowy piosenki nagle zaczynają grać znacznie głośniej, bardziej wyraziście. Kapitalna sprawa.
Do niektórych rzeczy człowiek przekonuje się z wiekiem. Prostym przykładem jest choćby browar: jeśli za brzdąca wypiło się przez przypadek trochę piwa (bo myślało się, że jest to sok jabłkowy z wodą gazowaną), to raczej na twarzy gościł grymas, a nie minka sugerująca zadowolenie ze smaku wypitej przed chwilą substancji. Później, wraz z dorastaniem, piwo zaczęło korcić, a raczej zaczęły korcić jego efekty uboczne. W końcu doceniło się również charakterystyczną goryczkę. Zauważyłem, że wiek wpływa również na zainteresowanie muzyką, która w przeszłości mocno mnie denerwowała.
Ostatnio bardzo często słucham jazzu, lecz głównie jako wypełniacza - czegoś, co gra w tle, kiedy robię masę innych rzeczy. Nie chcę tu kłamać, że znam się na jazzie. Że kojarzę choćby najważniejsze persony dla tego gatunku. Wyszłoby pewnie kilkanaście nazwisk na krzyż, z czego co najwyżej kilka rozpoznałbym, np. słuchając w radio. Zdarzają się jednak takie albumy, których zdegradować do roli drugiego planu po prostu nie potrafię. Ich się nie słucha, je się przeżywa.
Redaktorzy serwisu Z czuba (a więc tego serwisu, który był inspiracją do stworzenia tego nieregularnego cyklu) wprowadzili w mowę potoczną zwrot, że coś jest "z czuba". Czyli jest inne, odmienne, oryginalne, zwariowane bądź wręcz pojebane - w dobrym tych słów znaczeniu. Wykorzystując wykonawców, którzy przewinęli się przez "Nieznane, a szkoda", mogę np. stwierdzić, że takie zespoły jak Movits!, Maskinen i Molotov były jak najbardziej "z czuba", w przeciwieństwie do takiego niemieckiego duetu Mo' Horizons, który był bez wątpienia fajny, grał dobrą muzykę, ale określenie "z czuba" zupełnie do niego nie pasuje.
Rodzi się więc pytanie, czy kolejni bohaterowie mojego ulubionego cyklu, członkowie fińskiej grupy Husky Rescue, są "z czuba"? Przekonajmy się.
Piosenka, która nie zmieściła się na płycie "Hurra!". Odpadła w wyniku demokratycznego głosowania. Ups... Nie było ono do końca demokratyczne, gdyż na sam koniec, mając wgląd w głosy innych, poszczególne piosenki wybierał Kazik, przepychając swoich faworytów. "Party jednoosobowe" zatem na płycie się nie znalazło, zostało jednak nagrane i pojawiło się na singlu "Karinga", będącym jednocześnie swoistym suplementem krążka "Hurra!".
A numer jest naprawdę fajny. Ciekawie zagrany, a tekst Staszewskiego oryginalny - inny niż zazwyczaj. Piotrek Morawiec w książce "Kult. Biała Księga" Wiesława Weissa powiedział, że to jeden z najlepszych tekstów, jakie Kazik ostatnio napisał. Ma chłop rację. Warto poznać. Niestety, na YouTubie się nie da, więc odsyłam na Wrzutę.
Szczerze powiedziawszy, nie czytam zbyt wielu książek. Wciąż sobie przez to pluję w brodę, bo zdaję sobie sprawę, że warto, a mimo tego wolę poświęcać swój czas innym formom rozrywki. Może gdyby doba miała co najmniej 36 godzin...
Ech... Moja muzyczna niewiedza po raz kolejny została obnażona. W jaki znów sposób?
Jedna z rzeczy poznanych dzięki składance "Jak punk to punk". Utwór Sex Bomby, który wkręcił się dość przypadkowo - niechcący włączył się w przenośnym odtwarzaczu podczas krótkiego marszu do szkoły, spodobał mi się i teraz ciągle do niego wracam. Całkiem fajne granie, całkiem fajny tekst. Swoją drogą, melodia dość znajoma - nie zdziwiłbym się, gdyby grupa z Legionowa wzorowała się na czymś konkretnym (jeśli ktoś wie na czym dokładnie - pisać!). Posłuchajcie, może i Wam przypadnie do gustu.
Drogi Leszku,
W sumie fajnie, że wystąpiłeś w Opolu, bo w czerwcu tego roku nagrałeś świetną płytę, z którą warto wyjść do ludzi. Nie tylko do hip-hopowych głów, ale do ludzi ogólnie. Bo lepiej, żeby w Opolu wystąpił Eldo - MC z krwi i kości, tak nie podobny do tych raperów w oczach społeczeństwa, którymi przez wiele lat byli Mezo, Liber, chłopaki z Verby bądź ew. Peja, czyli człowiek z drugiej strony, jakże skrajnej barykady.
Pamiętacie jak pisałem o dwóch częściach punkowej składanki od Tonpressu? Nie? Więc przypomnę rzecz teraz istotną:
Katuję mocno od kilku dni. Husky Rescue. Odprężające, relaksujące i klimatyczne downtempo z Finlandii, wywołujące osłupienie domowników, co chwile pytających: "Co takiego fajnego słuchasz?". Także, katuję mocno od kilku dni. Ba, dość przypadkowo byłem w niedzielę w Media Markcie i - ku mojemu zdziwieniu - znalazłem tam "Country Falls", czyli debiutancki album Husky Rescue. Kupiłem bez zawahania, mimo że wcześniej słyszałem tylko płytę nr 2 - "Ghost Is Not Real", z której przecież pochodzi rzecz, którą najbardziej chcę się podzielić. Mianowicie, wszystkie 3 części "Blueberry Tree". Ktoś mądry połączył to w całość i jako jeden plik wrzucił na YouTube'a - efekty jego pracy prezentuję poniżej. Ech, coś przepięknego. Mógłbym słuchać tych 3 tracków w kółko...
Czytałem sobie ostatnio blog Kruka i... No cóż... Może i rozkminiam se opcję, że już nie jestem hip-hopowcem, może i tego polskiego rapu nie słucham już z taką częstotliwością jak niegdyś, ale jednak coś tam słucham i - szczerze mówiąc - ranking 10 najlepszych polskich MCs kolegi po fachu nie bardzo mi podpasował. Trzeba było sporządzić własny. Mając w pamięci swoje słynne (niestety) zestawienie rodzimych klasyków hip-hopowych, tym razem przedstawiam TOP 10 ulubionych raperów znad Wisły. Obiektywizmu zero, stężenie procentowe subiektywizmu dobija do setki. Nie przedłużając, nie trudząc się na jakieś przeolbrzymie, wybujałe wstępy, przechodzę do rzeczy:
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce istniał zespół Buldog. Istnieje też i dziś. Tyle, że czas już inny, galaktyka inna i sam Buldog inny.
Trochę to trwało. Teorię - z tego co pamiętam - zacząłem jeszcze w grudniu, pierwsze jazdy miałem w lutym, a zdałem dopiero 1 września. Szmat czasu. Ale wiadomo, tu wypadły 2 tygodnie, tu miesiąc, tu znów miesiąc. W końcu egzaminy, 3 podejścia - to trzecie udane. I dobrze, bo miałem już dość. Spokojnie można nazwać mnie osobą najdłużej robiącą prawo jazdy po tej stronie Warty w swoim przedziale wiekowym... ;-)
1 września - data nieprzyjemna. Kończą się wakacje, zaczyna się (ostatni) rok szkolny, klasa maturalna. Nieprzyjemna podwójnie, bo pierw - o 7:30 - czeka mnie wizyta w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego i - po raz 3. - egzamin praktyczny z kategorii B. Jak to mówią: do 3 razy sztuka, tym razem się uda!
Powiem Wam, że przedziwna historia mi się zdarzyła. Przedziwna, gdyż czasem rzeczy, które wypada, a wręcz trzeba znać, poznaje się całkowicie niespodziewanie, w dodatku w sposób, który daleki jest od tego "jedynego słusznego".
Co nam dały Niemcy? Alberta Einsteina, żenujące reklamy proszków do prania i innych produktów firmy Henkel, Oktoberfest, Franza Beckenbauera, "Berliner Kebab", I wojnę światową, medale dla polskich piłkarzy na trzech ostatnich Mundialach, II wojnę światową, zwyczajowe jeżdżenie na zakupy do Schwedt lub Frankfurtu nad Odrą polskich rodzin ze strefy przygranicznej, Svena Hannawalda i Martina Schmitta, bitwę pod Cedynią, demotywatory w stylu "ładne Niemki nie istnieją", Zjazd Gnieźnieński oraz śmieszne bawarskie ciuszki (tu "nieco" inna wersja, sprzedawana na Allegro).
A co dał ludzkości Hannover? Scorpionsów, targi CeBIT, samobójczą śmierć Roberta Enke oraz Jerzego I Hanowerskiego - pierwszego angielskiego króla z dynastii hanowerskiej.
Aha, tak się rozpędziłem, że zapomniałbym wspomnieć o rzeczy najważniejszej - Niemcy i Hannover dały nam jeszcze Mo' Horizons. Że nie znacie? I oto właśnie chodzi.
13 sierpnia na Ostróda Reggae Festiwal z nową płytą zadebiutował Vavamuffin. Szerzej o "Mo' better rootz" pewnie jeszcze zdążę napisać, teraz pewne spostrzeżenie, które pojawiło się w mej głowie podczas pierwszego odsłuchu utworu "Cel pal":
Wszystko zaczęło się 23 września 1995 w Mexico City, czyli w jednej z największych i najbrudniejszych metropolii świata, gdzie dwaj przyjaciele - Tito Fuentes oraz Micky Huidobro (pozwolę sobie nie skomentować nazwiska...) - grali ze sobą już od jakiegoś czasu. Tego dnia ich życie się zmieniło. Nie dlatego, że w Arabii Saudyjskiej obchodzono właśnie Święto Zjednoczenia Królestwa. Był lepszy powód (i wcale tu nie chodzi o przypadająca na 23 września równonoc jesienną).
O tym, że ostatnio poszukiwałem płyt w cenie niższej niż 10 zł już zdążyłem napomknąć. Nie wspomniałem jednak o wszystkich moich ostatnich zakupach, a musicie wiedzieć, że znów pobiłem rekord: kupiłem kilka płyt, nie wychodząc poza budżet 7 PLN-ów za jeden album.
Tak sobie buszowałem po cudownym Allegro w celu znalezienia fajnych płyt w cenie niższej niż 10 PLN-ów i natrafiłem na coś naprawdę, naprawdę fajnego. Co takiego? Już spieszę z wyjaśnieniami:
Dawno, dawno temu, kiedy nikt jeszcze nie myślał o bronieniu krzyża przed Pałacem Prezydenckim, Looptroop Rockers wydało album "Good Things", którego singlem promującym było m.in. "Naive". Embee połączył tu "wszystko co najlepsze" z dwóch gatunków: rapu i szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. I wtedy usłyszałem o electro rapie po raz pierwszy. I wtedy się zaczęło.
Tak sobie ostatnio rozmyślałem nt. remiksów: Niby fajna sprawa, ale czemu tak rzadko wychodzą? Wiadomo, trzeba mieć talent, trzeba "czuć" dany numer - kilka czynników, nie tak znów łatwodostępnych. Mimo tego, niektórzy artyści bawią się w wydawnictwa, które w całości zapychają zremiksowanymi utworami ze swoich wcześniejszych albumów bądź w płyty, uzupełniane dodatkowym krążkiem ze zmienionymi wersjami oryginalnych piosenek. Ostatnie miesiące przysporzyły co najmniej 2 takich materiałów na polskim rynku.
Co do tej relacji z Woodstocku, póki co nie mogę zebrać myśli. Żeby jednak sobie (i Wam) umilić czas oczekiwania, przygotowałem 3 utwory, które na Przystanku zasłyszałem bądź - dość głośno i wyraźnie - wspominałem.
design and code by CSSReflex, supported by SloDive. Converted by Smashing Blogger for LiteThemes.com.